Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Rozdział 4

PRACA W MOIM ŻYCIU


Dziecięco-młodzieńcze trudy i znoje. Kto zna życie na wsi wie dobrze, że nawet dziś los dzieci wiejskich jest o wiele mniej atrakcyjny, niż w mieście. Także obecnie już od wczesnych lat na chłopskich dzieciach spoczywają rozliczne obowiązki. Trudno sobie wyobrazić, aby nie były one angażowane w różne prace polowe, na przykład w czasie żniw czy wykopków, by nie musiały pomagać rodzicom w dozorze inwentarza itp. Od czasów przedwojennych zmieniło się w tej mierze sporo na korzyść dzieci, ale i tak nadal są one obarczone licznymi obowiązkami. Po tych uwagach łatwiej sobie wyobrazić, że moje dzieciństwo było znacznie trudniejsze, jakkolwiek jestem świadom i tej prawdy, że wielu kolegów z mojego pokolenia miało znacznie gorzej.

Wspominałem już wcześniej, że w domu byliśmy wszyscy od dziecka przyzwyczajani do pracy i oszczędności. Rodzice wciągali nas do różnych zajęć w polu, w ogrodzie, w domu, w oborze, w stodole. Uciążliwym zajęciem było pasanie krów. Kiedy zacząłem uczyć się języków, chętnie to robiłem, bo mogłem równocześnie wkuwać słówka. Czasami bracia zamieniali się ze mną tym obowiązkiem, bo szybko odwalali jakąś inną robotę przypadającą mnie i byli potem wolni, mogli biegać z kolegami. Mnie to nie interesowało.

Chociaż gospodarstwo Rodziców było niewielkie, każdy miał co robić. Ojciec i Mama wydawali dyspozycje. Wiosną przy siewach była to pomoc w wywiezieniu obornika, tzw. nakopywaniu, sadzeniu ziemniaków, plewieniu, latem przy sianokosach, żniwach, młocce, jesienią - przy wykopkach, sprzątaniu buraków, kapusty itp. Do czasów powojennych zboże młóciliśmy ręcznie za pomocą cepów. Trwało to, łącznie z tzw. młynkowaniem czyli oczyszczeniem ziarna, zwykle cały tydzień. Wszyscy wstawaliśmy wczesnym rankiem, aby do maksimum wykorzystać poranny chłód i udawaliśmy się do stodoły. Nawet najmłodsi bracia - Zdzisek i Gustaw, chociaż nie mieli jeszcze sił walić ciężkimi cepami w klepisko, uczestniczyli w tej robocie. Siedzieli w sąsieku i zrzucali snopy na boisko. Takie zadanie wyznaczali im Rodzice.

Młócenie w trójkę lub w czwórkę wymagało pewnej wprawy i umiejętności utrzymania rytmu. Pamiętam, jak w czasie jednej z takich młocek - albo wskutek mojej nieuwagi, albo przez przypadek -Włodek tak pechowo walnął w moje cepy, że tzw. bijak (krótki drążek cepów) uderzył mnie w jakieś czułe miejsce w ręce. Straciłem na moment przytomność i osunąłem się gołymi plecami (był upał i byliśmy bez koszul) po pełnych drzazg drzwiach od stodoły. Kiedy mnie oblano zimną wodą i podniesiono, miałem całe plecy we krwi. Dość długo trzeba było wyciągać drzazgi spod skóry.

