Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Ks. prof. Edward Staniek

Ks. prof. Edward Staniek
Referat wygłoszony 20 września 2014 r. w Zakrzowie

Gimnazjum wadowickie szkołą ludzi wielkiego serca1


Najczęściej o wielkości człowieka mówi się, odsłaniając stopień jego kariery lub sławy. Dziś jest to często związane z sztuką aktorską lub popularnością. Na drugim miejscu jest ustawiona wielkość umysłu, odsłaniana przez osiągnięcia w biznesie lub na szczeblach naukowych. Na trzecim jest wielkość woli, którą promieniują bohaterzy. Rzadko kiedy natomiast mówi się o wielkości serca. Dlatego w ramach słowa wprowadzającego pragnę zasygnalizować ważne rysy serca, które należy dostrzec u wielu absolwentów naszego Gimnazjum.

Symbolika serca


Serce jest symbolem życia, bo jak długo ono bije, organizm jeszcze żyje; gdy milknie, życie w naszym ciele zanika. Kto sprawdza tętno, sprawdza rytm serca.

Serce jest znakiem mądrej dobroci i tak jest rozumiane przez większość ludzi. Dlatego jest symbolem różnych środowisk, których celem jest spieszenie z pomocą potrzebującym. Tym symbolem posługuje się J. Owsiak, organizując swe zbiórki.

W kulturze europejskiej serce jest symbolem zakochania i pod jego znakiem są obchodzone „Walentynki”.

W Kościele katolickim serce jest obrazem najdoskonalszej miłości, jaką Bóg ma do człowieka i jaką człowiek może odpowiedzieć Bogu. Najlepiej jest to ukazane w nabożeństwach do Najświętszego Serca Jezusa oraz do Niepokalanego Serca Jego Matki, Maryi.

Mówię o tym, ponieważ żyjemy w świecie, który bardzo różnie rozumie słowo serce i dla ludzi niewierzących, członków innych religii, a nawet wyznań chrześcijańskich, wielkość serca, którą chcę odsłonić, nie jest znana i temu nie należy się dziwić.

Przez wielkość serca rozumie się ludzi o bogatej osobowości, promieniujących harmonią wartości duchowych, czyli kochających prawdę, dobro i piękno. Tak rozumieli tę wielkość starożytni Grecy i wierzący należący do Kościoła odnajdują te wartości w Ewangelii. Ludzie wielkiego serca są otwarci na ubogacenie najwyższymi wartościami innych.

To ubogacenie dokonuje się przez bramę wtajemniczenia czyli bardzo bliskiego osobistego spotkania serca z sercem. Ma to miejsce wówczas, gdy ktoś szuka tych wartości. Kto się ich lęka, zwłaszcza prawdy, szczelnie zamyka swe zakłamane serce, aby ona go nie wypełniła. Kto kocha ciemności, nienawidzi światła, a symbolem prawdy jest właśnie ono.

Trzeba jeszcze podkreślić, że o wielkości serca decyduje hierarchia wartości, czyli to czemu lub komu człowiek podporządkowuje swe życie. Dziś najczęściej jest to pieniądz, a dla wielu zabawa. Wielkie imperium starożytnego Rzymu rozpadło się, bo mający władzę - na szczycie swoich wartości - ustawili „miecz i prawo”, a swoich podwładnych karmili „chlebem i igrzyskami”. Wielkie serce szuka wyższych wartości. Trzeba to widzieć, ponieważ żyjemy w podobnym świecie jak starożytni Rzymianie. Wielu ludziom do szczęścia wystarcza tylko pieniądz i zabawa, i to jest celem ich życia.

W religii chrześcijańskiej na szczycie hierarchii wartości jest Bóg, rozumiany jako Osoba, albo spotkanie Trzech Osób, które można kochać „z całego serca, z całej duszy, z całego umysłu i ze wszystkich sił”. Jest to możliwe jedynie dla tych, którzy osobiście się z Bogiem spotkali. Ta miłość jest gwarancją wielkiej harmonii, a w niej jest miejsce na każdego człowieka i na wszystko, co się składa na życie, tak na dobro jak i zło, na sukcesy i klęski.

