Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Rozdział 3

"MOJE UNIWERSYTETY" CZYLI JAK ZDOBYŁEM WYKSZTAŁCENIE


Znowu Tadeusz Boratyński. Pisałem już wcześniej, jak to dzięki swojemu protektorowi - kierownikowi szkoły Stanisławowi Flakowi i jego synom - lata okupacji spędziłem dość pożytecznie. W zakresie programu gimnazjalnego nagromadziłem dość obszerną wiedzę, były w niej jednak duże luki, co okazało się później. Ale nie było niektórych podręczników, a synom pana Flaka brakło też czasu na takie systematyczne prowadzenie zajęć, by przygotować mnie do egzaminu. Mimo wszystko to, co zdobyłem było bardzo cenne, a w zakresie języków obcych byłem wręcz poważnie zaawansowany.

Tak więc nie straciłem zbyt wiele z powodu wojny i byłem dość dobrze przygotowany do podjęcia dalszej nauki w szkole średniej. Tak się jednak złożyło, że kiedy pod naporem oddziałów Armii Czerwonej Niemcy ustąpili z naszych okolic (gdzieś około 25 stycznia 1945 r.) i otwarto szkoły średnie, zamiast o nauce - pomyślałem w pierwszej kolejności o pracy zarobkowej, zatrudniając się w Powiatowym Oddziale Spółdzielni Spożywców Społem w Wadowicach. Nie pracowa-" łem jednak długo, bo włączył się znowu w moje życie mój starszy kolega, przyjaciel i nauczyciel - Tadeusz Boratyński, syn pana Flaka. Obaj synowie pana kierownika - Tadeusz i Zbigniew zmienili nazwiska, przyjmując nazwisko panieńskie matki - Boratyński. Żona Tadeusza, Pomorzanka, była nauczycielką. Po wojnie oboje wyjechali w okolice Pelplina na Pomorzu, gdzie podjęli pracę w szkole podstawowej we wsi Rajkowy. Tadeusz napisał do mnie, bym się nie wygłupiał, ale zabrał się do nauki,, zrobił małą maturę i przyjechał do niego, by pracować w tym samym, co on zawodzie. Jego argumenty trafiły mi do przekonania.

Mała matura i przeprawa z ks. dr. Edwardem Zacherem.

Z dniem 30 czerwca 1945 r. zwolniłem się ze Społem i zabrałem się gorączkowo do nauki z zamiarem przystąpienia do eksternistycznej małej matury w Liceum i Gimnazjum w Wadowicach, które działało już od lutego. Kiedy zapoznałem się z programem gimnazjum, wówczas uświadomiłem sobie ogromne braki w materiale. Szczególnie duże luki stwierdziłem w zakresie algebry i geometrii, historii Kościoła, fizyki i chemii. Nawet dobra skądinąd znajomość łaciny wykazywała ograniczenia, bo nie miałem zbyt dobrego pojęcia o poezji łacińskiej i nie umiałem tej całej metryki z heksametrami itp. Zabrałem się więc ostro do pracy, przyswoiłem sobie, co tylko się dało i 1 września 1945 roku pojechałem do Wadowic, zgłaszając się na eksternistyczny egzamin. Zdawałem ze wszystkich przedmiotów po kolei. Poszło mi dość nierówno. Były przedmioty, jak język niemiecki, język polski, łacina, historia, które zdałem na bardzo dobrze i dobrze. Gorzej było przy egzaminie z matematyki, fizyki, chemii, bo tam miałem duże braki. Trygonometria czy stereometria stanowiły dla mnie czarną magię. Lepiej było z algebrą, bo tę dość intensywnie wbijał mi do głowy mój przyjaciel Tadeusz. Potknąłem się również na historii Kościoła, stanąwszy przed obliczem ks. dra Edwarda Zachera - prefekta w Liceum i Gimnazjum.

Mimo to zwróciłem na siebie uwagę egzaminatorów, którzy zaczęli interesować się moimi planami na przyszłość. Wyznałem, że chcę zdać małą maturę i wyjechać na Pomorze, gdzie będę uczył w szkole powszechnej. Zaczęto mnie przekonywać, że robię błąd, że powinienem zostać w liceum i kontynuować naukę. Argumenty te okazały się skuteczne, bo lękałem się wyjazdu z domu w daleki świat. Podsuwany przez egzaminatorów pretekst był bardzo dobry i skorzystałem z niego. Po egzaminie napisałem do Tadeusza, że jednak zostaję w liceum, co on chyba też zrozumiał.

W czasie egzaminu miałem przeprawę z księdzem Prefektem, bo historia Kościoła szła mi dość opornie. Nie wyszedłem poza wieki średnie, co mój egzaminator surowo ocenił. Nie wiem, na ile stopień niedostateczny z religii zaważyłby na całej małej maturze. Ksiądz Prefekt zaczął głośno zastanawiać się nade mną, pytając retorycznie: I co ja mam z tobą zrobić? Szczerze mówiąc, sam nie wiedziałem i nie zdobyłem się na żadne wygodne dla mnie sugestie. Na szczęście sam egzaminator chciał mi widać pomóc, bo w pewnej chwili zapytał: A co ty masz zamiar robić po tej małej maturze? Byłem już po decyzji pozostania w liceum i tak mu też odpowiedziałem. Taka odpowiedź zadowoliła go, bo zaproponował: Umówmy się zatem, że kiedy będziesz w pierwszej licealnej, to po uzupełnieniu materiału zgłosisz się do mnie, a dziś postawię ci trójkę. Trójka znalazła się na moim świadectwie, podjąłem naukę w liceum, ale ani Ksiądz Prefekt, ani ja nie wróciliśmy już nigdy - na szczęście dla mnie - do tego tematu. I tak mi upiekło się...

W liceum Marcina Wadowity.

W czasie egzaminu poznałem zdającego tak jak ja kolegę, który nazywał się Aleksander Dziewit. Był synem naczelnika stacji PKP w Wadowicach. Przypadliśmy sobie do gustu i w pierwszej klasie usiedliśmy obok siebie. Zawiązała się między nami przyjaźń, która trwała dziesiątki lat. Odwiedzałem go często w domu na stacji kolejowej, poznałem jego ojca i przeuroczą matkę, jak również młodszą siostrę. Pani Dziewitowa podejmowała mnie wielokrotnie obiadem, kiedy oczekiwałem na stacji na swój pociąg do domu.

Nasza klasa dzieliła się na część humanistyczną i matematyczno-przyrodniczą. Byłem oczywiście humanistą, wyróżniałem się wynikami,w tych przedmiotach, należałem do czołówki klasowej i licealnej. Byłem dobry z niemieckiego i łaciny, brylowałem w dyskusjach historycznych i polonistycznych. Nawet ks. dr Edward Zacher wyrażał się z uznaniem, kiedy odpowiadałem na pytania z etyki czy dogmatyki. Obok nauki zajmowałem się nieco działalnością społeczną, ale o tym napiszę szerzej w innym miejscu. Tu wspomnę tylko, że na pożegnanie maturzystów jednej z wcześniejszych klas zostałem poproszony o wygłoszenie przemówienia pożegnalnego, co udało mi się podobno bardzo dobrze i wzbudziło uznanie obecnych gości - przedstawicieli władz i instytucji, zaproszonych na tę akademię. Miałem wtedy straszną tremę. Przygotowałem sobie tekst na piśmie, ale postanowiłem wygłosić go z pamięci, miętosząc nerwowo kartkę w rękach splecionych z tyłu. Ale poszło! Występowałem na szkolnych apelach i uroczystościach, w tym również na apelu z okazji związanej z Tadeuszem Kościuszką, co miało mieć później zbawienne dla mnie skutki...

Olek Dziewit i moja żona


Grono przyjaciół z liceum. Pierwszy od lewej z tyłu - autor


Stanowiliśmy tzw. liceum przedpołudniowe w odróżnieniu od klas popołudniowych, przeznaczonych dla starszej młodzieży, często łączącej naukę z pracą. Przerabialiśmy program pierwszej i drugiej klasy licealnej w czasie jednego, wydłużonego roku szkolnego. Jak pamiętam, dążeniem wszystkich było nadrobienie opóźnień spowodowanych przez wojnę. Naukę traktowaliśmy bardzo serio, nikt się nie lenił, nikogo nie trzeba było specjalnie mobilizować, ani popędzać. Sami pilnowaliśmy dyscypliny i byliśmy wdzięczni naszym profesorom, że starają się jak najwięcej nas nauczyć.

A nie było to wtedy łatwe. Brakowało podręczników, a program jednorocznego liceum narzucał bardzo ostre tempo. Prawie każdy z profesorów musiał przyjąć akademicki tok zajęć: wykład z możliwością notowania przez słuchaczy. Profesor Kazimierz Foryś robił to w sposób bardzo interesujący, przekazując nam wiedzę z historii literatury. Jego wykład był wyrazisty i na tyle powolny, że mogliśmy notować prawie wszystko. Miał przy tym zwyczaj wolnego spacerowania po sali i śledzenia, jak podążamy za tokiem wykładu. Taką metodę przyjęli prawie wszyscy profesorowie. Profesor Gebhardt wykładał siedząc, bo na lekcje historii przychodziła dość nieliczna grupa humanistów. Wszyscy traktowali nas niezwykle poważnie, jak ludzi dorosłych. Mimo, że byliśmy - w odróżnieniu od kursu popołudniowego -młodsi, nasi wychowawcy zwracali się do nas per pan, widząc w nas ludzi dojrzałych przeżyciami, jakie były naszym udziałem w czasie wojny.

