Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

ŻYCIE SZKOLNE I SPORTOWE WSPOMNIENIA TADEUSZA GABORA,
ABSOLWENTA Z 1949 r. CZ. II



Kiedy pisałem swoje wspomnienia obejmujące lata 1937-1949 r. nie przypuszczałem, iż zostanę zachęcony do ponownego opowiadania o latach naszej młodości.

Stało się to za sprawąWładzia Piekarczyka, który bardzo szczegółowo opisał nasze szkolne lata. Doskonale scharakteryzował naszych kochanych profesorów. Odświeżył w pamięci wiele miłych chwil jakie wspólnie przeżyliśmy i zachęcił mnie do pisania.

Jednak główny wpływ na podjęcie tej decyzji miały: przewodnicząca Stowarzyszenia Absolwentów L.O. im. M. Wadowityp. Maria Talagaorazp. Renata Krauzowicz. Ich aktywna działalność na rzecz Stowarzyszenia oraz bezpośrednie rozmowy w Oświęcimiu zachęciły mnie do kontynuowania dalszych moich wspomnień.

Mam nadziej ę, że znajdą się jeszcze chętni, (szczególnie z naszego rocznika), którzy zechcą wzbogacić nasze wspomnienia. Przecież nasza koleżeńska przyjaźń nie wygasła jak świeca na wietrze w maju 1949 r., lecz trwa nadal. Świadczą o tym nasze coroczne czerwcowe spotkania (wprawdzie nieoficjalne) i cykliczne co 5 lat zjazdy, o których warto zawsze pamiętać.

Chociaż los rozrzucił nas po kraju i po świecie, a nasze szeregi z każdym rokiem topnieją jak lodowe sople na słońcu, starajmy się podtrzymywać nasze przyjazne kontakty, na ile to jest tylko możliwe.

Więc póki pamięć nie zawodzi i zdrowie dopisuje, to piszmy wspomnienia o nas o naszych bliskich, niech nasze dzieci i wnuki dowiedzą się jak to „ongiś" bywało! Dlatego postanowiłem wzbogacić dotychczasowe opowiadania o życie szkolne i sportowe, które miało swoje początki w rodzinnych Wadowicach. Pragnę zaznaczyć, że nie będzie to opowiadanie o sporcie najwyższej rangi, lecz o tym uprawianym w szkole, na szczeblu powiatowym i wojewódzkim. Można go podzielić na trzy okresy:

  1. Rekreacyjny.
  2. Wyczynowy.
  3. Turystyczny.

W tym opowiadaniu znaczącą rolę odegrały cztery miasta: Wadowice, Kraków, Andrychów i Oświęcim. W każdym z nich pozostawiłem cząstkę swojego sportowego życia.

Już przed wojną, w Szkole Podstawowej w Wadowicach oraz w harcerstwie rodziło się moje zamiłowanie do sportu. Miałem podobnie jak wielu moich kolegów, predyspozycje do jego uprawiania, co zostało zauważone w szkole średniej przez profesorów WF i w późniejszym okresie również przez trenerów piłki nożnej.

Niestety, ten radosny pęd do sportu został brutalnie przerwany w 1939 r. przez niemiecką okupację, która mogła całkowicie przekreślić wszystko co w sporcie w latach późniejszych osiągnąłem. (Pisałem o tym w pierwszej części moich wspomnień.)

Miałem szczęście, że urodziłem się w mieście, w którym istniały naturalne warunki do uprawiania różnych dyscyplin sportowych. Rzeka Skawa była pierwszej klasy czystości i stwarzała warunki do pływania, pobliskie wzgórza i góry do jazdy na nartach. Boisko przy „Sokole" oraz błonia na Gotowiźnie były terenem różnych gier piłkarskich i zawodów lekkoatletycznych. Tam też, odbywały się pokazy modeli latających wykonanych przez uczniów wadowickiego Gimnazjum. Na pobliskich stawach chociaż nie było wolno, jeździliśmy na łyżwach i grali w hokeja, często przeganiani przez „Stawowego". (Podobno płoszyliśmy ryby.)

Po okupacji moje zamiłowanie do sportu zostało ponownie rozbudzone. Stało się to już w Gimnazjum, dziękip. prof. Czesławowi Panczakiewiczowi, miłośnikowi sportu i turystyki orazp. prof. Stanisławowi Knapikowi. W pierwszych latach po wojnie, mimo trudnej sytuacji materialnej i braku sprzętu, potrafili nam w Gimnazjum stworzyć warunki do jego uprawiania, organizując różne gry i zabawy. Za boisko służył żwirowy dziedziniec szkolny, na którym między dwoma drewnianymi słupkami rozwieszona była siatka. Czasem były dwie, a czasem jedna piłka. Wtedy część klasy grała w siatkówkę, a pozostali w „ubijanego", czyli w „dwa ognie" i w „walkę narodów". Takie były nazwy tej dyscypliny, w której główną rolę odgrywał spryt, zwinność i pewny chwyt silnie rzuconej piłki. W tej grze „brylowali"Kazek Gronkiewicz, (był potem bramkarzem K.S. Skawa),Ryszard Kanik, (zawodnik K.S. Skawa) oraz moja skromna osoba,Tadeusz Gabor, (również zawodnik K.S. Skawa). Być może kogoś pominąłem, ale często pomiędzy tą trójką toczył się zacięty bój o zwycięstwo.