Dotykamy tego, co w rysach wielkiego serca jest najważniejsze - tajemnicy spotkania. W nim nie chodzi o żadne z dóbr materialnych nawet obliczanych w bilionach dolarów. Nie chodzi też o wielkość wiedzy zdobywanej w warsztatach uczelni świata. Nie chodzi o wielkość osobistych przeżyć, takich jak zdobywanie szczytów Tatr, Alp czy Himalajów. Nie chodzi o bicie rekordów na stadionach sportowych i we wszystkich innych rywalizacjach. W spotkaniu nie chodzi o dzieła podziwiane i oklaskiwane przez innych. W spotkaniu chodzi o połączenie bogactwa ducha, zawsze bardzo różnego, dwu osób - to jest wzajemne ubogacenie. Jeśli się to stanie, mamy za sobą ważny pierwszy etap na drodze doskonalenia serca. Drugim etapem jest otwarcie jego bogactwa dla serc innych. Najczęściej możemy to obserwować w prawdziwej miłości narzeczeńskiej i małżeńskiej oraz na jej otwarciu na ubogacenie serc dzieci. Istnieje bowiem poważne niebezpieczeństwo egoizmu we dwoje, czyli zatrzymania rozwoju serca. Jeśli wartościowe serce nie ma własnych dzieci i wnuków, ubogaca innych. To samo jest tajemnicą spotkania w przyjaźni.

Tyle wprowadzenia, proszę wybaczyć że się nad tym zatrzymałem, ale zależy mi na właściwym odczytaniu kilku sylwetek naszego Gimnazjum z punktu widzenia wielkości ich serc. Czynię to celem ukazania, jak wartościową glebą była, i ufam że jest, nasza szkoła. Gimnazjum wadowickie miało grono profesorów, które umożliwiało wychowanie każdego ucznia tak, aby mógł zrealizować swe pragnienia. Wszystkie drogi były dla niego otwarte.

Słowo jakie do was kieruję jest znakiem mojej wdzięczności za to, co zawdzięczam Liceum imienia Marcina Wadowity, które w moim czasie nosiło imię Emila Zegadłowicza. Grono moich profesorów było nastawione na ubogacenie, choć w latach pięćdziesiątych znaleźli się już w układach, w których droga do wielkich wartości związanych z Ojczyzną i Kościołem była utrudniana przez komunizm i wojujący ateizm.

Przechodzę do ukazania rysów wielkiego serca w kilku portretach naszych absolwentów. Będą to Karol Wojtyła, Józef Biba, który zmienił nazwisko na Bilczewski, Józef Mazurek, Maciej Gądek, zaliczani do grona świętych, błogosławionych lub sług Bożych oraz ci, których wielkość serca zna Bóg, a ja ich tylko spotkałem - Mikołaj Kuczkowski, Michał Dyduch, Józef Ptak, Józef Woźniak.

Św. Karol Wojtyła


Najlepiej znanym, i to w skali świata, absolwentem naszego Gimnazjum jest Karol Wojtyła. Wielu z nas spotkało go osobiście i mogliby powiedzieć na temat wielkości jego serca nie jedno zdanie.

Po kanonizacji w różnych środowiskach słuchałem osobistych wypowiedzi na pytanie: Co zawdzięczam Karolowi Wojtyle lub Janowi Pawłowi II? Ponad 60 procent wypowiedzi było opartych na osobistym spotkaniu z nim.