W domu przez cały rok były zajęcia stałe: wyrzucanie obornika spod krów, wyścielenie obory, przygotowanie sieczki na sieczkarni, pokrojenie buraków dla bydła, kręcenie na żarnach zboża na śrutę lub na chleb itp. Pewien tragikomiczny epizod z żarnami pamiętam do dziś. Otóż w czasie okupacji używanie tej maszyny było zabronione. Usunęliśmy je zatem z widocznego miejsca w sieni do pustego pokoju obok. Stały tam wśród rozmaitych rupieci jakoś zamaskowane, zasłonięte i przykryte. W czasie mielenia ktoś stał na czatach, aby w razie potrzeby dać znać o niebezpieczeństwie. Kręciłem kiedyś w pocie czoła ciężkim kamieniem, gdy ktoś z rodzeństwa wpadł do tego pomieszczenia z ostrzeżeniem: Rany Boskie, żandarmi jadą gościńcem w naszą stronę! Przerwałem natychmiast robotę, wyjąłem kamień i uciekłem z nim przez okno (!) za stodołę. Do dziś zachodzę w głowę, skąd nabrałem takiej siły. Przecież ten kamień od żaren ważył kilkadziesiąt kilogramów!... Potem żarna znieśliśmy do piwnicy i tam przy świecy lub lampie naftowej odbywało się tajemnicze misterium mielenia. W dalszym ciągu trzeba było być ostrożnym. Było ustalone, że w razie potrzeby należy głośno stukać w drewnianą poziomą klapę zasłaniająca wejście do piwnicy, aby obsługujący żarna przerwał robotę, bo w sieni było słychać głuchy ich odgłos. Mielenie w piwnicy było wyjątkowo uciążliwe. Było tam ciemno, wilgotno i duszno, a ponadto roiło się od komarów.

W domu było również wiele innych zajęć. Nie ma się nad czym rozwodzić, zwykłe, codzienne i pracowite życie na wsi. Wspomnę tylko jeszcze jedno wydarzenie. Jako kilkunastoletnich chłopców wysłała nas Mama (Włodka i mnie) do babci pod Żarek, aby rozebrać starą stodołę. Zabraliśmy się do tego żwawo, choć nie była to robota dla chłopców. Pewnie wskutek naszej lekkomyślności cała stodoła ... zawaliła się na nas. Kiedy babcia usłyszała rumor, wypadła z domu i straszliwie nas zrugała! Potem jeszcze poskarżyła Mamie... Nikt jakoś wtedy nie przejmował się tym, że mogło nas przy tej robocie pozabijać. Z bratem Włodkiem uczestniczyliśmy również wraz z Ojcem w niektórych pracach na polach dworskich lub w lesie przy wyrywaniu pniaków. Do naszych zadań należało wycinanie olszyny, obcinanie wierzb i przygotowywanie opału na zimę. Jednym słowem znojne było nasze dzieciństwo i jako dziecko buntowałem się przeciwko losowi, ale to nic nie pomagało. Wszyscy musieliśmy pracować.

Trzeba na koniec dodać, że czasami dochodziło do sporów i napięć między rodzeństwem na tle udziału każdego z nas w tych różnych pracach (Znowu ja mam to robić, Wczoraj to robiłem, Antek nic nie robi, tylko czyta itp.j. Wspominałem już, że w naszej rodzinie najbardziej obciążona był siostra Aleksandra. Niestety, od najmłodszych lat musiała służyć u babci Pod Zarkiem, a tam obowiązywały ostrzejsze rygory niż w domu rodzinnym. Dlatego nie było jej dane po ukończeniu szkoły powszechnej uczyć się dalej...

W pobliskiej Kalwarii regularnie co roku odbywały się tradycyjne odpusty, a na rynku miasteczka ustawiano różne karuzele i huśtawki. Były to prymitywne urządzenia napędzane siłą ludzkich mięśni. Właściciele karuzel angażowali nas, chłopców kręcących się po rynku do tej roboty w zamian za wynagrodzenie w formie przywileju jednokrotnego przejechania się na karuzeli lub skorzystania z huśtawki za czterokrotne pchanie innych. Ileż to godzin spędziliśmy na platformie tych pociesznych urządzeń, aby zarobić na radość jazdy na karuzeli? Czasami trudno było w tym ferworze pamiętać o obowiązku udziału w odpustowej mszy świętej... Nie była to praca w ścisłym znaczeniu tego słowa, bo byliśmy ochotnikami, ale wspominam o tym, aby podkreślić, że nawet na rozrywkę musieliśmy zarobić.