Organizowane zawody i gry zespołowe wyzwalały w nas ambicję oraz kształtowały nasze młode charaktery, tak istotne w dalszej rywalizacji sportowej. W ramach lekcji WF na stadionie przy „Sokole"prof. Cz. Panczakiewiczorganizował zawody lekkoatletyczne. Pamiętam, jak zeStanisławem Gołbąrywalizowałem o miano najszybszego sprintera w naszej klasie na 100 i 200 m. Często ułamki sekundy decydowały o zwycięstwie jednego, lub drugiego. Ścigaliśmy się na żużlowej, niewalcowanej bieżni. Wykopane dołki służyły jako bloki startowe, a zamiast sandałów z kolcami mieliśmy zwykłe meszty lub trampki. Mimo to osiągaliśmy jak na takie warunki niezłe czasy. Te sprinterskie „zabawy" procentowały później w mojej piłkarskiej karierze.

Przed jednymi zawodami sprinterskimiTadeusz MichalskiporadziłStanisławowi Gołbie, aby swoje nogi wysmarował przed startem spirytusem (oczywiście nie do picia). Miał to być sposób na rozgrzanie mięśni. Nie pamiętam kto wtedy wygrał, ale świadczyło to jak ambitnie i poważnie podchodziliśmy do tych zawodów.

Rywalizowaliśmy też w skoku w dal i wzwyż, które również miały pozytywny wpływ na nasz rozwój fizyczny i sprawnościowy.

Nie były to jedyne tereny, gdzie uprawialiśmy sport. Drugą „areną" sportowych gier i zabaw dla młodzieży była rzeka Skawa i jej obrzeża. W gorące popołudnia, a szczególnie w dni wolne od pracy i nauki, Skawa oblegana była przez mieszkańców nie tylko naszego miasta. Od Gorzenia po kolejowy most i nawet dalej, było tłoczno nad Skawą.

Kiedy niektórzy wylegiwali się na ciepłych kamieniach, myśmy uprawiali różne „harce" popisując się swoimi sprawnościami. Na piasku uprawialiśmy skok w dal, sznurek służył za poprzeczkę w skoku wzwyż. Rzucaliśmy płaskim kamieniem, który zastępował nam dysk.

Często nad Skawą spotykałem braciPiotrowskich Włodzimierza i Zdzisława, absolwentów z 1938 r., szkolnych kolegówKarola Wojtyły, naszego kochanego papieżaJana Pawła II. Byli wspaniale zbudowani, wyglądali niemal jak rzymscy gladiatorzy. Ćwicząc podnosili ciężkie kamienie, lub pchali nimi jak kulomioci kulą, na zawodach lekkoatletycznych. Starałem się wraz z kolegami naśladować ich ćwiczenia. W domu wykonałem sobie z dwóch doniczek zabetonowanych na drążku prowizoryczną sztangę, która zastąpiła mi rzeczne kamienie. Niewątpliwie należałem do pokolenia, które dużo wolnego czasu spędzało na powietrzu. Dzisiaj TV oraz komputery odciągają młodzież od wszelkiego sportu i zabaw, co nie wpływa korzystnie na ich rozwój fizyczny.

W trakcie tych naszych gier miały miejsce dwa zdarzenia, które mogły się zakończyć tragicznie. W tych przypadkach ważną rolę odegrały moje umiejętności pływackie.

Pływaliśmy przy tamie, gdzie była głęboka woda. Jedni skakali z tamy do wody, ja pośród wielu kolegów płynąłem obok kolegiGuzego, który jeszcze słabo pływał. W pewnym momencie jego głowa zniknęła pod powierzchnią wody. Kiedy się wynurzył, po skroniach spływała mu krew. Przerażony krzyknąłem na kolegów, żeby pomogli mi go wydostać. Zrobiliśmy łańcuch z naszych rąk i wyciągnęliśmy go na brzeg. Okazało się, że ktoś rzucił w górę płaski kamień, który akurat trafił go w głowę. Zwykle tak robiliśmy, ale tam, gdzie nie było nikogo w wodzie. Skończyło się na rozcięciu skóry i dużym szoku.

Drugie zdarzenie miało miejsce również nad Skawą. Pewnego pięknego słonecznego ranka w 1946 r. razem zJurkiem Pieszczotąurządziliśmy sobie w górze rzeki trening pływacki w miejscu, gdzie rzeka była głęboka, a jej wody płynęły wolno i spokojnie. Na brzegu siedziała samotna panna, która po chwili nałożyła na głowę czepek i zaczęła wchodzić do rzeki. Nie wiedzieliśmy, że nie umie pływać. Lekko podskakując zanurzała się w coraz głębszej wodzie. Po każdym podskoku prąd znosił ją na środek rzeki, gdzie było ponad 2 m. głębokości. Pływając z niepokojem obserwowałem, co ona robi. Kiedy nagle zniknęła pod wodą krzyknąłem: Jurek, ona się topi! Wynurzyła się ponownie, wystraszona nawet nie krzyczała. Ruszyliśmy na ratunek.