Dla jednych było to spotkanie trwając kilka sekund. Pewien człowiek wyznał, że mając wtedy około trzydziestu lat, stał w tłumie ludzi na chodniku, spoglądając na jadącego wolno Jana Pawła II. W pewnym momencie papież spojrzał na niego i ten wzrok dotknął dna jego serca. Był to przełomowy moment, w którym przełożył zwrotnice swego życia na nowy tor. Zdecydował się na potraktowanie na serio zasad, jakie głosił Jana Paweł II i jego serce wypełnił pokój. Od spotkania upłynęło ponad dwadzieścia lat, a pokój pozostał. Mówiący zakończył swe świadectwo słowami: „To było najważniejsze spotkanie w moim życiu”. Spotkanie bez słowa, tylko wymiana spojrzeń.

Uczestniczyłem w Drodze krzyżowej odprawianej z relikwiami św. Jana Pawła II. Każdy z uczestników, przy swojej stacji, dziękował Bogu za dar, jaki otrzymał z rąk kardynała Wojtyły lub papieża. Droga krzyżowa była dla wszystkich dużym przeżyciem, bo wszyscy się znali, a wiele wypowiedzi odsłaniało tajemnice im nieznane. Jeden z kapłanów dziękował za to, że kardynał Wojtyła, arcybiskup Krakowa, znając jego kłopoty ze zdrowiem, dopuścił go do święceń kapłańskich, mówiąc: „Wyświecimy cię dla jednej Mszy świętej”. On, do dnia złożenia świadectwa odprawił ponad 14 900 Mszy świętych. Spotkał Człowieka o wielkim sercu i dobrze wiedział, że on znał pragnienia jego serca.

O wielkości serca Jan Pawła II świadczy jego postawa wobec zakonnika, który porzucił kapłaństwo i ostatecznie wylądował wśród żebraków w Rzymie. Gdy żebrał, całkiem przypadkowo, rozpoznał go kolega idący do Jana Pawła II załatwić ważną sprawę. Zatrzymał się przy żebraku pytając: „co ty tu robisz?” Usłyszał: „żebrzę”. Zamienili kilka zdań i powiedział mu, aby czekał na niego, bo jak będzie wracał od papieża, chce się z nim spotkać na dłużej. Ten czekał.

Kiedy kolega wrócił, usłyszał, że Jan Paweł II zaprasza ich dziś na kolację. Nie miał się w co ubrać, był w szoku. Kolega załatwił wszystko łącznie z bielizną, ubraniem, łazienką i fryzjerem. Wspólnie z Janem Pawłem spożyli kolację, a po niej Ojciec święty poprowadził go do innego pokoju i poprosił, aby żebrak go wyspowiadał. Ten bronił się, mówiąc, że jest pod karą i że nie ma prawa udzielania rozgrzeszenia. Jan Paweł spokojnie mu powiedział, ża jako biskup Rzymu jest ponad przepisami prawa kościelnego. Proszę cię o spowiedź. Ten usiadł, Jana Paweł II ukląkł przed nim i wyspowiadał się. Po otrzymaniu od niego rozgrzeszenia, kapłan żebrak upadł na kolana i spowiadał się wobec papieża z całego życia. Otrzymał rozgrzeszenie, a gdy wrócili do jadalni, w spotkaniu z kolegą, z ust Jana Pawła II usłyszał: „od jutra jesteś duszpasterzem żebraków w Rzymie”. Kolega załatwiał jego powrót do zgromadzenia.

Dla mnie nie trzeba żadnych innych dowodów na wielkość serca Jana Pawła II. Każdy inny papież szukałby prawnej drogi jego rehabilitacji. Ten rozpoczął od spotkania serce z sercem. Serce papieża, gdy bije prawem Bożej miłości, jest ponad prawem kościelnym. Jan Paweł II odsłonił w tym spotkaniu swoje podejście do Kościoła, który według niego jest wspólnotą serc umiejących przebaczyć i kochać. Kogo papież prosił o rozgrzeszenie? Nawet taki upadły kapłan ma władzę rozgrzeszenia, bo nim posługuje się Jezus.