Nasza klasa licealna z profesorami (od lewej): Janem Pólgroszkiem, Janem Sarnickim, Janem Gebhardtem, dyrektorem Janem Królikiewiczem i Kazimierz Forysiem


Nasza matura przypadła na trzecią dekadę czerwca i początek lipca 1946 roku. Wypadła dla mnie dobrze. Na świadectwie miałem oceny bardzo dobre z wszystkich przedmiotów, oprócz matematyki i fizyki, z których miałem dobry. Profesor Półgroszek był dla mnie łaskaw, bo nawet na to nie zasługiwałem...

Wielu moich kolegów z powojennych roczników (1945-1947) podjęło dalsze studia i pracowało na różnych ważnych stanowiskach. Wprawdzie nasze drogi się rozeszły, ale losy niektórych osób z naszej klasy są mi znane. Przemek Brykalski ukończył Akademię Sztuk Pięknych i jest znanym artystą malarzem, Wojtek Dzięciołowski (zmarł w 1985 r.) był profesorem akademickim i rektorem Akademii Rolniczej w Poznaniu, Tadzio Krupnik pracuje naukowo na Politechnice Gdańskiej, Czesiek Skowron został księdzem, zrobił doktorat i jest historykiem Kościoła. Kilku kolegów i koleżanek z klasy (m. in. Jurek St. Banaś, Krysia Chrząszczewska, Kazio Golian, Zbyszek Kutermak, Mietek Sieprawski, Edzio Stanek) - są lekarzami, chemicy - Jurek M. Banaś, Adam Krawiec, Zbyszek Mamoń - pracowali w swoich specjalnościach pełniąc różne funkcje kierownicze. Rok przede mną zdał maturę Bronisław Byrski, który był profesorem i dziekanem Akademii Ekonomicznej z Krakowie, w 1947 r. - Kazimierz Buchała, profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, Faustyn Wołek, sędzia Sądu Najwyższego i Władysław Romanowski, profesor instytutu Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Te kilkanaście nazwisk świadczy o tym, że pokolenie, któremu wojna wyrwała pięć lat z życiorysów potrafiło uzupełnić tę lukę i włączyło się do pracy dla dobra społeczeństwa i kraju.

Znowu konspiracja. Powojenna rzeczywistość i posunięcia nowej władzy postawiły przed wieloma spośród nas - okupacyjnych konspiratorów - pytanie: co dalej? Kierownictwo naszej Organizacji uznało, że w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń międzynarodowych należy podtrzymać struktury organizacyjne i takie dyrektywy dotarły również do mnie. W międzyczasie zostałem uczniem wadowickiego liceum i włączyłem się w życie szkoły. Środowisko młodzieżowe było przedmiotem penetracji nowych organizacji młodzieżowych, w tym komunistycznego Związku Walki Młodych oraz Związku Młodzieży Demokratycznej, OM TUR i "Wici". Trzy ostatnie organizacje usiłowały odbudować swoje przedwojenne struktury i sięgały teraz do szkół średnich (przed wojną było to zabronione). Patriotycznie nastawiona młodzież naszej szkoły nie garnęła się jednak do ZWM. Wpływy Polskiej Partii Robotniczej i ZWM były w wadowickim środowisku bardzo słabe.

Wykonując dyrektywy moich przełożonych podjąłem próbę przeniesienia na grunt szkoły idei Obozu Wielkiej Polski, Narodowej Organizacji Wojskowej i AK. Trafiłem na żywy odzew. W warunkach niezbędnej konspiracji zwerbowałem grupę koleżanek i kolegów. Zostali

zaprzysiężeni w domu parafialnym przy kościele w Rynku przy udziale młodego księdza wikariusza. Niestety, nie pamiętam jego nazwiska. Powstała więc komórka naszej organizacji w nowym środowisku.

Pewnego dnia zawitał do szkoły przedstawiciel krakowskiego zarządu Związku Młodzieży Demokratycznej - podobno syn generała Monda i podjął agitację na rzecz założenia koła ZMD w naszym liceum. Zaświtała mi wówczas taka wallenrodyczna myśl, aby strukturą oficjalnej i legalnej organizacji młodzieżowej zdublować moją nielegalną organizację. Nie wiem, czy była to myśl słuszna, ale spróbowałem ją poddać konsultacji z moimi konspiracyjnymi przełożonymi. Moje argumenty z trudem docierały do ich umysłów, ale ostatecznie uzyskałem aprobatę dla tej machiawelistycznej koncepcji. Tak więc przyczyniłem się walnie do powstania w szkole pierwszego koła Związku Młodzieży Demokratycznej.

Wśród konspiracyjnej krzątaniny dobrnęliśmy do czerwca 1946 roku i daty referendum trzy razy tak. Nasza struktura wzięła udział w tym referendum, kolportując na terenie Wadowic, Choczni, Inwałdu, Kleczy i Barwałdów ulotki wzywające do głosowania dwa razy nie, raz tak. To raz tak miało potwierdzić nasze prawo do granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Udział w referendum przeszedł bez wpadek. W międzyczasie zdałem maturę i postanowiłem pójść na studia w Krakowie.

Oderwałem się całkowicie od mojej szkoły średniej i nie bardzo wiedziałem, co tam się dzieje. Tymczasem działo się tam co nieco, o czym miałem się przekonać wkrótce na własnej skórze...

Studia na UJ i WSNS w Krakowie. Nauka w liceum i sukcesy, jakie w tej szkole odnosiłem, rozbudziły we mnie ochotę do dalszej nauki. Nie mogłem zresztą myśleć inaczej, skoro cała klasa wybierała się na studia. Ten pęd do wiedzy był charakterystyczny dla mojego pokolenia, któremu hitlerowska okupacja przeszkodziła w nauce. Chcieliśmy nadrobić utracony czas, kontynuując studia na wyższych uczelniach. Taki zamiar mieli zarówno ci dobrze uczący się, jak i ci słabsi. Nie było rady - także i ja postanowiłem iść na studia.

Moje marzenia skupiały się na filologii, boć przecież odkryłem w sobie na tym polu szczególne uzdolnienia. Ale paradoksalnie najbardziej pociągały mnie języki słowiańskie na Studium Słowiańskim Uniwersytetu Jagiellońskiego, które cieszyło się wysoką renomą ze względu na poziom wykładów, które prowadzili wybitni słowianoznawcy, jak

choćby prof. dr Lehr-Spławiń-ski. Nie dostałem się jednak na to Studium, bo zdezorientowany nieco w uczelnianych układach spóźniłem się po prostu z zapisem. Okazało się bowiem, że miało ono^ogromne powodzenie, a liczba studentów była ograniczona. Stanąłem przed dylematem, co wobec tego zrobić. Wybrałem filologię romańską z językiem francuskim jako głównym. Zapisałem się równocześnie na wszystkie możliwe lektoraty tej filologii, od obowiązkowego kursu języka francuskiego poprzez włoski, hiszpański i rumuński.

Było mi jednak mało studiów uniwersyteckich, wobec czego zapisałem się jeszcze na Wyższą Szkołę Nauk Społecznych OM TUR w Krakowie. Nauki społeczne intrygowały mnie, miałem w sobie żyłkę społecznika, dlatego zainteresowałem się programem studiów tej uczelni. A były tam na pierwszym roku takie przedmioty, jak wstęp do filozofii, historia doktryn politycznych, nauka o państwie wykładana przez prof. K. Grzybowskiego, antropogeografia, dzieje ruchów społecznych, socjologia, demografia.

Karta mojego indeksu Uniwersytetu Jagiellońskiego


Karta mojego indeksu WSNS w Krakowie


Nie obowiązywały wtedy żadne egzaminy wstępne, wystarczyło zgłosić się na uczelnię i zapisać, by móc przeżyć ceremonię immatrykulacji i otrzymać indeks. Rozpoczynający studia młodzi studenci mogli liczyć na znaczną pomoc socjalno-bytową. Akademiki czyli domy studenckie zapewniały mieszkanie, w stołówce można było nabyć tanie posiłki, a tzw. Bratnia Pomoc czyli w żargonie Bratniak udzielała wszechstronnej pomocy. W zakwaterowaniu pomógł mi starszy kolega z konspiracji, który sam mieszkał w domu studenckim Sodalicji Mariańskiej przy ul. Kanoniczej. Była w tym domu kuchenka, z której często korzystałem pichcąc sobie posiłki z tego, co kupiłem albo co przywiozłem z domu rodzinnego, dokąd jeździłem co tydzień.

Rzuciłem się więc w wir życia studenckiego. Nawiązałem wiele nowych znajomości, chodziłem do akademików odwiedzając koleżanki i kolegów, z którymi wiedliśmy zażarte dyskusje na różne tematy. Grupa wadowiczan była liczna, więc w krótkim czasie ktoś rzucił myśl, aby założyć Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Wadowickiej. Powstała taka organizacja i należałem do jej członków założycieli.