Ja z dołu pod prąd kraulem, Jurek z prądem z góry. Może byłem szybszy, bo pierwszy podpłynąłem do tonącej. Zanurkowałem i za biodra podrzuciłem ją do góry, aby zaczerpnęła powietrza. Nie przypuszczałem, że w tym momencie ona złapie mnie kurczowo za szyję. Kiedy poszedłem razem z nią pod wodę i udało mi się oswobodzić z jej uścisku, ponownie już razem z Jurkiem rozpoczęliśmy ją holować na płytszą wodę. Po chwili słaniającą się na nogach, wyprowadziliśmy na brzeg. Na pewno wypiła trochę wody, gdyż usiadła na kamieniach blada. Mocno wystraszona nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa. Nie wiedzieliśmy wówczas, że ratowaliśmy przyszłą małżonkę naszego kolegi i mamę paniEwy Filipiak, burmistrza Wadowic. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby nas tam w tym miejscu i w tym czasie nie było. Może wtedy pannaZofia Kulecnie weszłaby sama do wody?

Tego samego 1946 r. w Gimnazjum utworzona została drużyna piłki nożnej. Jej opiekunem zostałp. prof. Cz. Panczakiewicz. Decyzja ta ogromnie nas ucieszyła, gdyż chętnych do „kopania" piłki w szkole było wielu, a ja wreszcie miałem okazję wyżycia się w dyscyplinie, która od najmłodszych lat była moja pasją.

Mieliśmy biało-błękitne stroje. Buty wykonane z koziej skóry wyprodukowanej w Zembrzycach. To rodzice uczniów naszego Gimnazjum dostarczyli Dyrekcji materiał na buty, które niestety po deszczu można było wykręcać jak szkolną gąbkę, a wysuszone trudno było włożyć na stopę. Jednak cieszyliśmy się, że mamy wreszcie sprzęt jak prawdziwi piłkarze. Przez naszą szkolną drużynę piłkarską przewinęło się dużo kolegów, zarówno z tych starszych jak i młodszych roczników. Nie wymieniam ich w kolejności alfabetycznej, lecz tak jak ich sobie przypominam:Stanisław Jach, Feliks Gaweł, Stanisław Nowosielski(absolwent z 1948 r.) który od 1972 r., pełnił obowiązki przewodniczącego Polskiego Związku Piłki Nożnej w okresie, kiedy nasza reprezentacja odnosiła sukcesy pod wodząKazimierza Górskiego, Ryszard Kanik, Kazimierz Gronkiewicz, Andrzej Kasprzycki, Tadeusz Gabor, Marian Wrona, Władysław Talaga, Jerzy Pieszczota, Idzi Cwięk, Marian Żak, Józef Cwięk, Władysław Byrski, Marian Gzela, Józef Ogiegło, Zbigniew Śmieszek, Tadeusz Łyczkowski, Leszek Choma, Stanisław Erb.

Są to tak odległe czasy, że mogłem kogoś pominąć, za co serdecznie przepraszam. Rozgrywaliśmy mecze w Kętach, Zembrzycach i w Zatorze, oraz na terenie naszego miasta.

Z radością kontynuowaliśmy w Gimnazjum tradycje piłkarskie nawiązując do przedwojennej drużyny szkolnej, którą również prowadziłp. prof. Cz. Panczakiewicz. Grał w niej wtedyKarol Wojtyła, absolwent z 1938 r. oraz brat mojej żonyWilhelm Mosurski, absolwent z 1939 r., który opowiadał mi, że Karol Wojtyła z racji sprytu, skoczności oraz pewnego chwytu piłki występował na pozycji bramkarza, zawsze w czapce. Po latach mój szwagier wraz z innymi kolegami został zaproszony przezJana Pawła IIdo Rzymu, na wspólne koleżeńskie spotkanie.

Po roku gry w szkolnej drużynie większość z nas zasiliła pierwszą drużynę piłkarską oraz juniorów Klubu Sportowego K.S. Skawa. Stało się to za zgodą pana dyr. Jana Królikiewicza oraz grona profesorskiego.

Później ten rekreacyjno-zabawowy sport w szkole średniej przerodził się szybko w sport klubowy, wyczynowy. Uprawiałem dla przyjemności różne dyscypliny sportowe, ale sukcesy odnosiłem w tenisie stołowym oraz w piłce nożnej, za które otrzymałem liczne dyplomy i wyróżnienia.

Przy tej okazji warto nadmienić, że przed wojną gimnazjalistom nie wolno było grać w żadnych klubach pozaszkolnych. Dowiedziałem się o tym od mojego wspaniałego trenerap. Alojzego Sitki, absolwenta naszej szkoły z 1934 r., który przed wojną grał w krakowskiej „Wiśle" oraz w reprezentacji Polski pod innym nazwiskiem.

Dlatego pragnę w imieniu nas wszystkich bardzo serdecznie podziękować byłej Dyrekcji L.O za życzliwość i przychylność jaką nam okazywała przez lata nauki, w czasie uprawiania różnych dyscyplin sportowych.

Dzięki umiejętnościom piłkarskim nabytym już w szkole podstawowej oraz średniej i wrodzonej szybkości na stałe „zadomowiłem" się od 1946 r. w pierwszej drużynie piłkarskiej na pozycji prawoskrzydłowego. Klub w różnym okresie zmieniał swoją nazwę. Od K.S Skawa następnie OMTUR, ZMP, ZWIĄZKOWIEC, KOLEJARZ, aby w końcu powrócić do pierwotnej nazwy K.S. Skawa.