Kiedy dziś po tylu latach wspominam owe czasy dostrzegam pewną ewolucję oceny tamtego okresu. Nawet to, co było wówczas takie nieznośne i trudne dla nas jako dzieci, dziś jawi się jako miłe wspomnienie. I dostrzegam w tych licznych obowiązkach dobrą szkołę życia. Jestem przekonany, że dzięki tej szkole mogłem później sprostać o wiele ostrzejszym wymaganiom, jakie stawiało mi nieraz życie, byłem w stanie dzięki tej szkole unieść późniejsze ciężary, znosić niepowodzenia i ciosy.

Nigdy nie traktowałem pracy jako jarzma nie do zniesienia, ale jako czynnik twórczy, uszlachetniający, nadający sens mojemu życiu. Może to brzmi patetycznie, ale tak to wygląda z perspektywy minionego czasu.

Pierwsze zarobione pieniądze. Zajęcia opisane wyżej były składową naszego dzieciństwa, były pożyteczne, przynosiły wymierne efekty, ale nie były zarobkowe. Na pierwszą taką pracę przyszedł czas w latach wojny.

W czasie okupacji Niemcy dość szybko zorganizowali formację pod nazwą Baudienst, do której wcielano młodych ludzi chyba na okres jednego roku. I po mnie też zaczęto sięgać. Początkowo ukrywałem się, uciekając z domu w pole przy każdym zatrzymaniu się wojskowego pojazdu przy pobliskiej Wesołej. Było to jednak uciążliwe dla wszystkich, dlatego Ojciec zaczął starać się o jakąś pracę dla mnie, aby uchronić przed wcieleniem do tego Baudienstu. Sam był wtedy robotnikiem maszynowej obróbki drewna w Spółdzielni Stolarskiej "Stolarz" w Kalwarii, która wykonywała ważne zamówienia dla Rzeszy. Podjął więc rozmowy z kierownictwem Spółdzielni w kwestii mojego zatrudnienia. Dostałem pracę gońca w wydziale socjalno-zaopatrzeniowym, a moim zadaniem było m. in. organizowanie zaopatrzenia dla stołówki, którą Spółdzielnia prowadziła w fabryce Łojka. Formalnie byłem gońcem, ale faktycznie robiłem wszystko: pisałem na maszynie i zajmowałem się innymi rodzajami dokumentacji w tym dziale, robiłem zakupy produktów żywnościowych i woziłem je do stołówki, gospodarując w podręcznym magazynie.

Moim przełożonym był sympatyczny były wojskowy, podobno w randze majora. Zresztą tych wojskowych dekowało się chyba w spółdzielni więcej, bo w sekretariacie był z kolei kapitan (chyba o nazwisku Moskwa). Mój major nazywał się Moskała. Miał syna w moim wieku, który też przejawiał zainteresowania lingwistyczne, co nas zbliżyło do siebie. Major Moskała zajmował się potajemnie zaopatrywaniem w produkty żywnościowe Żydów mieszkających w miasteczku do dnia wywiezienia ich do ghetta. Czy robił to za pieniądze, czy bezinteresownie pomagał tym nieszczęśliwcom - trudno mi dziś orzec.

W każdym razie i mnie przypadła mała rola w tej jego działalności. Dostarczałem spore ilości margaryny (głównie chodziło o tłuszcze) do wskazanych domów żydowskich. Taskałem więc kartony margaryny przez rynek i nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby zdać sobie sprawę z ryzykowności tych transportów i całej tej akcji w ogóle. Wszystko skończyło się szczęśliwie dla nas. Ale nie dla biednych Żydów, których pewnego dnia wywieziono z miasteczka...