Aresztowanie. Tak pięknie rozpoczęty rok akademicki 1946/47 został jednak brutalnie zakłócony przez moje aresztowanie. Stało się to w sobotę 30 listopada 1946 r. na przystanku PKP w Barwałdzie. Przyjechałem jak zwykle na niedzielę do domu, aby pobyć wśród bliskich i wrócić w poniedziałek do Krakowa odświeżony i zaopatrzony w skromny prowiant z rodzinnej spiżarni. Wysiadłem z pociągu w towarzystwie dwóch koleżanek studentek, którym miałem pokazać drogę do szkoły, gdzie mieszkał ich wuj a mój dobrodziej - pan kierownik Flak. Dziewczyny nie były tam dawno i bały się, że nie trafią. Zresztą był późny jesienny wieczór. Było dla mnie pewną frajdą pomóc miłym koleżankom i przy okazji pokazać się mojemu dobrodziejowi.

Niestety, nie wywiązałem się wtedy ze swojego zadania. Kiedy już schodziliśmy z nasypu przystanku kolejowego, do pociągu dobiegała dość liczna grupa uzbrojonych ludzi. Jedni byli umundurowani, inni po cywilnemu. Biegnący na końcu facet z rewolwerem w ręku nagle zatrzymał się i krzyknął w moim kierunku: Jak się nazywacie? Nie podejrzewając niczego złego, podałem swoje nazwisko. Wtedy podbiegł do mnie i krzyknął groźnie: Idziecie z nami. Na plecach poczułem lufę jego broni. Wepchnął mnie rewolwerem do wagonu i pociąg ruszył w kierunku Wadowic. Osłupiałe dziewczyny zostały na przystanku, a przez moją głowę przebiegały tysiące myśli. Sądziłem nawet, że to jakaś pomyłka, albo że jacyś leśni chcą przejechać do następnej stacji w Kleczy Górnej i potrzebują przewodnika ...

Znacznie później dowiedziałem się, że była to grupa operacyjna wadowickiego UB, która przyjechała do Barwałdu i była już po mnie w naszym domu. Za przewodnika mieli ze sobą mojego kolegę Edka Moskałę, którego aresztowali wcześniej. Nie zastali mnie i wracali tym ostatnim pociągiem z pustymi rękami. Oto w ostatniej chwili dopisało im szczęście... Tymczasem Edek wykorzystał zamieszanie przy wsiadaniu, rzucił się w ciemności w przeciwległe drzwi wagonu i tyle go UB widziało aż do dnia ujawnienia po wyborach do Sejmu w styczniu 1947 roku. W ten sposób w dniu mojego aresztowania umknął swoim oprawcom. Ukrywał się i potem ujawnił, unikając konsekwencji, jakie ja musiałem ponieść. Ale nie mam do niego żalu. Słyszałem, że był katowany na UB i trudno się dziwić, że go złamali. Nie miałem okazji od tamtych lat spotkać się z nim, ale wiem, że mieszka w Krakowie i działa na niwie turystyki górskiej publikując - zdaje się - prace z tej dziedziny.

"Szkoła" UB w Wadowicach. W ten sposób znalazłem się w łapach wadowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Ci mi dali szkołę... Kiedy ubowcy znaleźli się w pociągu, żal z ucieczki więźnia-przewodnika nagrodził im fakt, że mieli mnie - ich zdaniem - przywódcę całej ujawnionej w międzyczasie na terenie gimnazjum nielegalnej organizacji... Okazało się bowiem - jak na ironię losu - że siedmiu aresztowanych wcześniej wraz z Edkiem Moskałą w ogóle nie znałem! Zetknąłem się z nimi dopiero w więzieniu na Montelupich w Krakowie, dokąd zostaliśmy przewiezieni po zakończeniu śledztwa. Jak mogłem się zorientować z jego przebiegu, całą grupę montował Edek, ale ja o tym nic nie wiedziałem. Może otrzymał polecenie od swoich przełożonych? Byłem już chyba absolwentem, kiedy on trafił do gimnazjum. Członków tej grupy rekrutował spośród uczniów szkoły.

Na szczęście bezpieka nie dotarła do wszystkich i nie trafiła na ślad mojej licealnej grupy. Dlatego nikt z kolegów i koleżanek, których zaprzysięgałem, nie został aresztowany, a niektórzy z nich mogli przyjść na nasz proces jako widzowie. Kiedy zorientowałem się, jak cała sprawa wygląda, przyznałem się do przywództwa tej małej grupy aresztowanych, a nieobecność Edka Moskały uniemożliwiała śledczym jakieś konfrontacje i wymuszanie dalszych zeznań.

Zostałem w końcu oskarżony o zorganizowanie nielegalnej organizacji, o przynależność do niej i o dążenie do obalenia ustroju siłą. Były dowody rzeczowe mojej wywrotowej działalności. Otóż w teczce, jaką miałem przy sobie w chwili aresztowania znaleziono dwie broszury, wprawdzie oprawione w okładki legalnych krajowych wydawnictw propagandowych, ale wewnątrz były powielane i odpowiednio dobrane wycinki z londyńskich gazet, bodajże z Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza (tytułów po tylu latach nie jestem pewien). W śledztwie musiałem na każdej broszurze napisać własnoręcznie, że znaleziono je przy mnie i że stanowią moją własność. Faktycznie były one w teczce należącej do Walka Więckowskiego, który prosił o jej dostarczenie siostrze mieszkającej w Barwałdzie Średnim. Nie próbowałem bronić się jednak wykrętem, że broszury należą do niego.

Pojawienie się w moim życiu Walentego Więckowskiego miało dla mnie poważne następstwa. W latach 1943-1946 spotykaliśmy się bardzo często, byliśmy nie tylko konspiracyjnymi kolegami. Znałem jego rodzinę, bywałem w jego domu w Barwałdzie Średnim, poznałem jego starszą siostrę - bardzo miłą panią oraz ks. Juliana Więckowskiego, który również tam przychodził. Ksiądza spotykałem również u Jaroszów, z którymi był spokrewniony, zaś Jaroszowie byli sąsiadami Władka Janusiewicza. Wałek pożyczył mi szereg książek poświęconych teorii muzyki, co wskazywałoby na jego zainteresowania w tym kierunku. Od niego pochodziły też podręczniki topografii, które usiłowałem opanować w ramach kursu Podchorążówki.

Ale kiedy wracam wspomnieniami do tamtych lat, mam wrażenie, że jednak nie do końca znałem Walka. Był wprawdzie ode mnie starszy, ale to nie była tylko kwestia różnicy wieku. Relację między nami wyznaczała konspiracja, podległość służbowa i to były chyba te czynniki, które kształtowały wzajemne kontakty w sposób specyficzny. Nasza znajomość została przerwana moim aresztowaniem. Potem - jak wiem - i jego aresztowano, przy czym spotkał go los o wiele okrutniejszy. Spędził w ciężkim więzieniu wiele lat. Szczegółów nie znam., bo od tamtych lat nigdy go już nie spotkałem i nawet nie wiem, gdzie obecnie mieszka. Zachowałem jednak o nim ciepłe wspomnienie i wdzięczność za załatwienie Kennkarty dla Wiery, o czym napiszę jeszcze na innym miejscu.

Pobyt w więzieniu Urzędu Bezpieczeństwa w Wadowicach zaliczam do najczarniejszych dni w moim życiu. Siedzieliśmy w ośmiu w niewielkiej celi, która była chyba dawniej łazienką. Mieliśmy do dyspozycji tylko jedną pryczę bez żadnego materaca. Spaliśmy więc w kucki, jeden obok drugiego, o ile pozwalały na to wszy, które łaziły po nas jak chciały. A wypasły się tak na naszej krwi, że kiedy już po wyborach 1947 roku rygor więzienny na tyle zelżał, że na usilne nasze prośby dano nam trochę proszku DDT - urządzaliśmy z tymi opasłymi wstrętnymi insektami eksperymenty, czy i jak długo ... wyżyje taka w tym proszku. Ustępu w tej naszej celi oczywiście nie było. Na oddawanie moczu dali nam jakieś wiadro, które dość szybko się zapełniało. Wtedy kolega, którego aresztowano w wysokich gumowych butach, oddawał do dyspozycji wszystkich ... te właśnie buty, które opróżnialiśmy wraz z wiadrem.

Do naszej celi - łazienki przylegała sąsiednia - wypełniona podobnymi do nas nieszczęśnikami. Ściana działowa była cienka - chyba na grubość cegły. Ktoś wpadł na pomysł, aby wywiercić w niej otwór, co zresztą nie było wielkim wyczynem. Nawiązaliśmy więc kontakt z sąsiadami. Ponieważ u nich ruch osobowy był żywszy, mogliśmy usłyszeć trochę wieści z wolności. Pewnego dnia cela ta opustoszała całkowicie. Zatkaliśmy otwór korkiem z papieru i czekaliśmy na bieg zdarzeń. Jakież było nasze przerażenie, kiedy stwierdziliśmy, że do tej celi wpakowano grupę byłych śledczych. Nie wiedzieliśmy, czy to prowokacja i co to ma w ogóle znaczyć. Jak zorientowaliśmy się, był wśród nich jeden z oficerów śledczych znany ze szczególnego okrucieństwa. Był to chyba porucznik Ziajka. Cała jego postać emanowała okrucieństwem, choć już po zakończeniu śledztwa był łaskaw bardzo grzecznie ze mną rozmawiać, narzekając na różne draństwa, popełniane przez zwierzchników...