Drużyna Skawy Wadowice

Drużyna Skawy Wadowice w 1947 r. Na zdjęciu siedmiu uczniów Gimnazjum.

Graliśmy mecze na boisku przy „Sokole", później na wyremontowanym stadionie przy ul. Tatrzańskiej. Treningi odbywały się dwa razy w tygodniu, we wtorek i w czwartek. Z uwagi na skromną bazę sprzętową po krótkiej rozgrzewce graliśmy między sobą na dwie bramki, z braku większej ilości piłek. Na treningach zwykle graliśmy piłkami łatanymi. Często nowa, lub w dobrym stanie piłka, rezerwowana była tylko na mecze. Korki pod butami wycinane ze skóry przybijane były do podeszwy gwoździami, które często wbijały się w stopy. Zarówno piłki jak i buty musiały być systematycznie naprawiane.

Mimo, że boisko nie było pierwszej jakości, a trawa koszona kosą tworzyła wysepki utrudniające grę, to zawsze z radością wybiegaliśmy na murawę, aby rozpocząć sparing, lub mecz mistrzowski. Od niedzieli do czwartku wszyscy w mieście żyli wspomnieniami po meczu wygranym, lub przegranym, a od piątku do niedzieli myśleli o nadchodzącym spotkaniu. W latach 1947-1949 w pierwszej i drugiej drużynie Skawy grało 70% zawodników z naszej szkoły, których wymieniam w dowolnej kolejności:
Jach Stanisław- bramkarz,Gronkiewicz Kazimierz- bramkarz,Kanik Ryszard- napastnik,Gabor Tadeusz- napastnik,Kasprzycki Andrzej- pomocnik,Żak Marian- pomocnik,Cwięk Idzi- napastnik,Pieszczota Jerzy- bramkarz,Cwięk Józef- napastnik,Glanowski Andrzej- pomocnik,Ogiegło Józef- napastnik,Śmieszek Zbigniew- napastnik,Gzela Marian- bramkarz,Choma Leszek- napastnik,Erb Stanisław- pomocnik.

Wszyscy mieliśmy w mieście swoich fanów, nawet wśród grona profesorskiego w L. O. Zdarzało się, że na lekcji j. polskiego p. prof. Kazimierz Foryś pytał mnie jaki będzie wynik w niedzielę, kto wygra i ile strzelę bramek? Podobne pytania zadawał mi p. prof. Tadeusz Śmieszek. Było to dla mnie bardzo miłe, gdyż świadczyło o dużym zainteresowaniu i przychylności do sportu i sportowców zarówno przez profesorów jak i p. dyr. Jana Królikiewicza.

Jesienią i zimą grałem w tenisa stołowego, który był doskonałym uzupełnieniem kondycyjnym do piłki nożnej. Dziękip. prof. Cz. Panczakiewiczowi, który zaszczepił w nas zamiłowanie do turystyki, starałem się każdy wolny czas spędzać na nartach.

Do zapalonych turystów górskich należeli: E. Rzycki, R. Kanik, J. Pieszczota, M. Michałek, St. Hanusiak, T. Łyczkowski. Ulubionym miejscem do aktywnego wypoczynku był Leskowiec. Jego piękne polany były wyśmienitym terenem do jazdy na nartach. Szczególnie jego północne stoki, gdzie śnieg często utrzymywał się do maja.

Pamiętam jak jednego roku przed Św. Wielkanocnymi wyruszyliśmy na Leskowiec. Znajomi „pukali" się w głowy, bo wszędzie kwitły kaczeńce i stokrotki, a my na plecach z nartami. Na Leskowcu było wspaniale. Jeździliśmy bez koszul, opalając się w promieniach wiosennego słońca. Grzbietami udało nam się zjechać prawie do samego Czartaka i koleją wrócić do Wadowic. Kiedy przyszliśmy na Rezurekcję wszyscy nam zazdrościli, gdyż wyglądaliśmy jak Indianie.

Innym razem zdarzył się bardzo zabawny wypadek. Ostatnie marcowe opady śniegu utworzyły grubą warstwę skrzącego się w słońcu puchu. Wytyczyliśmy tyczkami trasę slalomową, ćwicząc zjazdy. Staszek Hanusiak nie należał do wytrawnych narciarzy, ale starał się dotrzymywać nam kroku. W słońcu było tak ciepło, że postanowił rozebrać się do slipów i w takim stroju paradował na stoku. W tym kopnym śniegu trudno było kręcić, dlatego kiedy zaczął zjeżdżać, niebezpiecznie niosło go w las. Krzyczeliśmy, Staszek kręć!!! Miał ogromne szczęście, gdyż na jego drodze znalazł się duży pagórek, który starał się najechać, aby wytracić szybkość. Najechał na niego z dużą szybkością i nagle zniknął nam z pola widzenia. Zaniepokojeni czy coś mu się nie stało, zjechaliśmy w dół. Wystraszeni ujrzeliśmy wystające spod dużej kopy śniegu jedynie tyły nart, ale Staszka nie było widać.

Okazało się, że zniknął w krzaku dzikiej róży, który był przygnieciony potężną warstwą śniegu. Leżał w tym różanym krzaku głową na dziobach nart, niczym skoczek narciarski w locie, nie mogąc się ruszyć. Kiedy go wydobyliśmy ze zdumieniem stwierdziliśmy, że nie miał ani jednego zadrapania na ciele. Jednak już więcej taki „goły" nie próbował jeździć na nartach.