Osobiście zawdzięczam kardynałowi Wojtyle wiele. Już o tym w innych środowiskach mówiłem. On mnie bierzmował. On w pierwszych dniach mego pobytu w seminarium rozmawiał z każdym z nas twarzą w twarz i podawał rękę, a na niej pierścień do całowania. Podchodzę i mówię, że tata mi pozwolił całować tylko rękę mamy i papieża. Popatrzył z uśmiechem i zamiast podać rękę do całowania, przygarnął moją głowę do swego serca. Tak było przy każdym naszym spotkaniu, nawet gdy został papieżem.

Serce Karola Wojtyły rosło w rodzinnym domu pod okiem mamy, która zmarła, gdy on był jeszcze dzieckiem, i ojca. Rosło też w murach gimnazjum w Wadowicach pod okiem ówczesnych profesorów oraz w gronie kolegów i koleżanek. Przez Opatrzność został ustawiony na najwyższym świeczniku na świecie, a to nie tylko nie napełniło serca pychą, ale powiększyło jego rozmiary tak, że było w stanie objąć miliony ludzi. Jego serce rosło aż do ostatniego uderzenia, gdy już prosił lekarzy: „Pozwólcie mi odejść”. Takie wymiary ma serce bijące miłością Boga i ludzi.

Św. Józef Biba (ks. Bilczewski)


Absolwentem pierwszego pokolenia naszego Gimnazjum był Józef Biba, który pod mocnym naciskiem, wchodząc na drogę profesury, zmienił nazwisko na Bilczewski. Gimnazjum ukończył w roku 1880, a jako jego uczeń mieszkał w Wadowicach, bo z Wilamowic nie mógł codziennie dojeżdżać. Ma więc wiele do zawdzięczenia nie tylko Gimnazjum, ale miastu, które wtedy nie liczyło zbyt wielu mieszkańców, a żyło w dużej mierze rytmem pracy Gimnazjum. Jako absolwent wystartował w stronę szczytu tej hierarchii wartości, jaką żyje Kościół katolicki. Święcenia kapłańskie otrzymał w Krakowie i tam pracował jako katecheta w Gimnazjum Nowodworskiego. Już wtedy jego uczniowie odbierali go jako katechetę wielkiego i odpowiedzialnego serca.

Ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz w Rzymie. Jako rektor Uniwersytetu we Lwowie, w roku 1900 został arcybiskupem Kościoła rzymskokatolickiego w tym mieście. W dniu konsekracji w katedrze podchodzili do niego z życzeniami. Wśród nich i jego tata, bo mama już nie żyła. Widząc ojca, zszedł do niego, mówiąc: „wiem, ojcze, że tobie zawdzięczam wiele”. Jest to spotkanie serc syna i ojca wyrażone w podaniu ręki.

Bilczewski osobiście znał św. Piusa X, który był synem praczki, a jak w roku 1903 został papieżem, podszedł do mamy i ucałował jej rękę, mówiąc: „Mamo nie byłoby mojej ręki, gdyby nie było twojej”. Taki mały gest, a mówiący wiele. Człowiek o wielkim sercu umie szanować i kochać rodziców. Ten szacunek jest ważnym wykładnikiem wielkości człowieka.

Wielkość serca bpa Józefa Bilczewskiego objawiała się w jego miłości do Kościoła rzymskokatolickiego. To były czasy nasilonej walki masonerii z Kościołem, która chciała narzucić pewne praktyki kościołów protestanckich. Papież Leon XIII pisał encykliki, odsłaniając mechanizmy tych ataków. Józef Bilczewski dobrze znał historię Kościołów tak prawosławnego, greko-katolickiego, jak i protestanckich. Żył w przyjaźni z arcybiskupem Józefem Teodorowiczem, który we Lwowie stał na czele Kościoła ormiańskiego. Dobrze orientował się w życiu Kościoła na przestrzeni wieków. Będąc w Rzymie, uczestniczył w odkryciach archeologicznych i poznawał same początki Kościoła ukrytego przez trzy wieki w katakumbach. Arcybiskup Bilczewski wiedział, kim jest biskup Rzymu stojący na dwu kolumnach wielkich Apostołów - św. Piotra i św. Pawła, którzy w Rzymie złożyli świadectwo swej męczeńskiej śmierci. Bogactwo Kościoła rzymskiego było dla niego unikalnym skarbem.