Okazało się później, że krewni aresztowanych i nieludzko dręczonych zdobyli się na odwagę podjęcia starań o swoich bliskich i złożyli skargi na niewłaściwe metody śledztwa. Wyszły na jaw różne draństwa, zaś władza poczuwszy się po sfałszowanych wyborach w styczniu 1947 roku pewniej w siodle - uznała za wskazane ukaranie niektórych sprawców wypaczeń wśród swoich... I takim trafem w sąsiedniej celi znaleźli się nasi dawni oprawcy. Mieliśmy również małą satysfakcję, kiedy po pewnym czasie zobaczyliśmy ich przez nasze małe okienko, jak szli w stronę dworca PKP, eskortowani przez uzbrojonych kolegów. Czy ci oprawcy zostali skazani - nie wiem. Ale wątpię...

Z pobytem w więzieniu UB w Wadowicach łączy się jeszcze jeden wyjątkowo tragiczny dla mnie epizod. Było to chyba na początku lutego 1947 roku, kiedy otwarły się drzwi naszej małej celki, a stojący w nich ubowiec warknął: Który to z was Studnicki? A kiedy zgłosiłem się, rzucił z brutalną obojętnością w głosie: Matka ci umarła! I zatrzasnął drzwi... Pamiętam, że wybuchnąłem w tym momencie tak spazmatycznym płaczem, że moi towarzysze niedoli długo nie mogli mnie uspokoić. Było to dla mnie straszne przeżycie, spod którego ciężaru nie mogę uwolnić się do dziś ...

Tak dowiedziałem się o śmierci Mamy. A działo się to już chyba co najmniej miesiąc po Jej pogrzebie. Powalona śmiertelną chorobą moja Mama do ostatnich godzin swego ciężkiego i gorzkiego żywota zamartwiała się o mój los...

Proces, wyrok i... jestem wolny. Około połowy lutego 1947 roku przewieziono nas pod eskortą w skrzyni samochodu ciężarowego do Krakowa, gdzie w słynnym więzieniu Montelupich mieliśmy oczekiwać na nasz proces. Na progu więzienia witał nas ... stekiem wyzwisk jakiś kapitan w rogatywce z czarnym otokiem UB. Każdego z nas boleśnie poszturchiwał drewnianym kozłem do ściągania butów z cholewami. Dalszy ciąg powitania odbył się na korytarzu, gdzie długo staliśmy twarzą do ściany i rękami opartymi wysoko o mur.

Kiedy znalazłem się w ponad czterdziestoosobowej celi, mogłem dopiero poznać moich współoskarżonych kolegów. Niestety, ich nazwisk już nie pamiętam. Kto wie, czy jednym z nich nie był Mydlarz -chyba z Choczni, a innym - Fijałkowski? Ale tego nie jestem całkiem zupełnie pewny. Zetknąłem się z nimi tak krótko, a minęło przecież prawie 50 lat! Jedno tylko pamiętam z tamtych dni. Oczekiwanie na rozprawę sądową spędzało mi sen z powiek! Kiedy cała cela po pobudce układała materace i sienniki na stosy pod ścianą i oddawała się codziennym zajęciom, ja nie mogłem uwolnić się od najczarniejszych myśli. Współwięźniowie tworzyli kolumnę i maszerując śpiewali różne partyzanckie melodie, a ja chodziłem z ponurą twarzą człowieka oczekującego na najgorsze. Jedni koledzy pocieszali mnie i współczuli, inni wypytywali o rodzaj przestępstw, jakich dopuściłem się.

Zbliżał się czas rozprawy. Rodzice wszystkich oskarżonych porozumieli się między sobą i zebrawszy dość wysoką jak na tamte czasy kwotę 90 tysięcy złotych, zaangażowali dwóch bardzo dobrych adwokatów specjalizujących się w obronie przed sądami wojskowymi. Jedno nazwisko chyba zapamiętałem poprawnie: adwokat Maślanko, zaś drugi - to bodajże Safian, ale tego nie jestem dziś pewny. Prowadzili tewspólnie kancelarię przy ul. Floriańskiej. Przed rozprawą obaj adwokaci odwiedzili nas w więzieniu. W rozmowie ze mną jako najbardziej obciążonym w tej sprawie, mecenas Maślanko radził mi, bym się do niczego nie przyznawał i do takiej koncepcji obrony przygotował sobie odpowiednią argumentację.

Nadszedł dzień 17 marca 1947 roku, dzień naszej rozprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie. Wybiedzeni, wybladli, z krótko postrzyżonymi włosami stanęliśmy przed obliczem sądu i dość liczną widownią, złożoną z naszych krewnych oraz licznych koleżanek i kolegów. Przyjąłem na rozprawie linię obrony zasugerowaną przez naszych adwokatów. Zaprzeczyłem wszystkiemu. Przyznanie się do winy w śledztwie tłumaczyłem biciem i przymusem. Pozwoliłem sobie nawet na określenie, że w czasie przesłuchań na stole leżała konstytucja, to jest gumowa pała owinięta drutem. Pseudonim Przybysz wytłumaczyłem okupacyjną konspiracją, którą zamknąłem ujawnieniem w październiku 1945 roku. Drugi pseudonim Racławic - wyjaśniałem - był po prostu szkolnym przezwiskiem nadanym mi przez kolegów po referacie wygłoszonym na jednym z zebrań szkolnych na temat Kościuszki pod Racławicami. Tadeusz Kościuszko - zeznałem przed sądem - był w ogóle moim idolem i bohaterem, zaś broszury znalezione przy mnie nie były moje, lecz zostały mi... podrzucone.

Kiedy dziś sobie to wszystko przypominam, stwierdzam - że była to dość karkołomna i ... bezczelna linia obrony. Ale szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że okazała się skuteczna, bo poparło ją dwóch świadków obrony. Pierwszym był profesor Tadeusz Śmieszek z naszej szkoły, który potwierdził moją działalność społeczną i fakt, że miałem taki referat o Kościuszce. Pochlebnie mówił również o naszym pokoleniu, które żądne wiedzy - z powodu braku podręczników - notowało wykłady, przepisywało je na maszynie, powielało, stąd nie obce nam były materiały wyglądające na bibułę. Jego zeznanie miało duży walor, gdyż był członkiem PPR i znanym w Wadowicach aktywistą tej partii

Drugiego ważnego świadka przywiózł z Barwałdu mój Ojciec. Był nim ów robotnik konny, w obecności którego tak ostro potępiłem kiedyś mord polityczny na osobach wyprowadzonych z pociągu. Kiedy po moim aresztowaniu spotkał Ojca na drodze do kościoła, wyraził zdziwienie, że "siedzę". To Antek siedzi? Za co? Ja myślałem, że on jest "demokrata" i popiera ustrój, bo tak "wygadywał" na "leśnych"...

Kiedy Ojciec zapytał go, czy pojechałby do sądu i opowiedział o tym -zgodził się. Stanął więc ów przedstawiciel chłopstwa pracującego (kto wie, czy nie był to Izydor Rzeszutko spod Zarku?) przed obliczem sądu wojskowego i swoją gwarą powtórzył wszystko, co mówiłem w dniu, kiedy on był u nas w domu. Zrobiło to bardzo dobre wrażenie i uwiarygodniło moje zeznania przed sądem.

I to uratowało całą grupę. Wszyscy zostali uniewinnieni od zarzutu przynależności do nielegalnej organizacji, ja zaś za te dwie znalezione

Karta zwolnienia z więzienia Montelupich w Krakowie


w teczce broszury zostałem skazany na dwa lata więzienia, darowane na mocy amnestii, którą uchwalił nowo wybrany Sejm. Praktyczna różnica między tymi wyrokami polegała na tym, że wszyscy koledzy wyszli tego samego dnia na wolność, a ja musiałem poczekać do następnego dnia...

Ale byłem wolny! Uznaliśmy z Ojcem, że trzeba pójść do naszych adwokatów i podziękować im za pomoc. Poszliśmy tam oboje. Obrońcy gratulowali mi postawy przed sądem i radzili, bym poświęcił czas studiom, a nie marnował go na beznadziejną konspirację. Istotnie, z konspiracją skończyłem, ale konsekwencje przynależności do okupacyjnego podziemia i mojego skazania przez władzę ludową ponosiłem długo, przez dziesiątki następnych lat ... Zaciążyły one poważnie na moim życiorysie.

Powrót na studia i pożegnanie stron rodzinnych. Po prawie 4-miesięcznej więziennej gehennie wyszedłem na wolność w dniu 18 marca 1947 roku na mocy amnestii ogłoszonej przez władzę ludową w związku z wyborami do Sejmu w styczniu 1947 roku. Powrót do domu przywołał pamięć mojej Mamy, której już nie było... Gorzko zapłakałem w dniu Jej imienin 19 marca...