Skończyła się zima, zbliżał się maj 1949 r., miesiąc naszej matury. Sądzę, że nie tylko ja, ale i inni byli bardzo przejęci i mocno podnieceni. Nawet widok wspaniale kwitnących drzew, nie łagodził nerwowego napięcia. Kiedy jednak było już po „wszystkim", wychodząc z budynku szkoły z wdzięcznością i radością spojrzałem w niebo. Dopiero wtedy zachwyciłem się stożkowatymi pióropuszami białych kwiatów kasztanowca, które pięknie odcinały się na błękicie nieba. Wydawało mi się, że tak pięknie już nigdy nie będą kwitły.

Potem był komers w Czytelni przy ul. Krakowskiej. Chociaż kreacje były znacznie skromniejsze niż dzisiaj, to radość na pewno była taka sama. Bawiliśmy się wspaniale do białego rana. Czuliśmy, że nasze drogi wkrótce się rozejdą, że jak te ptaki odlecimy w różne świata strony. Dlatego przyrzekliśmy sobie, że co 5 lat będziemy wracać do naszego ukochanego „gniazda", co też czynimy. Zabawę opuszczaliśmy rozśpiewani nucąc słowa piosenki:
„I cóż nam więcej trzeba, Idziemy ja i ty
W świat ten ukochany Bo
maturę zdaliśmy."

Po maturze prawie wszyscy opuścili Wadowice. Jedni na stałe, inni tylko na okres studiów.

Ja razem zMarianem Sordylemrozpocząłem studia na Wydziale Architektury w Krakowie. Moje umiejętności sportowe nabyte w Wadowicach procentowały teraz w życiu studenckim. W 1950 r. zdobyłem mistrzostwo Politechniki Krakowskiej w tenisie stołowym. Byłem również zawodnikiem krakowskiego AZS w tej dyscyplinie w III lidze.

W 1951 r. reprezentowałem AZS Kraków w piłce nożnej na Mistrzostwach Polski AZS we Wrocławiu. Na zakończenie mistrzostw wystąpiłem w akademickiej reprezentacji Polski przeciwko II ligowej drużynie „Ogniwa Wrocław".

Po studiach otrzymałem nakaz pracy do Bielskiego Przemysłowego Zjednoczenia Budowlanego, które skierowało mnie na odcinek budowy AZPB w Andrychowie. Praca oraz nowe miejsce zamieszkania spowodowały, że dalszą przygodę piłkarską kontynuowałem już w „Beskidzie Andrychów", z którym dwa razy walczyłem o wejście do II ligi, jednak nieskutecznie.

Kończyła się rozbudowa AZPB i mój nakaz pracy. Z uwagi na te okoliczności oraz skromne warunki mieszkaniowe postanowiłem przenieść się do Oświęcimia. W 1956 r. zostałem pracownikiem Biura Projektowego i jednocześnie zawodnikiem piłki nożnej K.S. Unia Oświęcim. Przez 6 miesięcy dojeżdżałem do miasta ciężarówką.

W lutym 1957 r. w czasie gołoledzi i dużej mgły, znalazłem się w potężnej samochodowej kraksie na Grójeckiej Górze, która mogła przekreślić moje dalsze plany życiowe.

Szczęśliwie, 1 kwietnia 1957 r. otrzymałem upragnione mieszkanie i odtąd Oświęcim stał się moją docelową „przystanią."

Z drużyną piłkarską Unii przeżyłem wiele radosnych chwil. Zdobyliśmy kilkakrotnie mistrzostwa III ligi krakowskiej, która dawała nam prawa walki o II ligę kraju. Niestety rywale i tym razem byli mocniejsi.

Szybko mijały lata. Nadszedł dzień 7.06.1959 r. Dzień naszego pierwszego zjazdu. Jego organizatorami byli głównie:Maria Drożdziewicz, Anna Kruszyńska, Marian Michałek, Emil Rzycki, Stanisław Pazdziora i Janusz Kotlarczyk. Głównie dzięki mieszkańcom Wadowic, odbywały się co pięć lat nasze zjazdy. Każdy z nich rozpoczynał się Mszą św. w kościele parafialnym N.M.P. Po Mszy św. przechodziliśmy do naszej „budy", gdzie w swojej dawnej klasie wspominaliśmy nasze młode lata. Ten pierwszy zjazd zaszczyciło swoją obecnością liczne grono profesorskie zp. dyr. Janem Królikiewiczem i ks. prof. Edwardem Zacheremna czele. Były miłe rozmowy oraz wspomnienia i ponowne przykre rozstania.


Zjazd w 1959 r.


Niestety wszystko co przez tyle lat było takie piękne i radosne musiało się kiedyś skończyć. Czas pędził nieubłaganie szybko. Nadeszła chwila , w której podjąłem decyzję o zakończeniu prawie 15 letniej przygody z piłką nożną.

Nie było to całkowite pożegnanie ze sportem. Jeszcze przez wiele lat „kopałem" ulubioną piłkę w trakcie różnych zawodów organizowanych dla „starszych panów". Powoli jednak, wraz z upływem czasu, sport w moim wykonaniu zmieniał się z wyczynowego w turystyczny. Coraz częściej piłkę zamieniałem na narty, które umożliwiały mi kontakt z zimowym krajobrazem i utrwalaniem jego uroków na błonie filmowej.

