Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Dużo od niego skorzystaliśmy
Wspomnienie o prof. Józefie Kawalerze

Renata Krauzowicz

Wadowickie gimnazjum i liceum miało szczęście do nauczycieli - postaci wyrazistych i barwnych, ludzi o wielkiej kulturze osobistej i renesansowej wiedzy. Mijają lata, niegdysiejsi uczniowie są dziś w sędziwym wieku i przy okazji spotkań pomaturalnych chętnie wspominają swoich "psorów". Wspomnienia te budzą żywą reakcję, wzruszenie, niejednokrotnie wdzięczność. Z perspektywy czasu widać, ile zawdzięczają swoim nauczycielom i jaki ci ludzie mieli wpływ na ich życie. Jedną z takich postaci był profesor Józef Kawaler (1899-1988), absolwent gimnazjum z 1918 roku. Był nauczycielem matematyki, fizyki, propedeutyki filozofii, astronomii.

Uczniowie profesora Kawalera mają w pamięci jego drobną, niepozorną postać, zawsze w garniturze i obowiązkowo w krawacie, choć uchodził za człowieka roztargnionego, który nie przywiązywał wagi do tak przyziemnej sprawy, jaką jest ubiór jego lekcje wyróżniały się spośród innych tym, że profesor nie przywiązywał nadmiernej wagi do dyscypliny. Być może przeszkadzała mu w tym wada wymowy. Uważał, że ma obowiązek przekazania wiedzy, a jest indywidualną sprawą ucznia, ile z tego skorzysta. Szybko się okazało, że za brak zainteresowania lekcją płaciło się złymi ocenami. Natomiast jeśli ktoś chciał się nauczyć matematyki, musiał być skoncentrowany i szybko robić notatki, bo profesor, który pisał prawą i lewą ręką, w zależności od tego, po której stronie tablicy stał, zapełniał ją błyskawicznie i mazał, by zrobić miejsce na następny dowód. - Mnie nauczył jak zapamiętać wielkość Rudolfiny, czyli liczby Pi - mówi Kazimierz Koczur, absolwent Liceum Ogólnokształcącego z 1959 roku. - Każdy wie, że jej wartość to 3,14, a ja do dziś znam do piątego miejsca po przecinku. Profesor Kawaler nauczył nas wierszyka, który rozpoczynał się tak: Kuć i orać w dzień zawzięcie... Ilość liter każdego wyrazu odpowiadała kolejnej cyfrze po przecinku - 14159. Tyle pamiętam, ale wierszyk był długi i określał 70 miejsc po przecinku. Do dziś w pamięci utkwił mi inny wierszyk - Nie dziel przez zero człowieku szalony, bo cię zadziobią Kruki i zakraczą Wrony. Podobno tak nazywali się matematycy profesora.

prof. J. Kawaler - pierwszy z prawej

Studiował matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i uważał się za matematyka. Zaraz po studiach rozpoczął pracę w Państwowej Szkole Przemysłowej i w IV Gimnazjum w Krakowie, potem w Kazimierzy Wielkiej. W czasie II wojny światowej brał udział w tajnym nauczaniu. Zaraz po wojnie uczył w andrychowskim liceum, a w latach 1946-1969 w liceum w Wadowicach. Jako pasjonat i znawca tematu pisał specjalistyczne artykuły do miesięcznika "Matematyka" i był członkiem Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Bardzo się przejął, kiedy w zastępstwie przyszło mu uczyć fizyki. Czuł się nieprzygotowany, a ponieważ był pasjonatem wiedzy, przeczytał dzieła Newtona w oryginale po łacinie, bo nie dowierzał polskiemu przekładowi. Uczniowie pamiętają tez dodatkowe lekcje przygotowujące do matury prowadzone na... cmentarzu. Wtedy wokół były pola uprawne, cisza i nikt nie zakłócał spokoju. Profesor lubił pracę z uczniami, którzy interesowali się wykładanym przez niego przedmiotem. Wspominał, ze przed wojną dawał korepetycje z matematyki tym, którzy chcieli zdawać eksternistycznie maturę. Jedna z uczennic, bogata Żydówka, z wdzięczności za dobre przygotowanie do egzaminu, podarowała Profesorowi dwa obrazy Wincentego Bałysa. - Moja przyjaźń z profesorem Kawalerem trwała przez piętnaście lat, aż do jego śmierci. Nie docenialiśmy Profesora, kiedy byliśmy uczniami - mówi Jan Mikołajczyk, absolwent 1959 roku. - Spotkaliśmy się dopiero w latach siedemdziesiątych na jakimś odczycie w Domu Kultury. Profesor był już emerytem, podszedłem, przedstawiłem się i tak się zaczęło. Dopiero wtedy przekonałem się, jaki to niezwykły człowiek. Jako uczeń nie wiedziałem o lego szerokich zainteresowaniach Grał na skrzypcach, znał się na malarstwie i rzeźbie, kochał kino. Dużo od niego skorzystałem. Mówił Janku, przeczytaj to, przeczytaj tamto.