A sytuacja w naszym domu była w tamtych miesiącach wyjątkowo tragiczna. Mama umarła, ja siedziałem w więzieniu, a siostra Olga miała złamaną nogę. Była na jarmarku w Kalwarii, kiedy akurat wyjeżdżali stamtąd żołnierze KBW. Strzelali z karabinów na wiwat, płosząc ludzi i zwierzęta. Jeden z koni wyrwał od wozu drabinkę, do której był przywiązany i popędził w tłum ludzi. Pech chciał, że trafił na siostrę. Wywrócił ją na ziemię i złamał nogę w goleni. W czasie tamtych wolnych wyborów w każdej miejscowości stacjonowali żołnierze i służba bezpieczeństwa, wspierając je ... karabinami. Ponieważ wybory udały się, więc żołnierze mieli powód do dumy i tryumfalnej strzelaniny.

Kiedy otrząsnąłem się po powrocie na wolność, wróciłem na studia, ale ich kontynuowanie było dość problematyczne wobec braku zaliczenia pierwszego semestru. Podjąłem jednak próbę uzyskania podpisów wykładowców. Na pierwszym roku nie było na szczęście rygorów egzaminacyjnych, chodziło o zaliczenie tylko kilku wykładów i ćwiczeń. Wykładowcy, do których zwracałem się w marcu i kwietniu z prośbą o potwierdzenie udziału w ich zajęciach rzucali sakramentalne pytanie: No dobrze, ale gdzie pan się obracał przez ostatnie miesiące? Jakoś sobie pana nie przypominam... Odpowiadałem szczerze: Siedziałem w więzieniu. Ten prosty argument wywoływał współczujące spojrzenia i powodował, że potrzebny podpis trafiał w odpowiednie miejsce indeksu. Zresztą pomagał mi mój nie najlepszy wygląd. Miałem ziemistą cerę i czaszkę ze szczotką odrastających włosów, bo czuprynę zgolili mi w więzieniu na Montelupich.

Tak więc zaliczyłem pierwszy semestr, a następnie także drugi i uzyskałem prawo studiowania na wyższym roku. To samo udało mi się osiągnąć w Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Mogłem zatem wykorzystać pierwsze studenckie wakacje, ale znowu wkroczył w moje życie starszy kolega (urodzony w 1912 roku) Tadeusz Boratyński -opiekun z lat okupacji. Zrezygnował on w międzyczasie z pracy nauczycielskiej w Rajkowach, przeniósł się do Gdyni i zatrudnił w Morskim Urzędzie Zdrowia.

Latem 1947 r. Tadeusz był akurat u swoich rodziców i podjął kolejną próbę wyciągnięcia mnie w świat. Tym razem miał silne argumenty: twierdził, że powinienem wyrwać się z tego środowiska, w którym doznałem tyle krzywd (więzienie, wyrok, przerwane studia), że w Gdyni on zapewni mi pracę i możliwość zamieszkania razem z nim i że studia będę mógł kontynuować na Wybrzeżu. Tym razem dałem się namówić. Miałem 21 lat, w kieszeni świadectwo maturalne, za sobą trochę przykrych doświadczeń i wspomnień, a przed sobą -życie... Spakowałem więc swój skromny dobytek w jeszcze skromniejszą walizkę, pożegnałem się z Ojcem i rodzeństwem i w sierpniu ruszyłem z Tadeuszem w świat, konkretnie - w daleką podróż do Gdyni. W walizce najcenniejszy był chyba kupon bielskiej wełny, który Ojciec zdobył na ubranie dla siebie, a który podarował mnie jako wyprawę na nowe życie. Uszyłem sobie z tego kuponu pierwszy elegancki garnitur, w którym zaszpanowałem później po raz pierwszy w domu mojej przyszłej narzeczonej. Ale o tym później.

W ten sposób pożegnałem moje strony rodzinne, które zostały daleko za mną. Podjąłem samodzielne życie z dala od bliskich. Tęskniłem oczywiście, ale praca i liczne obowiązki nie pozwalały mi zbyt wiele myśleć o przeszłości. Nie czułem się jednak niepewnie, bo znajdowałem się pod dobrą opieką przyjaciela, który odegrał w moim życiu ważną rolę.

Tadeusz - jak przyrzekł - załatwił mi pracę w Morskim Urzędzie Zdrowia, gdzie sam pracował, a gdzie ja zostałem kierownikiem rachuby. Zamieszkaliśmy razem w jego pokoju, który najmował u pani Janiny Brzeskiej w Orłowie przy ul. Akacjowej 62. Tak więc znalazłem się na Wybrzeżu. Niedługo - wierzyć się nie chce - minie pół wieku, odkąd tu jestem...

Ponowny "falstart" w moich studiach. Wkrótce po przyjeździe na Wybrzeże zdecydowałem podjąć studia. Poddałem się więc egzaminowi wstępnemu w Wyższej Szkole Handlu Morskiego w Sopocie. Z powodu nadmiaru kandydatów miał on charakter konkursowy, ale z jego wyniku mogłem być zadowolony. Zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów. Rektorem uczelni był wówczas prof. dr Władysław Kowalenko, a wśród wykładowców były takie znakomitości, jak E. Kwiatkowski, T. Ocioszyński i inni. Zapisałem się na seminarium z historii żeglugi międzynarodowej do prof. dra W Kowalenki (już na pierwszym roku obowiązywały zajęcia seminaryjne) i ten fakt był później przyczyną mojej klęski.

Wyróżniałem się na zajęciach seminaryjnych swadą, elokwencją, znajomością kilku języków i wpadłem w oko profesorowi, który przydzielił mi jako pierwszemu pracę seminaryjną na jakiś temat wymagający lektury kilku prac w języku niemieckim. Najgorsze było jednak to, że te pozycje były dostępne tylko w czytelni biblioteki naukowej w Gdańsku. W tamtych latach nie było jeszcze w Trójmieście kolejki elektrycznej. Pracowałem do godziny 15.00, o tej godzinie zaczynały się w Sopocie zajęcia, trwające z reguły do 20.00 lub dłużej. Było mi niezwykle trudno kojarzyć te wszystkie obowiązki, w związku z czym nie przygotowałem na czas swojego referatu na seminarium. Wiedziałem, że prof. Kowalenko oczekuje ode mnie więcej niż od innych. Może dlatego nie byłem w stanie zdobyć się na cywilną odwagę i poprosić o przełożenie terminu wygłoszenia mojego referatu. Stchórzyłem i przestałem chodzić na wykłady...

Gdzieś w maju 1948 roku pojechałem do Sopotu, aby odebrać z uczelni moje dokumenty. Pech sprawił, że wchodząc do gmachu przy ul. Czerwonej Armii dosłownie zderzyłem się w drzwiach z profesorem. Najpierw ucieszył się i zapytał, czy chorowałem tak długo. Kiedy powiedziałem mu prawdę, zdenerwował się na mnie bardzo i szybko pożegnał twierdząc, że w maju jest już za późno, by cokolwiek uratować z mojego pierwszego roku studiów. Było mi strasznie wstyd mojego tchórzostwa, ale istotnie nic nie można było zrobić. Przestałem być studentem Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie, rezygnując na pewien czas ze zdobycia wyższego wykształcenia.

Indeks Wyższej Szkoły Handlu Morskiego


Wszystko co mi zostało z tego pięknego okresu czasu, to studencka granatowa maciejówka, w której jeszcze długo paradowałem po Gdyni, wprowadzając niektórych w błąd, że jestem studentem. W tamtych czasach czapki różnych kolorów nosiła cała młodzież akademicka, wyróżniając się od innych młodych ludzi właśnie nakryciem głowy.

Podchorąży ... nie zawsze nadąży. W latach konspiracji zetknąłem się co nieco z wojskowością. W tajnej Podchorążówce było trochę musztry, dyscypliny, nauki o broni, topografii, czytanie i posługiwanie się mapami itp. Ale to wszystko - to jednak nie prawdziwe wojsko. Bezpośrednio po wojnie uniknąłem tzw. poboru ze względu na naukę w Liceum i studia, potem zasmakowałem więzienia i w końcu o wojsku zapomniałem. Dopiero w 1948 roku spotkał mnie nagle zaszczyt zetknięcia się z Rejonową Komendą Uzupełnień w Gdyni. Wtedy myślałem już serio o jakiejś stabilizacji życiowej, to jest o założeniu rodziny, dlatego wezwanie przed komisję poborową poraziło mnie. I nie tylko mnie, ale także i moją narzeczoną.

Kiedy zgłosiłem się do RKU okazało się, że chodzi o pobór specjalny. Oto po trzech latach od zakończenia wojny zrezygnowano z hasła nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera i powołano do życia tzw. szkolne kompanie oficerów rezerwy (SKOR). Mając maturę trafiłem na listę kandydatów z RKU w Gdyni. Było nas ponad czterdziestu. Poddani zostaliśmy bardzo szczegółowemu badaniu lekarskiemu. W Szpitalu Marynarki Wojennej w Oliwie przeszliśmy przez ręce chyba 10 specjalistów. Niewiele brakowało, a uratowałbym się u neurologa, który jako jedyny lekarz stwierdził u mnie poważną wadę określoną jako wzmożoną pobudliwość nerwową. Były dyskusje w gronie komisji na mój temat, ale ostatecznie zakwalifikowano mnie do grupy ośmiu pechowców, którym wręczono indywidualne rozkazy wyjazdu z kopertami dokumentacji i wyznaczono dzień zgłoszenia się w Zamościu - miejscu dyslokacji Szkolnej Kompanii Oficerów Rezerwy Piechoty.