Pokochał Kościół rzymskokatolicki i chciał tę miłość przelać w serca młodzieży. Zorganizował nawet pielgrzymkę 200 gimnazjalistów ze Lwowa na Wielki Tydzień do Rzymu i sam pojechał z nimi, aby dotknęli korzeni Kościoła rzymskokatolickiego. Ta pielgrzymka świadczy o wielkości jego serca, które chce ubogacać wielu.

Drugim rysem jego serca było pragnienie pokoju i jedności w duchu Ewangelii. Podziały są tworem zła. Napięcia i kłótnie to znak serc karłowatych. Wymowne są listy, jakie pisał do arcybiskupa greko-katolickiego Szeptyckiego prosząc go, aby był apostołem pokoju między Ukraińcami i Polakami. Miało to miejsce w bolesnych miesiącach dla Lwowa, których pomnikiem jest cmentarz Orląt Lwowskich. Sam jednak Bilczewski poprosił, aby jego ciało zostało złożone na cmentarzu miejskim wśród ludzi najbiedniejszych. Testament wykonano, a do jego grobu wędrowali nie tylko katolicy. Wielkie serce jest otwarte dla najbiedniejszych i wśród nich czuje się najlepiej.

Nasz absolwent jako arcybiskup Lwowa bardzo ostro piętnował wszelkie nacjonalizmy, a zawartą w nich ideologię traktował jako największą herezje, czyli zlo polegające na odchyleniu od prawdy. To podejście jest aktualne, bo znów mamy do czynienie z nacjonalizmami, a one swą historię piszą łzami i krwią. Józef Bilczewski, podobnie jak Piotr Skarga, odróżniał patriotyzm od przynależności do narodu. Polska może być Ojczyzną dla wielu narodów. Jest to możliwe, gdy szanuje się każdy naród i darzy go miłością, nawet jeśli jej formą jest miłość nieprzyjaciół. Te dwa rysy serca Józefa Bilczewskiego, miłość Kościoła rzymskokatolickiego oraz ewangeliczne podejście do nacjonalizmu warto nie tylko dostrzec, ale i uznać, czyli przenieść do własnego serca zawartą w nich mądrość.

Bł. Józef Mazurek, imię zakonne Alfons.


Józef w roku 1903, po wstąpieniu do juwenatu karmelitańskiego w Wadowicach, ukończył V klasę naszego Gimnazjum. Zginął rozstrzelany przez Niemców 28 sierpnia 1944 roku jako przeor klasztoru w Czernej. Został beatyfikowany przez Jana Pawła II wśród 108 męczenników w r. 1999. Powodem śmierci był jego duży autorytet, czego okupant nie znosił. Wielkość jego serca promieniowała pokojem, z jakim szedł na śmierć, wiedząc, że pełni wolę Ojca Niebieskiego.

Słudzy Boży

Maciej Józef Gądek, imię zakonne O. Anzelm.


Ukończył VI klasę Gimnazjum w Wadowicach w roku 1901, a więc należy do naszych absolwentów i wstąpił do Karmelitów w Czernej. Studia miał w Rzymie. Był przeorem w Wadowicach (1918-1920), a następnie prowincjałem w Krakowie. Wtedy spotkał się ze sł. Bożą Janiną Kierocińską i ona pod jego kierunkiem organizowała pierwszą wspólnotę Karmelitanek Dzieciątka Jezus nastawionych na służbę bliźnim, zwłaszcza opuszczonym dzieciom. Decyzja o powołaniu tej wspólnoty była jedną z najważniejszych w życiu O. Anzelma. Po śmierci założycielki pilotował rozwój tego Zgromadzenia.