Aparat fotograficzny był teraz moim nieodłącznym atrybutem, gdyż fotografia stała się dla mnie nową pasją.

Brałem udział w rajdach narciarskich organizowanych przez klub PTTK z Oświęcimia w urocze Bieszczady, których tereny o cudownym prawie jak z bajki krajobrazie zimowym, zachęcały do fotografowania. Malownicze stoki górskie, porośnięte w dolnych partiach gęstym lasem iglasto-bukowym i grzbiety z rozległymi połoninami zapraszały do turystyki. Zachęcony tymi widokami uczestniczyłem w kilku rajdach. Każdy z nich przynosił nowe i ciekawe wydarzenia. Naszą bazą wypadową w góry były Ustrzyki Górne, do których dotarcie nie zawsze należało do łatwych i przyjemnych. Pamiętam rajd, kiedy drogi były tak zasypane, że z miejscowości Czarne do Lutowisk przebijaliśmy się ciężarówką, traktorem, spychaczem i saniami, a od Bereżek ostatnie 4 kilometry pieszo.



O tych i innych perypetiach można by dużo opowiadać. Ja jednak chciałem podzielić się wrażeniami z rajdu jaki miał miejsce w lutym 1964 r., kilka miesięcy przed naszym drugim zjazdem w Wadowicach. Pewnego dnia wyruszyliśmy na najwyższy szczyt Bieszczad, Tarnicę o wys. 1346 m. n.p.m. Nie przypuszczałem, że może to być dramatyczna wyprawa. Okazało się później, że te ciche i spokojne oraz urocze połoniny, wcale nie są takie bezpieczne. W wyprawie uczestniczyło 16 osób. Po wyjściu z gęstego, prawie dziewiczego lasu bukowego na wysokość około 1000 m. n.p.m. zatrzymaliśmy się, aby założyć na narty „foki".

Z góry napływała gęsta mgła, która znacznie ograniczała widoczność. Szliśmy jeden za drugim na wyciągnięcie ręki, aby nie stracić kontaktu z partnerem z przodu. Właśnie to nas zgubiło, gdyż jak nożem nacięliśmy nawis śnieżny na stoku. Nastąpiło głuche tąpnięcie i cały nawis razem z nami ruszył błyskawicznie w dół. Kiedy pod zwałami śniegu rozłożony na brzuchu jak żaba sunąłem w zupełnej ciemności, mignął mi przed oczami obraz mojej rodziny. Myślałem, że już jej nie zobaczę.



Pod lawiną 1964 r.



Wypadek na Caryńskiej Połoninie.

Był to bardzo dramatyczny moment, gdyż zdawałem sobie sprawę, gdzie ta lawina może nas pociągnąć. Szczęśliwie zatrzymała się na niewielkim wzniesieniu. Czułem ogromny ból w udach. Powodowały go tyły moich nart gniecione bryłami śniegu. Prawdopodobnie uprawiany wyczynowo sport uratował mi nogi przed złamaniem. Gdy wyzwoliłem dłonie z kijków, wypchnąłem blok śnieżny znad głowy i z trudem odpiąłem narty. Wraz z kilkoma kolegami udało mi się wydostać spod lawiny. Pozostałym musieliśmy udzielić pomocy. Jeden z przygniecionych kolegów miał złamaną nogę. W bardzo trudnej i niebezpiecznej pozycji znajdował się nasz przewodnik. Z toboganem na plecach zwinięty pod śniegiem miał pod szyją złamane końce nart ze sterczącymi stalowymi listwami na brzegach.

Mieliśmy dużo szczęścia, gdyż lawina porwała nas swoją początkową częścią, która się zatrzymała, natomiast jej główny język sunął jeszcze 200 metrów w dół. Na toboganie, w głębokim śniegu transportowaliśmy kolegę do Ustrzyk Górnych, skąd pogotowie zabrało go do Sanoka. Nie był to jedyny nieszczęśliwy wypadek w czasie naszych wypraw w Bieszczady. Następnym razem, w piękny słoneczny dzień wyruszyliśmy na Caryńską Połoninę.

Po zdobyciu szczytu, szafirowe niebo i gorące słońce zachęciły nas do krótkiego odpoczynku. Była godzina 15, więc powoli zabieraliśmy się do powrotu. Temperatura wynosiła -10°C. Po oblodzonym stoku, ostrożnie zjeżdżaliśmy w dół i zatrzymaliśmy się przy granicy lasu. Na górze pozostał ostatni kolega, który w trakcie zjazdu w połowie stoku nagle przekoziołkował i znieruchomiał na śniegu. Wystraszeni ruszyliśmy do niego i stwierdziliśmy groźne złamanie nogi. Zdjęliśmy wszyscy swetry i otuliliśmy go by nie przemarzł, gdyż słupek rtęci gwałtownie spadł, a do schroniska było daleko. Kiedy dotarliśmy na miejsce była już godzina 20., gwiazdy skrzyły się na niebie, a temperatura spadła do -30 °C. Oczy miałem sklejone soplem lodu, a nogi w butach otarte do krwi.

Na tych rajdach dwukrotnie wystąpiłem w roli ratownika. Ten wypadek pod Tarnicą został odnotowany w książce p.t. „Sygnały z gór" niech będzie ostrzeżeniem dla turystów wybierających się zimą w Bieszczady.