Podchorąży Antoni Studnicki (1950 r.)


Pamiętam ten strasznie smutny dzień wyjazdu. Jechałem jak na skazanie. Popłakiwaliśmy z narzeczoną jak bobry, ale nic to nie pomogło. Mój wyjazd poprzedził pewien incydent, o którym warto wspomnieć. Otóż w duchu obawiałem się, że moja więzienna przeszłość może mieć znaczenie dla mojej służby wojskowej, a właściwie żywiłem lekką nadzieję, że ten epizod w moim życiu da mi szansę pozostania w cywilu. Po odprawie wyjeżdżającej grupy postanowiłem więc na osobności zwrócić się do kapitana prowadzącego odprawę z pytaniem w tej kwestii. Trochę zaskoczony wysłuchał mnie uważnie, ale po namyśle powiedział: Nie wiedziałem o Tym szczególe waszego życiorysu, ale myślę, że powinniście jechać, bo przecież wasz życiorys był z pewnością badany i o tej waszej przygodzie więziennej komisja na pewno wiedziała. Skoro mimo to zakwalifikowała was do służby, to wszystko jest w porządku. Nie miałem już innego wyjścia - pojechałem do Zamościa. Ale potem okazało się, że to ja miałem rację...

W Zamościu przyjęła nas kadra nowo tworzonej kompanii, która składała się z czterech plutonów: dwóch plutonów strzeleckich, plutonu ciężkich karabinów maszynowych i plutonu moździeży. Trafiłem do drugiego plutonu strzeleckiego. Rozpoczął się rok intensywnego szkolenia wojskowego. Wykłady teoretyczne na sali przeplatały się z ćwiczeniami w polu. Musztra, forsowne marsze, ćwiczenia taktyczne, w tym nocne alarmy - dawały się nam mocno we znaki.

Dla mnie najgorsze były ćwiczenia gimnastyczne i ostre strzelania na strzelnicy. Zawsze miałem nadwagę, a ponadto nigdy nie miałem okazji do ćwiczeń. Przyrządy gimnastyczne były mi zupełnie obce. W skróconej do roku nauce w liceum gimnastyki nie było. A tu nagle kazano mi ćwiczyć na drążkach, skakać przez konia itp. Najtrudniejsze były skoki. Za żadne skarby świata nie mogłem zdobyć się na to, by przeskoczyć przez konia. Porucznik Torbus, dowódca naszego plutonu, dopingował mnie, zachęcał, krzyczał, organizował dla mnie dodatkowe zajęcia - ale to nic nie było w stanie zmienić w tej sprawie. Doszło do tego, że mój brak postępów w gimnastyce stał się przedmiotem publicznego omówienia na zebraniu ogólnym kompanii. Jej dowódca - kapitan Deyk uznał za stosowne napiętnować mnie za to nieuctwo, z powodu którego wyniki szkolenia nie są zadawalające.

Tego było mi za wiele. Nie wytrzymałem nerwowo, poprosiłem o głos i w stanowczych słowach zaprotestowałem przeciw takiemu publicznemu poniżaniu mojej godności. Stwierdziłem, że ta niemożność przeskoczenia przyrządu zwanego koniem nie jest następstwem mojej złej woli lecz faktu, że kiedy był stosowny czas do tego, kiedy byłem młodszy - nie było mi dane zetknąć się z takimi ćwiczeniami. Teraz, kiedy mam prawie 23 lata, trudno mi nadrobić te braki... Kapitana zamurowało! Chyba moja argumentacja trafiła mu do przekonania, bo zaczął się nawet lekko usprawiedliwiać i uspakajać mnie. Skończyło się na tym, że moja niesprawność w gimnastyce przyrządowej została usprawiedliwiona. A ponieważ poza tym nie byłem złym podchorążym, kapitan Deyk wyróżnił mnie nawet, powierzając mi prowadzenie dziennika zajęć całej kompanii.

Ten brak sprawności fizycznej był zresztą przyczyną moich poważnych kłopotów zdrowotnych. Prawdopodobnie w trakcie jakichś ćwiczeń odbiłem sobie piętę lewej nogi. W następstwie tego kurowano mnie całymi tygodniami i posyłano do lekarzy wojskowych w Lublinie. Zaleczone dolegliwości nieco ustąpiły, ale od tej pory lewa noga nie jest zupełnie w porządku. Ta pechowa pięta jest szczególnie wrażliwa na urazy, a poza tym przy chodzeniu noga nie jest w pełni sprawna. Bystrzejsi obserwatorzy zwracają uwagę, że na nią utykam.

Z pobytem w Szkolnej Kompanii Oficerów Rezerwy Piechoty w Zamościu wiąże się wspomnienie, które do dziś głęboko tkwi w mojej pamięci. Dowództwo kompanii zorganizowało dla nas wyjazd do byłego obozu koncentracyjnego w Majdanku koło Lublina, który Armia Czerwona wyzwoliła w stanie nie zniszczonym, zaskakując hitlerowców swoim atakiem. Widok baraków, pieców krematoryjnych, magazynów pełnych okularów, bucików, kosmyków włosów po ofiarach -wywarł na mnie wstrząsające wrażenie. Pamiętam, że odłączyłem się od kolegów i w samotności patrzyłem na te przerażające świadectwa ludzkiego okrucieństwa, tłumiąc w sobie żal i potworny ból. Do dziś nie mogę o tym zapomnieć!

Pracując w "Baltonie" byłem kilka razy w obozie w Stutthof na Ziemi Gdańskiej, ale wygląd obu obozów był nieporównywalny. Majdanek wstrząsał do głębi tym wszystkim, co służyło unicestwieniu człowieka, a czego hitlerowcy nie zdążyli zniszczyć, uciekając w popłochu. Nie byłem nigdy w Oświęcimiu, ale wyobrażam sobie ten obóz-kolos, w którym masowość zabijania przerosła ludzkie pojęcie...

Jak już napisałem - w wojsku szkolono nas intensywnie, ale muszę również stwierdzić, że zapewniono nam bardzo dobre warunki bytowe. Wyżywienie było obfite, wręcz bardzo dobre. W porównaniu z warunkami żołnierzy pułku, który stacjonował w obrębie tego samego kompleksu koszarowego, byliśmy wyraźnie uprzywilejowani. A mimo to niektórzy koledzy nie wytrzymywali tego ostrego reżimu. Szczególnie pewne formy codziennego drylu, stosowane przez kilku podoficerów - dowódców drużyn, były często nie do zniesienia. Dochodziło do utarczek słownych z kapralami, a zdarzały się także przypadki fizycznych ataków porywczych kolegów przeciwko dowódcy. Kilka razy kończyło się to postępowaniem dyscyplinarnym przed tzw. kompanijnym koleżeńskim sądem szeregowych. Wybrano mnie na wiceprzewodniczącego tego sądu i kilkakrotnie musiałem sądzić krewkich kolegów. Na szczęście kończyło się to wszystko karami wychowawczymi i nie wydalono z kompanii ani jednego podchorążego, ani też nie posadzono.

Wiosną 1950 roku przeniesiono kompanię z Zamościa do Siedlec, a w maju tegoż roku wyjechaliśmy na poligon do Orzysza. Tam pod namiotami przeżyliśmy kolejne miesiące aż do zakończenia szkolenia. To był trudny okres. Szkolenie w obrębie obozu było urozmaicone kilkudniowymi zajęciami w marszu. Wtedy spało się pod pałatką (kawał płótna namiotowego chroniący przed deszczem), odbywało wielogodzinne marsze, kopało rowy strzeleckie itp. Uczestniczyliśmy również w jakichś dywizyjnych manewrach, których elementem było zgrupowanie ćwiczących pododdziałów. Pamiętam wystąpienie do żołnierzy dowódcy dywizji płk. Bieleckiego, który kiepsko mówił po polsku. Wtedy w kadrze Wojska Polskiego było jeszcze wielu Rosjan. Zgrupowanie zakończyła defilada, w której nasza kompania wypadła podobno nieźle.

Jak nie zostałem oficerem Ludowego Wojska. Z poligonu wróciliśmy do Siedlec i zaczęły się przygotowania do promocji oficerskich. Zapadła decyzja, że odbędzie się ona w Szkole Oficerskiej Piechoty we Wrocławiu. Ale ten zaszczyt nie objął wszystkich. Zastępca dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych porucznik Piechowicz przystąpił do działania. Rozpoczął dzieło politycznej oceny stanu osobowego podchorążych. W tym celu przejrzał uważnie nasze akta osobowe i wykrył, że byłem karany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie, zaś kilku innych kolegów miało niewłaściwych rodziców, np. przedwojennych policjantów.

Od tej pory uznano mnie za czarną owcę kompanii. Byłem przedmiotem wyraźnego bojkotu ze strony kolegów - partyjnych.

Z początku nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale tajemnicę zdradził mi jeden z nich - Wójcik. Po prostu polecono im na zebraniu partyjnym, aby na mnie uważali, nie rozmawiali i najlepiej trzymali się ode mnie z daleka. Wtedy również odsunął się wyraźnie ode mnie, a właściwie zerwał ze mną stosunki koleżeńskie - nie próbując niczego wyjaśniać - niejaki Krasucki, również z Gdyni, wcześniej, od chwili wcielenia do wojska, serdeczny przyjaciel. Oczywiście - wyłączono mnie z promocji. Miałem wrócić do cywila jako plutonowy podchorąży. Ten sam los spotkał chyba jeszcze trzech czy czterech kolegów. Sprawdziły się moje wcześniejsze obawy, że nie nadaję się na oficera...