W związku z tematem mego referatu nie muszę wyjaśniać, jaki związek ma kult Dzieciątka Jezus z sercem i jakie miejsce w Kościele jako Ciele Jezusa wybrała sobie św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Ona odkryła, że Jezus jest Głową tego Ciała, a ona jest jego sercem. Pogłębieniu tej duchowości, objawiającej wielkość serca Dziecka, O. Anzelm poświęcił swe życie. On czeka na beatyfikację.

Piękne słowa, w wierszu zatytułowanym „Wielkie serce sługi Bożego O. Anzelma Gądka”, pisze s. Hilaria Szałyga, karmelitanka, która znała go osobiści. Oto ostatnie z tych słów:


„Twa miłość szła u czoła w tym pochodzie ku Dziecięciu, Znaczyła szlak najprostszej z dróg – dziecięctwa i ofiary, W niej Ojciec – Bóg postawił Znak ku Pełni – Swemu Szczęściu, W Twe serce wniósł wielkość przez: TAK pokory, pełnej wiary.

Bo wielkie serce w sobie ma: wzrok, co przenika głębię, Milczenia smak – wnosi w nie Bóg Najsłodszą Obecnością, Roztropność węża – kryje mąż, co serce ma gołębie, Wielkości pieśń gra serca dzwon – dziecięctwem i świętością”2 .


Przez dwadzieścia lat O. Gądek pracował w Rzymie mając duży wkład w zwłaszcza wychowanie w seminariach duchownych oraz na uczelniach katolickich. Do Polski wrócił w 1947 roku. Zmarł w Łodzi 15 października 1969.

Wśród Ojców Karmelitów ponad dwudziestu miało związek z naszym Gimnazjum, a O. Honorat Czesław Gil przygotował do druku pełny ich wykaz.

Palotyni


Wśród kandydatów na ołtarze, wymieniam jeszcze wychowanków Księży Palotynów w Kleczy. Oni nie są absolwentami Gimnazjum, bo kończyli Collegium Marianum w Wadowicach na Kopcu, ale byli uczniami profesorów naszego Gimnazjum. Nie wiem, w jakiej mierze ten temat jest opracowany. Należałoby jednak i tę kartę naszych profesorów odsłonić. Podaję jedynie imiona tych uczniów, którzy już mają tytuł Sługi Bożego:

Ks. Franciszek Bryja z Rajczy uśmiercony gazem 4 maja 1942 r. Idąc na miejsce stracenia powiedział wobec współbraci: „Życie moje kapłańskie, niedawno rozpoczęte, ciało i duszę oddaję i poświęcam Wszechmogącemu Bogu i Królowej Apostołów dla wzrostu wiary katolickiej w Polsce i dalszego rozwoju naszej Polskiej prowincji Księży Palotynów”3 .

Ks. Franciszek Kilian, Zmarł w bloku śmierci głodowej w Oświęcimiu 16 maja 1941. Świadek tej śmieci i jego życia w obozie koncentracyjnym, oświadczył, że w tych trudnych warunkach ks. Franciszek „więcej myślał o innych niż o sobie”4 .

Ks. Norbert Jan Pellowski, kolejny męczennik, który pomagając chorym w obozie w Oświęcimiu zyskał tytuł „miłosiernego samarytanina” 5.

Ks. Jan Szambelańczyk zmarł w Oświęcimiu 2 lipca 19416.

Wymieniam te nazwiska, bo jeśli nawet ich związek z profesorami naszego Gimnazjum nie był zbyt mocny, to imiona tych bohaterów należy wpisać nie tylko do historii, ale i do duchowego bogactwa Wadowic.