Dużo czytał, studiował filozofów, interesowała go historia starożytna, znał biegle łacinę, grekę, francuski i niemiecki. Po wojnie nauczył się rosyjskiego. Pasjami grywał w szachy, najczęściej z Franciszkiem Suknarowskim i dr. Czyżem, spotykali się w Lotosie. Często grze towarzyszyły silne emocje, bo profesor był niecierpliwy, a poza tym nie lubił przegrywać. Wtedy miał sposób - upuszczał figurę na podłogę, schylał się po nią, "niechcący" trącał stolikiem, figury się przewracały i było po grze. W kawiarń przy filiżance kawy czytał prasę - od Trybuny Ludu po Tygodnik Powszechny. Na bieżąco orientował się sytuacji politycznej, śledził rozwój nauki i nowości wydawnicze. Powszechnie uznawany był za człowieka wszechstronnie wykształconego, niezwykle oczytanego, śledzącego wydarzenia polityczne.

Lubił dyskutować, wymieniać poglądy, ale nigdy nikomu ich nie narzucał. Choć wychował się w rodzinie katolickiej, był ateistą. Na jego światopogląd wpływ miało trudne do zaakceptowania kalectwo fizyczne i jąkanie się. Nie mógł uwierzyć, ze Bóg stwarza ludzi na swój obraz i podobieństwo, skoro on jest tak niedoskonały..Prowadził. w pokoju nauczycielskim długie dyskusje z ks. dr. Edwardem Zacherem. Wymieniali swój punkt widzenia, swoje poglądy na sprawy Kościoła i państwa, polityki Watykanu, idei komunistycznych. Nie były to kłótnie, żaden z dyskutantów nie przekonywał drugiego, ale wykazywali się olbrzymią znajomością tematu i kulturą dyskusji, mimo ze, jeden był w partu, a drugi osobą duchowną. Profesor Kawaler był prelegentem na zebraniach partyjnych i ateistycznych, "specjalizował się" w tematach kościelnych. Swoich poglądów politycznych nigdy nie prezentował uczniom na lekcji, nie uprawiał agitacji partyjnej ani ateistycznej. Do wiary i Kościoła odnosił się z szacunkiem. Pod koniec życia przestał "wadzić się z Bogiem" i z pomocą księdza Sudera, ówczesnego proboszcza parafii Of. NMP, pojednał się z Bogiem i przed śmiercią przyjął komunię św. To był dobry człowiek. Przyjaźniliśmy się, bo pomimo swojego kalectwa był bardzo uczynny. Dużo od niego skorzystałam - wspomina Janina Kasprzek, wieloletni nauczyciel w LO. - Kiedy zdawaliśmy jako nauczyciele różne egzaminy, zawsze mówił: Nie denerwuj się, ja ci pomogę. Był szczery, nigdy nikogo nie obmawiał, nie wyśmiewał, nie był złośliwy, To był prawy człowiek, bardzo uczciwy.

Ostatnie lata życia profesora upłynęły w nędzy. Nie miał rodziny, siły go opuszczały, a chciał być samodzielny i nie przyjmował pomocy przyjaciół. Chodził w tenisówkach, nawet zimą, zmarznięty, przemoczony taszcząc worek z materiału, do którego wkładał książki pożyczone w bibliotece. Kiedy nie miał sił, ciągnął go za sobą. Ludzie, ci którzy go nie znali, patrzyli na niego z dezaprobatą, oceniając po wyglądzie. - To było przykre, dlatego jako opiekunka ZHP zorganizowałam dla niego pomoc harcerską. Z początku nie chciał, ale potem korzystał z niej - wspomina pani Kasprzak. Później kiedy zachorował opiekowała się nim pani z PCK. Zmarł w wieku 89 lat.

W pamięci swoich uczniów zapisał się jako osoba o otwartym umyśle, wielkiej wiedzy. Dziś ci dojrzali już ludzie widzą w nim krystaliczną uczciwość, prawdomówność, prostolinijność. Doceniają jego kulturę i klasę, z jaką znosił swoje kalectwo. Szacunek budzi w nich to, ze nigdy nie wykorzystywał lekcji jako trybuny dla swoich poglądów. Doskonalił ich umysły i poprzez swoją osobowość wpływał na ich życiowe wybory. Na grobie profesora palą się znicze zapalone przez jego uczniów.

Wykorzystano tekst z Przebudzenia - aktualnie Głos Podbeskidzia


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.