Reszta kompanii szykowała się do wyjazdu do Wrocławia, ale nim to nastąpiło, wielu spośród moich kolegów podjęło desperackie próby ratowania się przed wcieleniem do nadterminowej służby w korpusie oficerskim Ludowego Wojska Polskiego. Uciekali się do różnych wybiegów, oskarżali sami siebie o przynależność własną lub swoich rodziców do różnych złych organizacji, o posiadanie krewnych za granicą itp., byle tylko nie zaliczono ich do grona wybranych. Przytłaczająca większość kolegów marzyła o tym, aby pójść do rezerwy, skończyć z wojskiem, a tymczasem czekała ich perspektywa przedłużenia pobytu w wojsku o kilka lat. Wśród tych wybranych byli także i ci wlokący się w ogonie szkolenia, uchodzący za tzw. łajzy w kompanii, ale to nie miało znaczenia. Postanowiono zrobić z nich oficerów wbrew ich własnej woli.

W taki sposób niektórzy z moich kolegów robili potem kariery w wojsku, a niektórzy dosłużyli się wcale wysokich stopni oficerskich. W Gdyni miałem okazję spotkać po latach dwóch moich kolegów w stopniu komandorów. Jedno z tych spotkań miało dość nietypowe okoliczności. Na którymś z przystanków trolejbusowych spotykałem dość często oficera Marynarki Wojennej w stopniu komandora, który dość dziwnie i bacznie mnie obserwował. Ogarniał mnie wtedy pewien niepokój, bo nie wiedziałem, o co chodzi. Po jakimś czasie nie wytrzymałem tej inwigilacji i zdecydowałem się położyć jej kres. Zdobyłem się na odwagę, podszedłem do oficera i zapytałem: Panie komandorze, dlaczego od dłuższego czasu tak badawczo mi się pan przygląda O co panu chodzi? A on na to: Antek, to ty mnie nie poznajesz? I wtedy olśnienie! Toż to głos Józka Grodzkiego, kolegi z mojego plutonu. W 1950 roku był ze mną w wojsku, został przymusowo wcielony do szkoły oficerskiej i dosłużył się stopnia komandora. Służył również w tzw. Informacji Wojskowej (WSW). Od tej pory nawiązaliśmy koleżeńskie kontakty aż do jego przedwczesnej śmierci z powodu choroby nowotworowej. Innym kolegą z 1. plutonu był Gonera, którego niespodziewanie spotkałem w Wyższej Szkole Morskiej, gdzie byłem przez kilka lat tzw. dochodzącym wykładowcą. Kolega Gonera także w stopniu komandora pracował w studium wojskowym tej uczelni.

Mnie spotkał tylko zaszczyt promowania do stopnia plutonowego podchorążego. Z takim świadectwem ukończenia Szkolnej Kompanii Oficerów Rezerwy Piechoty zostałem odesłany do cywila. Kiedy we wrześniu 1950 roku oddawałem swoje dokumenty w gdyńskiej komendzie uzupełnień poinformowano mnie, że mam czekać cierpliwie na wezwanie pod odbiór książeczki wojskowej.

Czekałem kilka lat, a wezwanie nie nadchodziło. Pewnego dnia dostałem natomiast wezwanie przed ... komisję poborową. Zaskoczony stawiłem się oczywiście we właściwym miejscu i we właściwym czasie, ale w rozmowach z podobnymi do mnie delikwentami stwierdziłem, że żaden z nich nigdy w wojsku nie służył. Postanowiłem wyjaśnić tę tajemnicę i po badaniach lekarskich - stojąc na golasa przed szacownym gronem wojskowych - pozwoliłem sobie na stwierdzenie, że jeśli chodzi o moją skromną osobę, to jestem ofiarą jakiegoś nieporozumienia. Oczywiście zrugano mnie ostro, po wojskowemu i zapytano: Co wam się nie podoba? Odparłem więc, że służyłem już w wojsku i dlatego nie wiem, co tutaj robię. Nastąpiła pewna konsternacja. Skierowano mnie przed groźne oblicze kapitana, który z podobnym zdziwieniem zaczął mnie wypytywać, czy potrafię udowodnić, że to co mówię jest prawdą. Podałem więc lata służby, miejsce postoju jednostki, nazwiska dowódców i kolegów. Kazał mi się ubrać i zgłosić w biurze RKU. Okazało się, że moje dokumenty osobowe, które przywiozłem z Siedlec zaginęły, a ja figurowałem w ewidencji jako ... poborowy. Sprawa wyjaśniła się ostatecznie i po pewnym czasie otrzymałem wreszcie książeczkę wojskową z potwierdzeniem odbytej służby i przeszkolenia.

Później usiłowano mnie jeszcze kilkakrotnie powołać na ćwiczenia, ale wtedy byłem już w przedsiębiorstwie na tyle ważny i potrzebny, że udawało się mnie reklamować. Raz uratowała mnie przed ćwiczeniami poważna kontuzja. W marcu 1962 roku w drodze do przystanku trolejbusowego upadłem nieszczęśliwie na oblodzonym chodniku i mocno stłukłem kolano lewej nogi. Trochę ten upadek zlekceważyłem i dotarłem jakoś do biura. Tu jednak poczułem, że jest źle: po prostu nie mogłem chodzić. Mój przełożony tak dalece mnie nastraszył, że skorzystałem z samochodu służbowego, który zawiózł mnie do lekarza. Po rozmowie i pobieżnym zbadaniu dostałem 4 dni zwolnienia z pracy i zalecenie okładów jakimś płynem.

Kiedy po dwóch dniach bóle nie ustawały i pojawiła się temperatura, wkroczyła w to moja żona. Chyba tylko jej czujność uratowała mnie wtedy od trwałego kalectwa. Stenia ponownie poprosiła w biurze o samochód i zawiozła mnie jeszcze raz do tego samego lekarza. Ten obejrzał moje opuchnięte jak bania kolano (wyglądało fatalnie) i zapytał: Kiedy to się stało? Odpowiedziałem, że dwa dni temu. Wtedy krzyknął na mnie: To teraz pan dopiero przychodzi do mnie? Kiedy wyjaśniłem mu, że właśnie byłem przedwczoraj już u niego - zamilkł i chyba zawstydził się. Zrobił mi punkcję stawu kolanowego, wyciągając z niego znaczną ilość krzepnącej i ściemniałej krwi. Wsadzili mi nogę od kostki po pachwinę w gips i zaczęli serio leczyć. Trwało to kilka miesięcy.

Tadeusz Boratyński - po raz ostatni. Jeszcze w lipcu poddawany byłem zabiegom rehabilitacyjnym, kiedy przypomnieli sobie o mnie w wojsku i postanowili ... trochę jeszcze mnie podszkolić. Otrzymałem wezwanie przed wojskową komisję lekarską. Jadąc na tę komisję kupiłem "Dziennik Bałtycki" i czekając na swoją kolej przeczytałem nekrolog ... o śmierci i pogrzebie Tadeusza Boratyńskiego! Ta wiadomość wstrząsnęła mną strasznie, więc po załatwieniu sprawy z wojskiem wróciłem pospiesznie do domu, aby powiedzieć o tej smutnej wieści Steni i spróbować zdążyć na pogrzeb, który odbywał się właśnie tego samego dnia na cmentarzu w Sopocie.

Zdążyliśmy kupić jakieś kwiaty i popędziliśmy taksówką na cmentarz. Akurat miała się rozpocząć ceremonia. Była tam matka Tadeusza pani Władysława Flakowa. Kiedy mnie zobaczyła, rzuciła mi się na szyję i wybuchła spazmatycznym płaczem. Ja też nie potrafiłem powstrzymać szlochu i tak płakaliśmy oboje na tym cmentarzu w Sopocie spleceni wzajemnym uściskiem jak matka z synem! Tak daleko od Barwałdu, gdzie poznaliśmy się, a tak sobie bliscy w tej żałobnej chwili. Bo też ci ludzie byli istotnie dla mnie kimś więcej niż nauczycielami! Opatrzność zrządziła, że mogłem oddać ostatnią przysługę Tadeuszowi, który był dla mnie jakby starszym bratem. I jestem za to Opatrzności wdzięczny...

Dzięki reklamacjom i opisanej wyżej kontuzji - poza roczną służbą w szkolnej kompanii oficerów rezerwy - moje kontakty z wojskiem urwały się. Pamiętam, że wyłączenie z kompanii przed oficerską promocją przeżyłem jako pewne upokorzenie. Ale później wielokrotnie dziękowałem za to Panu Bogu, bo - co jak co - ale na zawodowego żołnierza z całą pewnością nie nadawałem się. Jeszcze raz potwierdziło się porzekadło, że nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Moja niedobra przeszłość polityczna tym razem wyszła mi na dobre.