Niektóre fragmenty moich wspomnień nie są ściśle związane z Wadowicami. Są jednak kontynuacją mojego życia sportowego, które miało swój początek w rodzinnym mieście.

Kilka miesięcy później, 7.06.1969 r., odbył się kolejny zjazd naszego rocznika.


Zjazd w 1969 r.


Przez 59 lat było 11 zjazdów oraz szereg spotkań nieoficjalnych, co niewątpliwie świadczy o naszej aktywności.

Wszystkie zjazdy odbywały się według stałego programu. Msza św. do której zawsze służyłEmil Rzycki, spotkanie w klasie, odwiedzenie grobów naszych profesorów i na zakończenie wspólny obiad, który zawsze kończył się chóralnym śpiewem.

Spośród wszystkich zjazdów trzy szczególnie utkwiły w mojej pamięci. W 1974 r. nasze spotkanie z okazji 25 rocznicy matury zaszczyciło swoją obecnością liczne grono profesorskie zp. dyr. Tadeuszem Janikiemna czele. Na tę okoliczność wykonałem symboliczne proporczyki, które zostały wręczone wszystkim uczestnikom zjazdu.


Zjazd w 1974 r. 25- lecie matury.


Zjazd w 1979 r. 30-lecie matury.


30-lecie matury obchodziliśmy nietypowo z końcem maja 1979 r., gdyż w czerwcu miał przybyć do Polski papieżJan Paweł II. Zgodnie programem 7.06 miał odwiedzić Kalwarię Zebrzydowską, rodzinne Wadowice oraz Oświęcim. Bardzo chciałem być tego dnia blisko Ojca Świętego. Nie zdecydowałem się pojechać do Kalwarii mimo, że w Komitecie Organizacyjnym wizyty Jana Pawła II był mój szwagier Wilhelm Mosurski szkolny kolega Karola Wojtyły, który miał zaszczyt być w gronie witających Ojca Świętego w Kalwarii. Również w Wadowicach miałem znikomą szansę na realizację swoich pragnień. Dlatego zdecydowałem się pozostać w Oświęcimiu, aby tu szukać swojej szansy.

Szczęście wyraźnie mi dopisywało. Chociaż nie miałem akredytacji, dzięki Władzom kościelnym i świeckim moje marzenia się spełniły. Byłem blisko Jana Pawła II.

Ten piękny, słoneczny dzień uważam za najważniejszy w historii naszego miasta. Przez wiele lat Oświęcim odwiedzany był przez różnych dostojników z całego świata, jednak żaden z nich nie mógł się równać z Ojcem Świętym.

Wszystkimi drogami nadciągnęły tłumy ludzi, kieruj ąc się na teren byłego obozu w Brzezince. Nadjeżdżały autobusy wypełnione setkami wiernych. Specjalne pociągi umożliwiały dotarcie do Oświęcimia z różnych stron kraj u. Wszystkim udzielało się ogólne podniecenie, potęgujące się z każdą godziną. O godzinie 13 na placu betonowym PKS blisko byłego obozu KL. Auschwitz wylądował helikopter z Janem Pawłem II.



Z przejęciem rejestrowałem ceremonię powitania, po której Jan Paweł II w towarzystwie kardynała Franciszka Macharskiego odjechał do byłego obozu koncentracyjnego. Stojąc w odkrytym samochodzie pozdrawiał witających go wiernych ustawionych wzdłuż trasy przejazdu, która usłana była kwiatami.



W obozie Papież zwiedził blok 11 zwany „blokiem śmierci". Później modlił się w celi, w której zginął św. Maksymilian Maria Kolbe. Następnie pod „ścianą śmierci" w miejscu, gdzie hitlerowcy rozstrzelali tysiące więźniów, złożył wiązankę kwiatów.

W Brzezince na rampie kolejowej, gdzie hitlerowcy segregowali więźniów, ustawiony był ołtarz i krzyż z cierniową koroną. Tam Ojciec Święty Jan Paweł II w asyście kapłanów - byłych więźniów obozów koncentracyjnych, celebrował Mszę św.




Wśród tysięcy wiernych w ciszy i skupieniu stałem blisko ołtarza. Widziałem „morze" głów, nad którymi sterczały betonowe słupy z drutami kolczastymi oraz osmolone kominy byłych baraków - niemy symbol tragicznych dni okupacji.

Po Mszy św. papież pozdrowił oraz pobłogosławił wszystkich zebranych i udał się pod pomnik Męczeństwa Narodów, gdzie pochylił się przed każdą z tablic oddając hołd pomordowanym.



Na Mszy św. była również moja żona Jadwiga. Kiedy Jan Paweł II mówił o nienawiści i okrucieństwach wojny, odżyły w jej pamięci tragiczne chwile hitlerowskiej okupacji. Właśnie tu, w Birkenau- Brzezince 11.09.1942 r. zginął jej kuzyn, Zdzisław Mosurski, aresztowany wraz z innymi w Krakowie w czasie tajnego nauczania. Miał wtedy 24 lata. W czasie wojny zginął także ojciec mojej żony- Wilhelm Mosurski. Został zabrany przez gestapo 4.07.1944 r. ponieważ jego syn nosił to samo imię co on. Młody Wilhelm Mosurski działał w AK i dowiedział się o czekaj ących aresztowaniach. Ostrzegł ojca, ale on pozostał w domu. Został wywieziony do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, gdzie został zamordowany w wieku 52 lat. Po tych latach czas zabliźnił rany.