Bywałem często we wspomnianej już stołówce: albo służbowo, albo po to, aby zjeść skromny okupacyjny obiadek, składający się z reguły z gęstej zupy. Wraz ze mną chodzili na te obiady koledzy ze szkoły stolarskiej: Tadzio Krupnik i Jurek Heidrich. Ich matki pracowały w stołówce. Były to bardzo sympatyczne panie, które do Kalwarii rzucił wojenny los. O ich mężach mówiono dyskretnie, że ukrywają się przed Niemcami. Ta zadzierzgnięta na stołówkowej drodze przyjaźń przetrwała okupację i trwa właściwie do dziś. Tadzio został chemikiem i na Politechnice Gdańskiej doszedł do stanowiska docenta, Jurek jest inżynierem architektem i do dziś spotykamy się w Zarządzie Towarzystwa Miłośników Gdyni, gdzie obaj uaktywniamy się społecznie.

Do pracy w Kalwarii chodziłem najczęściej w butach na drewnianych spodach (tzw. drewniakach), przeważnie pieszo, codziennie 5 km w jedną stronę i 5 km z powrotem. Innych możliwości nie było, bo Niemcy zastawiali tor kolejowy między Wadowicami a Kalwarią dziesiątkami pociągów towarowych, załadowanych sprzętem wojskowym. Czekały na swoją kolejkę na front wschodni. Wtedy oczywiście pociągi osobowe nie kursowały. Praca w Kalwarii dawała - oprócz skromnych zarobków - przywilej tzw. przydziałów żywnościowych. Przynosiłem więc do domu m. in. margarynę i marmoladę. Z powodu tej marmolady doszło kiedyś między mną a Włodkiem do zabawnego incydentu. Włodek ukroił sobie wielką pajdę chleba i posmarował grubo przydziałową marmoladą. Kiedy zwróciłem mu uwagę, że mógłby trochę jej oszczędzać, bo są w domu jeszcze inni, Włodek ze złością rzucił mi w twarz tę kromkę chleba. Ponieważ marmolada była rzadka, więc któryś, z chłopców pobiegł do siostry Olgi z wiadomością, że pobiliśmy się z Włodkiem i jestem cały ... pokrwawiony.

Praca w Spółdzielni Stolarskiej "Stolarz"'trwała aż do końca okupacji. Mam do dziś w aktach osobistych zaświadczenie wystawione mi przez władze spółdzielni potwierdzające, że byłem jej pracownikiem.

W "Społem" w Wadowicach. W styczniu 1945 roku nasze okolice były wolne od Niemców. Skończyła się okupacja, powstały nowe możliwości dla wielu. Dla młodych otwarto szkoły różnych typów.

Trudno mi dziś powiedzieć, dlaczego zaraz po wojnie nie pomyślałem o szkole, a swoje zainteresowania skierowałem na pracę zarobkową. Nie mogę wykluczyć, że wpływ na to miało moje zafascynowanie Wierą (piszę o tym w innym miejscu), w związku z czym chciałem jak najszybciej usamodzielnić się, gdyby powstała taka potrzeba. Nie potrafię już dziś powiedzieć, jakim trafem dowiedziałem się o pracy w wadowickim Oddziale "Społem" - Spółdzielni Spożywców w Krakowie. Szef tej filii p. Buzdygan zatrudnił mnie na stanowisku woźnego, ale jak poprzednio w Kalwarii, będąc gońcem - robiłem wszystko, tak i w "Społem" - jako woźny - wykonywałem rozliczne obowiązki urzędnicze. Sporządzałem różne dokumenty, prowadziłem kartoteki i pisałem na maszynie jak maszynistka.

W sztuce pisania na maszynie byłem dość dobry. Wprawdzie tylko czterema palcami, ale pisałem dość szybko. Kiedy zorientowali się w tych moich umiejętnościach inspektorzy Związku Rewizyjnego Spółdzielni, którzy mieli swoje biura na tym samym piętrze, zaczęli mnie wykorzytywać, dyktując swoje różne teksty protokołów i wystąpień pokontrolnych. Spotkała mnie nawet z tytułu jakości mojej pracy pochwała, że jestem lepszy od maszynistki dlatego, że pisząc pod dyktando jestem równocześnie krytyczny i zwracam dyktującym uwagę na błędy redakcyjne czy stylistyczne w tekście.