"Do trzech razy sztuka" czyli studia prawnicze w Poznaniu. Ze studiami dałem sobie spokój aż do 1960 roku, zakładając w międzyczasie rodzinę. Po dwunastu latach wróciłem jednak do tej kwestii. Na wielu uczelniach rozwinięto z dużym rozmachem tzw. studia dla pracujących. Jeden z moich kolegów w PHZ "Baltona" - gdzie od dłuższego czasu pracowałem - Stefan Tamioła korzystał właśnie z tych przywilejów i podjął studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Kiedy był na pierwszym roku zaczął mnie kusić, bym poszedł w jego ślady. Studia prawnicze pociągały mnie. W międzyczasie namawiano mnie wprawdzie, bym poszedł na ekonomię do powstałej na gruzach Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie - Wyższej Szkoły Ekonomicznej. Już kiedyś podjąłem nawet taką decyzję i zapisałem się na kurs przygotowawczy, ale przeraziła mnie matematyka, więc wycofałem się. Na studiach prawniczych matematyki, na szczęście, nie było.

Kolega Stefan Tamioła przywiózł więc z Poznania wszystkie niezbędne ankiety i formularze oraz dopilnował, bym je wypełnił, napisał życiorys itd. Oddałem mu je w celu złożenia w Dziekanacie Wydziału Prawa poznańskiej uczelni. Przystąpiłem do egzaminu wstępnego. Egzaminy pisemne poszły mi świetnie, a ustne były już tylko formalnością. Zostałem więc studentem Wydziału Prawa czwartej już w życiu uczelni, z którą stykał mnie los. Tym razem był on łaskawszy, bo studia doprowadziłem do końca, zdając w dniu 6 maja 1965 roku egzamin magisterski z oceną bardzo dobrą. Kosztowało to trochę wysiłku, bo trzeba było jeździć na niektóre zajęcia i sesje egzaminacyjne do Poznania. Znaczna część zajęć odbywała się jednak w Ośrodku Wyjazdowym w Gdańsku.

W indeksie miałem oceny bardzo dobre i dobre. Tylko prawo międzynarodowe prywatne nastręczyło mi - nie wiem dlaczego - trochę kłopotów i przeżyłem egzamin u doc. dra J. Fabiana jako klęskę, uzyskując tylko ocenę dostateczną. W niektórych przedmiotach wyżywałem się, na przykład w teorii państwa i prawa, popisując się na kolokwiach i egzaminie dużą wiedzą i samodzielnością poglądów. Podkreślił to prowadzący kolokwium, pytając: Który to jest pan Studnicki? Kiedy trochę wystraszony podniosłem

się - pochwalił moją pracę jako bardzo oryginalną. Bardzo dobrze zaliczyłem egzaminy z prawa cywilnego, z prawa rzymskiego, z historii powszechnej państwa i prawa. Błysnąłem także na egzaminie z międzynarodowego prawa publicznego, co skłoniło egzaminatora doc. dra Krzysztofa Skubiszewskiego do zaproponowania mi seminarium dyplomowego. Z propozycji nie skorzystałem, bo już wcześniej zdecydowałem się na pisanie pracy dyplomowej u prof. dra Józefa Górskiego na temat zaopatrywania statków morskich w świetle przepisów prawnych, a więc temat ściśle związany z moim miejscem pracy w PHZ "Baltona" w Gdyni.

Wspomniałem wcześniej, że studia kosztowały mnie wiele wysiłku. To prawda, ale nie byłbym uczciwy, gdybym nie podkreślił w tym miejscu zasług mojej Zony Stefanii, która przez cały długi okres pięciu lat wspierała mnie, ułatwiała życie, wyręczała w wielu obowiązkach i słusznie może być uznana za współtwórczynię mojego sukcesu.

Po dyplomie namawiali mnie niektórzy, bym zapisał się na studium doktoranckie. Nie wydało mi się to rozsądne wobec osiągniętego już wieku (miałem prawie 40 lat). Uznałem za bardziej celowe rozpoczęcie tzw. pozaetatowej aplikacji arbitrażowej. Oprócz tego mogę zapisać na swoim koncie jeszcze inne studia uzupełniające, o których skrótowo poniżej.

"Uczyć się nawet od diabła". Studia uzupełniające. Zachowując chronologię wydarzeń wspomnę o zaliczonym w roku szkoleniowym 1964/65 rocznym studium handlu zagranicznego w gdyńskiej filii Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu. Być może nie którzy uznają, że nie ma się czym chwalić, a raczej winienem taki fakt skrzętnie ukryć. Nie sądzę... To prawda, że zapisałem się na to studium z obowiązku, ale nie widzę powodu wstydzić się tego, że byłem gotów uczyć się nawet od diabła. Zresztą przedmioty tam wykładane były prowadzone przez dobrych fachowców, a traktowały m. in. o międzynarodowych stosunkach gospodarczych, problematyce handlu zagranicznego itp.

Indeks Uniwersytetu Poznańskiego


W okresie 1966-1967 zostałem przyjęty na roczną pozaetatową aplikację arbitrażową w Okręgowej Komisji Arbitrażowej w Gdańsku. Aplikację odbywałem w Komisji oraz w Sądzie Powiatowym w Gdyni, przechodząc zarówno przez wydział cywilny jak i wydział karny tego sądu. Był to okres dość trudny dla mnie. Szczególnie praca polegająca głównie na protokołowaniu rozpraw w Wydziale Karnym była dla mnie dużym obciążeniem psychicznym. Chcąc nie chcąc musiałem uczestniczyć w rozpatrywaniu ludzkich występków i przestępstw i brać udział w ich osądzaniu. W Wydziale Cywilnym sędziowie mieli ze mnie trochę pociechy, bo kiedy zorientowali się w moich umiejętnościach pisarskich, wykorzystywali mnie do taśmowego pisania uzasadnień do ich orzeczeń w różnych rozprawach, które oczywiście śniej protokołowałem.

Egzamin na radcę prawnego zdałem z wynikiem dobrym, uzyskując dodatkowe kwalifikacje. Ale zawodu radcy prawnego nigdy nie podjąłem, bo zaraz po egzaminie kategorycznie sprzeciwił się temu mój przełożony, dyrektor naczelny "Baltony", a potem sam tak głęboko zaangażowałem się w pracę ekonomiczną na rzecz mojej firmy, że już sam przestałem o tym myśleć.

W roku akademickim 1969/1970 zaliczyłem dwu semestralne studium podyplomowe prawa morskiego w Katedrze Prawa Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie. Egzamin końcowy zdałem wprawdzie tylko na dobry, ale jakoś nie mogłem zdobyć się wówczas na nic więcej.

W tym miejscu wypada jednak wrócić do moich języków obcych. Już o tym wspominałem, ale tu warto uzupełnić tamte informacje o fakt, że wiadomości językowe nabyte w czasie okupacji, przy wypasaniu rodzinnej krowiny i w innych okolicznościach mogłem ugruntować i spożytkować w mojej pracy zawodowej. A także zdyskontować finansowo, pobierając odpowiednie dodatki do wynagrodzenia. Nie były to wielkie pieniądze, ale zawsze jakieś skromne dodatkowe dochody. Warunkiem uzyskania takiego uprawnienia było złożenie egzaminu przed specjalną państwową komisją egzaminacyjną. Poddałem się takim egzaminom pięciokrotnie, uzyskując prawo do pobierania dodatku za znajomość pięciu języków: angielskiego, niemieckiego, francuskiego, rosyjskiego i hiszpańskiego.

W czasach, kiedy zdawałem te egzaminy obowiązywała zasada, że na pisemnym należało napisać pracę na zadany temat. Jak na maturze wypisywano na tablicy kilka tematów, wybierało się jeden z nich i przystępowało do pisania. Obowiązywało minimum objętościowe takiej pracy 3 A strony arkusza papieru formatu kancelaryjnego. Później zmieniono te zasady i egzaminowany tłumaczył zadane mu teksty z języka polskiego na obcy i z obcego na ojczysty. Trudno obiektywnie ocenić, która metoda była trudniejsza. Wydaje się, że ten system maturalny, chociaż i z nim nie miałem specjalnych kłopotów. Pisywałem wielostronicowe teksty na różne tematy, np. na temat sytuacji polskiego rzemiosła w Polsce po październiku 1956 roku. Za taką właśnie pracę otrzymałem z języka rosyjskiego ocenę bardzo dobrą. A w ogóle zdałem z angielskiego i niemieckiego na bardzo dobry, z francuskiego i rosyjskiego - na dobry, z hiszpańskiego - na dostateczny (pisałem na temat walki o pokój we współczesnym świecie). Egzaminy ustne polegały na konwersacji.

Mógłbym zakończyć ten rozdział truizmem, że człowiek uczy się całe życie. I jest to niewątpliwie prawda. Nieustanną nauką była jednak dla mnie praca zawodowa. Szczególnie w PHZ "Baltona" musiałem uczyć się całej wiedzy o handlu zagranicznym, o jego technice, poznawać zasady marketingu, przyswajać zasady przeprowadzania analiz ekonomicznych itp.

Dzięki temu chyba udawało mi się awansować, rozwijać swoją osobowość, o czym napiszę szerzej na właściwym miejscu.

[Słowo wstępne] [Rozdział 1] [Rozdział 2] [Rozdział 3] [Rozdział 4] [Rozdział 5] [Rozdział 6]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.