Kiedy przeglądam wykonane zdjęcia z dnia 7.06.1979 r. ze wzruszeniem wspominam z żoną tamten dzień. Nie wiedziałem, że fotografując wizytę Jana Pawła II w Oświęcimiu uwiecznię również kardynała J. Ratzingera - papieża Benedykta XVI, oraz biskupa Tadeusza Rakoczego.



Ten cykl moich zdjęć załączyłem do księgi pamiątkowej, która miała być przekazana Ojcu Świętemu. Niektóre zdjęcia zostały wykorzystane w lokalnych publikacjach oraz w magazynie społeczno-kulturalnym A'propos w Bielsku-Białej. Chociaż takich zdjęć wykonano tysiące, to cieszę się, gdyż miałem szczęście i zaszczyt robić zdjęcia jako rodak Ojca Świętego i absolwent tego samego Gimnazjum im. M. Wadowity w Wadowicach.

Mijały lata i następne nasze zjazdy, które różniły się jedynie pod względem frekwencji. Z każdym następnym było nas coraz mniej. Choroby, wypadki losowe przerzedzały nasze szeregi. Ze smutkiem wspominaliśmy tych, którzy już od nas odeszli.

Ale zjazd w 1994 r. był dosyć liczny. Przybyli nawet: Marysia Halska z Kanady, Stanisław Hanusiak z USA oraz Krystyna Klauzner z Anglii. Było bardzo miło i wesoło.


Zjazd 1994 r.



Jednak najbardziej radosnym był jubileuszowy zjazd w 1999 r. z okazji 50 rocznicy naszej matury, który z uwagi na zapowiadaną wizytę Ojca Świętego do ojczyzny, odbył się 29 maja.


Zjazd 1999 r. 50-lecie matury.



Po Mszy św. odwiedziliśmy dawną klasę, gdzie z radością złożyliśmy podpisy na naszym przesłaniu do Ojca Świętego.

W odpowiedzi Jan Paweł II dziękując za nasz list przesłał serdeczne pozdrowienia wraz z błogosławieństwem dla nas i naszych rodzin. Kopię listów wraz z laurką dołączyłem do opowiadania.




Po obiedzie wszyscy poszli do Czytelni Mieszczańskiej, gdzie w 1949 r. w maju mieliśmy komers. Stanisław Hanusiak tym razem nie przyjechał, gdyż miał wypadek w USA. Z życzeniami przysłał trochę „zielonych", za które piliśmy szampana na jego zdrowie. Na tablicy był napis:„Za Clarusa zdrowie Niech nam szumi w głowie!"




Żartom i śpiewom nie było końca. Był to niewątpliwie jeden z najwspanialszych zjazdów. Z uwagi na stan zdrowia, w następnym zjeździe w 2004 r. nie wziąłem udziału.

Ale moje kontakty z rodzinnym miastem nie ograniczały się jedynie do zjazdów. W 1966 r. wygrałem konkurs fotograficzny p.t. „Ziemia wadowicka w obiektywie", a cztery lata później dostałem III nagrodę w takim samym konkursie.

W sali wystawowej WCK miałem 2 wystawy autorskie. W 2004 r. malarską a w 2005 r. fotograficzną. Jako były zawodnik KS. Skawa byłem zaproszony na uroczystości z okazji 80, 90 i 100-lecia klubu. Były to dla mnie bardzo miłe spotkania umożliwiaj ące kontakt z dawnymi kolegami z boiska.

Mimo, że od 1957 r. jestem mieszkańcem Oświęcimia, to każdy nawet najdrobniejszy kontakt z rodzinnym miastem jest dla mnie zawsze radosnym wydarzeniem. Szczególnie kiedy spotykam ludzi, którzy mnie jeszcze trochę pamiętają.

Z uwagą i radością śledziłem wszystkie wizyty Ojca Świętego w ojczyźnie a szczególnie te w rodzinnych Wadowicach.

W dniu 2.04.2005 r. o godzinie 21.37 cały świat, nie tylko chrześcijański pogrążył się w żałobie i głębokim smutku. Zmarł nasz najukochańszy Ojciec Święty Jan Paweł II.

W porozumieniu z miejscową władzą kościelną oraz Oświęcimskim Centrum Kultury dzień przez urodzinami Jana Pawła II 17.05.2005 r. odbył się w OCK wernisaż wystawy fotograficznej, upamiętniającej pobyt Ojca Świętego w byłym obozie KL. Auschwitz. A w kościele Św. Maksymiliana Marii Kolbe aktor p. Jerzy Trela odczytał Tryptyk Rzymski Jana Pawła II.




Wernisaż wystawy, 17.05.2005 r.



Tych wszystkich wydarzeń w moich wspomnieniach nie mogłem pominąć, gdyż zapisały się one głęboko w mojej pamięci.

Pragnę przypomnieć, że w przyszłym roku będziemy obchodzić 60- lecie matury. Więc życzę wszystkim absolwentom najlepszego zdrowia oraz licznego spotkania na jubileuszowym zjeździe 7.06.2009 r.

Tadeusz Gabor. Oświęcim, wrzesień 2008 r.


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.