Mój szef - p. Buzdygan był miłym panem. Jego rodzina mieszkała w Radziszowie, ładnych dwadzieścia kilka kilometrów od Wadowic. Pewnego razu szef uznał za możliwe wykorzystanie mnie w roli posłańca z produktami do swojej rodziny. Pora była taka, że nie było innej możliwości komunikacji, jak jazda rowerem. Postarałem się zatem o rower i ruszyłem w drogę, ale daleko nie ujechałem. Za Kalwarią - chyba w Brodach - rower się zepsuł i musiałem wrócić. Na drugi dzień oddałem paczkę (chyba z mięsem) szefowi, wyjaśniając przyczyny nie wykonania polecenia. Był bardzo niezadowolony, ale przyjął do wiadomości moją odmowę ponownej próby dotarcia do Radziszowa.

Do moich obowiązków należało również wyjeżdżanie samochodem po różne towary do Krakowa, do Wieliczki (po sól) i do wielu innych miejscowości, skąd przywoziłem do Wadowic płody rolne, głównie ziemniaki na akcję zaopatrzenia miasta. Z jednym z takich wyjazdów wiąże się bardzo przykre wspomnienie. Kiedy wracaliśmy samochodem ciężarowym wyładowanym towarami, zdarzył się śmiertelny wypadek. W jakiejś miejscowości radzieccy żołnierze myli w rzece swoje samochody, a na moście roiło się od dzieci, które przyglądały się tym czynnościom. Od czasu do czasu któryś z mołojców kierował dla zabawy strumień wody z węża motopompy na dzieciarnię. Kiedy nasz wóz zbliżał się do mostu, miała miejsce taka właśnie zabawa, tragiczna w skutkach. Jeden z chłopców uskoczył przed strumieniem wody tak nieszczęśliwie, że wpadł pod tylne koła naszego auta. Zginął na miejscu.

Oswojeni ze śmiercią żołnierze nie bardzo przejęli się tym, co się stało. Zależało im tylko na tym, aby ciało chłopca nie zostało na miejscu wypadku. Kierowca zdecydował się na zabranie zwłok. Pojechaliśmy do sołtysa, który spisał dane kierowcy oraz numery rejestracyjne samochodu i zgodził się na pozostawienie ciałka pod swoim domem. Chłopiec - jak mówił sołtys - był podobno bezdomny. Minęło tyle lat, a pamiętam to przykre wydarzenie...

Praca w Morskim Urzędzie Zdrowia w Gdyni. W "Społem" pracowałem tylko do 30 czerwca 1945 roku. Od września tegoż roku rozpocząłem naukę w liceum, w następnym roku zdałem maturę i rozpocząłem studia. O ich przebiegu pisałem już wcześniej. Za namową Tadeusza Boratyńskiego wyjechałem latem 1947 roku do Gdyni i zamieszkałem razem z nim w Orłowie. Tadeusz załatwił mi pracę w Morskim Urzędzie Zdrowia na stanowisku podreferendarza.

Morski Urząd Zdrowia zajmował się organizacją służby zdrowia w licznych portach długiego Wybrzeża morskiego, jakie przypadło Polsce po II wojnie światowej. Obok służby medycznej było naszym zadaniem zabezpieczenie dla ich potrzeb odpowiednich warunków lokalowych. Zajmowaliśmy się zatem budową nowych budynków lub remontowaniem i adaptacją istniejących. Zajmował się tym wydział administracyjno-budżetowy, którym kierował znany na Wybrzeżu prawnik - mgr Tadeusz Smulkowski.