Absolwenci osobiście mi znani


Mikołaj Kuczkowski (+ 1995) starszy o 10 lat od Karola Wojtyły. Absolwent z roku 1929 . Ukończył studia prawa na UJ i planował małżeństwo. Jego narzeczona zmarła. Zmienił decyzję i zdecydował się na kapłaństwo. Wyświęcony w 1944 roku, przez trudne lata pracował jako kanclerz, czyli szef kurii w Krakowie. Współpracował z Karolem Wojtyłą i po śmierci ks. Józefa Kurzei przejął budowę kościoła pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbe w Nowej Hucie na Osiedlu 1000-lecia.

O wielkości jego serca świadczy to, że jako kapłan, w sutannie, każdego roku 1 listopada z kwiatami i światłem był przy grobie swej ukochanej kobiety. Miłość prawdziwa trwa nie tylko do śmierci, ale i po śmierci. Dla mężczyzn czasem był twardy, ale ile razy do kancelarii parafialnej wchodziła kobieta wstawał na jej powitanie. Szacunek dla kobiet nosił w swoim sercu.

O wielkości jego serca świadczyła decyzja, podjęta pięć lat przed śmiercią, gdy stolarza pracującego przy wystroju kościoła poprosił, aby z desek z szalunku, wyczyszczonych z zaprawy i cementu, przygotował dla niego trumnę. Stolarz był najbardziej zdumiony, gdy po jej wykonaniu ks. Mikołaj położył się w niej, aby stwierdzić, że wymiarowo jest dobra.

O dobroci jego serca świadczy również to, że w ostatnich trzech latach, gdy miał kłopoty z chodzeniem, lektorzy kościoła św. Maksymiliana sami układali swe dyżury, aby codziennie przynajmniej jeden z nich był obecny i podał mu ramię, gdy wchodził na schody ołtarza i towarzyszył mu aż do powrotu do zakrystii. Gdy zmarł, ci lektorzy poprosili o to, aby oni mogli przenieść jago trumnę do grobu. W kazaniu pogrzebowym ks. bp Jan Szkodoń zaznaczył, że Ks. Prałat Kuczkowski był abnegatem i nic nie zostawiał po sobie. Absolwent o wielkim sercu.

Rozmawiałem z ks. Józefem Ptakiem, proboszczem Zembrzyc, absolwentem naszego Gimnazjum z roku 1946. Przez wiele lat pracował na wózku inwalidzkim. Pytam czy ten wózek to tylko nieszczęście, czy jest w nim coś wartościowego? On odpowiada z uśmiechem. „Zmienił się punkt mego widzenia. Wysokość inwalidzkiego wózka pozwoliła mi odkryć, że ludzi o wielkim sercu jest o wiele więcej na parterze niż na wyższych piętrach układów społecznych. Zrozumiałem, dlaczego Jezus powiedział: Jeśli się nie staniecie jako dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Na wózku człowiek jest o wiele bliżej dzieci niż gdy stojąc, spogląda na nie z góry”.

Ks. Michał Dyduch, absolwent z 1946 roku, był moim proboszczem w Szczyrku. Zakochany w literaturze i historii. Już jako gimnazjalista, ponieważ znał język niemiecki, był odpowiedzialny za sekretariat okupanta w swojej rodzinnej miejscowości - Krzeszowie. Urzędowanie rozpoczął od spalenia wszystkich pism donoszących Niemcom na sąsiadów. Niemcy pytali, gdzie są akta, a on powiedział - tyle przejąłem, wskazując na uporządkowaną szafę. Już to świadczyło o wielkości jego serca. Poznał wówczas rodaków i wiedział, z kim ma do czynienia.

Kiedy został proboszczem w Sieprawiu, zapytałem go: a gdzie będzie kaplica dla bł. Anieli Salawy? Wskazał mi miejsce w bocznej nawie i powiedział: „Aniela jest kobietą o tak wielkim sercu, że na pewno nie będzie zabiegała o główny ołtarz”. Zmarł klęcząc przy łóżku w czasie wieczornej modlitwy.