Moja praca polegała między innymi na rozliczaniu tych licznych robót na podstawie faktur wystawianych przez wykonawców, którymi były działające jeszcze wtedy przedsiębiorstwa prywatne. Właścicielem jednego z nich był inż. Mięsowicz. Ta właśnie firma utkwiła w mojej pamięci chyba dlatego, że na prośbę inż. Mięsowicza weryfikowałem w przyspieszonym trybie wystawiane przez niego kosztorysy i faktury. Ówczesne prywatne przedsiębiorstwa budowlane znane były ze swej solidności, ale w dokumentach zdarzały się czasami różne błędy, które wychwytywałem i prostowałem w pismach, które wysyłałem do zainteresowanych. Byłem podobno w tej robocie dobry. Zbierałem pochwały od naczelnika Smulkowskiego i awansowałem nawet na stanowisko kierownika rachuby.

Pewnie pozostałbym w tej instytucji aż do chwili jej likwidacji, ale wcielenie do wojska przerwało mój staż. Po służbie wojskowej nie wróciłem już do Morskiego Urzędu Zdrowia.

Mój "romans" z PHZ "Baltona". Gdyby nie powołanie do wojska, moja kariera w Morskim Urzędzie Zdrowia pewnie trwałaby dłużej. Trudno jednak przewidzieć, czy dotrwałbym tam do końca dni Urzędu, czy odszedłbym wcześniej. Tam poznałem moją narzeczoną Stenię, która nie życzyła sobie, byśmy pracowali razem jako małżeństwo w tej samej instytucji. Kierownictwo MUZ-u chciało, abym po wojsku wrócił tam do pracy, ale Stenia dawała mi w listach do zrozumienia, bym brał pod uwagę zmianę firmy. W tym działaniu przyszła jej w sukurs starsza koleżanka pani Studzińska, która była zdania, że ze swoją znajomością języków marnuję się w MUZ-ie i choćby z tego powodu powinienem podjąć pracę w jakiejś instytucji portowej. Podsunęła myśl, bym zgłosił się do jej męża - p. Jegorowa, który właśnie w "Baltonie" organizował nowy dział i szukał kandydata na kierownika sekcji.

Kiedy zatem wróciłem do rezerwy, podjąłem wskazany kontakt. Wakowało stanowisko kierownika sekcji faktur. Trochę bałem się zmiany, bo oferowana praca była mi zupełnie obca. Ale rozmowa wstępna przebiegła pomyślnie, a ówczesny dyrektor handlowy firmy - pan Ignacy Berezin łaskawie zatwierdził propozycję swojego kierownika działu. Pracę miałem podjąć od 1 października 1950 roku, ale powodowany obawą przed nowymi problemami zgłosiłem się w firmie już 26 września, aby przeznaczyć tych kilka dni na poduczenie się nowych zagadnień, jak znajomość walut obcych i ich kursów.

Komórka faktur nowo tworzonego działu mieściła się w tym czasie przy ul. Abrahama. Była zupełnie sfeminizowana, a rej wśród tych niewiast wodziła pani Elżbieta Bonkowska, która chyba sama liczyła na awans na kierowniczkę, bo przyjęła mnie bardzo niechętnie. Później stosunki między nami ułożyły się dobrze i byliśmy nawet w przyjaźni mimo różnicy wieku (pani Elżbieta była ode mnie starsza).

Zabrałem się ostro do pracy, starając się uczyć wszystkiego, co nowe. Cicho i skromnie - nie narzucałem się, ale starałem się być użyteczny i pomocny. I to przyniosło rezultaty. Zostałem zaakceptowany przez zespół. Co ważniejsze, opanowawszy nowy dla mnie świat pojęć handlowych, zdobyłem się na kilka zupełnie nowych rozwiązań, szczególnie w dziedzinie statystyki, ku wyraźnemu zadowoleniu dyrektora handlowego. Dotychczasowe sprawozdania ze sprzedaży zmodyfikowałem w ten sposób, że można było w sposób łatwy i przejrzysty śledzić na bieżąco sprzedaż firmy we wszystkich najważniejszych wariantach, a więc sprzedaż za złotówki na statki polskie, za waluty według bander statków zawijających do portów itp.

Tak zaczął się mój romans z firmą państwową "Baltona", romans, który trwa właściwie jeszcze do dziś. Można by rzec, że w ciągu tych kilku dziesiątków lat "Baltona" się rozwijała, a ja wraz z nią. Zdobywałem nową wiedzę i doświadczenia i dzięki nim w coraz większym stopniu wpływałem także na bieg spraw w przedsiębiorstwie. Awansując stopniowo doszedłem do stanowiska członka dyrekcji. Ale nim do tego doszło, było mi dane niejedno przeżyć w tej firmie.

Czystki kadrowe i "kompromitująca" opinia. Rozpocząłem pracę w "Baltonie" w okresie nasilenia fatalnych przemian w kraju. Narastał totalitaryzm, wszechpotężne organy bezpieczeństwa penetrowały wszystkie dziedziny życia. Wszędzie byli szpicle i donosiciele. Trwały rugi wybitniejszych pracowników wywodzących się z przedwojennej inteligencji. Na miejsce zwalnianych awansowano często miernoty, ale politycznie pewne osoby. Przewaga czynnika politycznego nad wszystkimi dziedzinami życia w firmie była wyraźnie widoczna... Co miesiąc z drżeniem serca oczekiwałem wezwania do działu kadr i wręczenia mi wypowiedzenia z pracy. Zaliczałem się bowiem niewątpliwie do grupy tych, których wymiana ze względów klasowo-politycz-nych była nieuchronna. Ciążył na mnie wyrok za wystąpienie przeciwko władzy ludowej.

Jeśli przetrwałem w firmie do śmierci Józefa Wisarionowicza w 1953 roku, zawdzięczam to przede wszystkim moim przełożonym, szczególnie zaś dyrektorowi Ignacemu Berezinowi, który osłaniał mnie, jak tylko mógł, uznając mnie za pracownika o wyjątkowej przydatności. O realizację tych kadrowych czystek dbali oczywiście kolejni kierownicy działu kadr, jak J. Tomaszewski czy I. Skarżyńska. Ale na szczęście oni też odchodzili i to nie zawsze chlubnie...

Jednym z kadrowców, którego zapamiętałem, był niejaki Władysław Baran. Nie był on znowu taki zły, jak jego poprzednicy. Jego panowanie przypadło zresztą na okres po śmierci Stalina aż do sławetnych wydarzeń polskiego Października 1956. Z tym człowiekiem wiąże się pewna anegdota dotycząca jego nazwiska. Otóż ktoś poszukiwał w biurze kierownika kadr, zaglądając do poszczególnych pokoi. I tak doszedł do pokoju działu planowania, gdzie pracował bardzo młody wówczas absolwent sopockiej uczelni - kolega Piskozub, który później tam wrócił i jest znanym naukowcem z tytułem profesora. Ale wtedy był skromnym i początkującym pracownikiem. Kiedy poszukujący kadrowca uchylił drzwi planowania i rzucił pytanie: Nie ma tu czasem Barana? - siedzący najbliżej drzwi pan Piskozub odparł z kamienną twarzą: Tu nie pastwisko! Ta odpowiedź obiegła wkrótce całe biuro, budząc powszechną uciechę.

Ale jak napisałem, kolega Władysław Baran był zupełnie przyzwoitym kierownikiem kadr. Pamiętam, jak już po Październiku 1956 zaczepił mnie w biurze na korytarzu i zapytał, dlaczego nie przychodzę do niego, aby przejrzeć swoje akta personalne (był taki wówczas przywilej pracowników). Odparłem, że mnie to nie interesuje, bo skoro przeżyłem najgorsze lata w "Baltonie", to chyba już nic nie jest mi w stanie zaszkodzić i dlatego pozostawiam jemu decyzję, co do usunięcia z tych akt dokumentów, które mnie ewentualnie kompromitują. Okazało się później, że byłem strasznie naiwny...