Wymienię jeszcze jednego absolwenta z roku 1947 ks. Józefa Woźniaka, który zmarł jako proboszcz w Milówce. Był tak wielkiej kultury, że zastanawiałem się, jak to możliwe i z jakiego rodu on pochodzi. Okazało się że z Mucharza. Piękna była wypowiedź wychodzącej z kościoła kobiety, której postawiłem pytanie: kim dla was jest ksiądz proboszcz? Odpowiedziała: „Ksiądz proboszcz, to serce na dłoni dla każdego, kto do niego podchodzi”.

Razem z naszym absolwentem, ks. Markiem Kasperkiewiczem, srebrnym Jubilatem, zbieramy materiał, aby z okazji 150 rocznicy naszego Liceum przynajmniej w kilku zdaniach przekazać podstawowe wiadomości o absolwentach, którzy poszli drogą kapłaństwa lub życia zakonnego. Dla nich wartości ducha były ważne i wielu z nich to ludzie o wielkim sercu. Ponieważ byli na świecznikach, łatwiej o nich mówić. Profesorów oraz świeckich absolwentów o wielkim sercu jest bardzo wielu, ale zebranie dokumentacji ich działania i owoców pracy nie jest łatwe. Najwięcej wśród absolwentów jest dobrych ojców i matek, którzy skarb swego serca przekazali i przekazują dzieciom i wnukom.

Kończąc moje słowo, pragnę jeszcze mocno podkreślić, że szkoła to jest środowisko. Wiemy, że nie ma życia bez środowiska. Dziś szkołę usiłuje się wepchnąć na tory wielkiej lawiny wiadomości, w życiu do niczego nie potrzebnych, o czym świadczą testy. W nich nie ma sztuki myślenia, jest tylko sztuka operowania wiadomościami tak, jak to czyni komputer. Komputer nie ma hierarchii wartości ani nie zna logiki mądrości, która jest oparta na dynamizmie życia. Twórcy programów szkolnictwa chcą mieć nowe pokolenia, które są posłuszne manipulacji tak, jak nadaje się do tego komputer.

Znakiem takiego ustawienia szkolnictwa jest uderzenie w matematykę, która uczy logiki, oraz uderzenie w przedmiot zajmujący się historią. Historia bowiem to spotkanie z ludźmi, którzy w swoich pokoleniach wygrywali lub przegrywali życie. Stare przysłowie mówi: „Historia magistra vita est”. Historia jest mistrzynią życia. Uderzenie w historię jest przemyślane. Mówię o tym, bo moje słowo ma charakter historyczny i odsłania to, co w historii najcenniejsze - ludzi wielkiego serca.

W tym nurcie należy też spojrzeć na Stowarzyszenie Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity. Jest to środowisko, które wyrosło w szkole i dziś tym się chlubi. Dziękujmy za ich troskę o zbieranie i przekaz w kolejne pokolenia tego, co jeszcze można ocalić od zapomnienia. Ich pięknym dziełem jest ratowanie od zniszczenia grobowców naszych profesorów na cmentarzu w Wadowicach. Ufam, że prof. Gustaw Studnicki bardzo się tym cieszy, bo ten cmentarz - z bogactwem życia tak wielu ludzi - nosił w swoim sercu.



Zobacz galerię zdjęć...


  1. Zakrzów 20.09.2014
  2. Tekst w rękopisach autorki.
  3. Zginęli za wiarę. Kandydaci na ołtarze II procesu beatyfikacyjnego 2 grupy polskich męczenników z okresu II wojny światowej. Pod redakcja W. Mazurkowskiego i W. Węckowskiego. Pelplin 2011. s 166
  4. Tamże s. 199
  5. Tamże s. 205
  6. Tamże s. 208

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.