Kiedy pan Baran wciągnął mnie do swojego pokoju i dał do przejrzenia moją teczkę personalną, znalazłem w niej opinię wystawioną mi przez Morski Urząd Zdrowia. Była ona w kwestii zawodowej doskonała, ale w warstwie politycznej dyskwalifikowała mnie bezlitośnie jako kaprala AK, karanego przez Rejonowy Sąd Wojskowy w Krakowie i człowieka o poglądach klerykalnych. Pan Baran usunął tę opinię z moich akt i polecił chyba zniszczyć ją swojemu personelowi, o czym świadczył napis czerwoną kredką: zniszczyć. Ale dokument ten zachowano, a kiedy przyszła sposobna pora - użyto go jako haka przeciwko mnie. Włączono go ponownie do moich akt, które wysyłano do Ministerstwa Handlu Zagranicznego i KW PZPR w związku z wnioskiem awansowania mnie w skład dyrekcji. Oczywiście wniosek został oddalony i byłbym pewnie kierownikiem działu aż do emerytury, gdyby nie inny dyrektor naczelny - pan Henryk Cieślik.

Dyrektorska "karuzela" w "Baltonie". Jeśli już mowa o moich dyrektorach, to przeżyłem ich wielu. Szczególnie w pierwszym okresie mojej pracy, a więc w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, dyrektorzy "Baltony" zmieniali się z taką częstotliwością, że przedsiębiorstwo stało się na Wybrzeżu z tego powodu dość znane. A mimo to nie tylko trwało, lecz rozwijało się intensywnie, podejmując coraz to nowe zadania. Był to swoisty fenomen. Jeden z naszych ministerialnych zwierzchników - naczelnik wydziału płac w departamencie kadr MHZ - pan St. Proński wyjaśniał mi w czasie wspólnego pobytu urlopowego w Łebie ów fenomen. Twierdził, że przy skrajnej słabości dyrektorów, którzy w związku z tym stale przychodzą i odchodzą - siła "Baltony" polega na sile kierownictwa średniego. A to kierownictwo w ministerstwie oceniają bardzo wysoko. Byłem w składzie tego średniego kierownictwa!

Pan Proński udzielił mi jeszcze jednej rady w związku z moimi częstymi wyjazdami służbowymi do ministerstwa: Niech pan nigdy nie pcha się do dyrektorów departamentów, bo to panu nic nie da. Niech pan zaczyna od naczelników, bo to oni przecież będą referowali sprawę i przygotowywali decyzję do podpisu dyrektora. Jeśli zatem pozyska pan przychylność naczelnika, to może pan być pewien załatwienia sprawy po pańskiej myśli. I była w tej radzie starszego pana duża doza słuszności, o czym przekonałem się wielokrotnie.

Kiedy wspominam tamte lata, nie mam pod ręką żadnych dokumentów, ani też nie próbuję szukać informacji w archiwach. Piszę to, co dyktuje mi moja pamięć, a ta może być zawodna. Tym niemniej wymowy ogólnej przytaczanych danych jestem pewny. Dlatego mogę stwierdzić - licząc po prostu na palcach rąk - że w okresie mojej pracy w PHZ "Baltona" miałem przynajmniej 12 dyrektorów naczelnych, z czego na lata 1950-1956 przypadło ich pięciu. Uzasadnia to opinię, że w "Baltonie" dyrektorzy zmieniali się w wymienionym okresie co roku.

Henryk Cieślik. Sytuacja ustabilizowała się dopiero w roku przejęcia kierownictwa firmy przez pana Henryka Cieślika, który przyszedł do nas z Polskich Linii Oceanicznych. Był to człowiek, któremu towarzyszyła fala plotek. Mówiono o nim, że w czasie studiów na sopockiej uczelni należał do grupy tych, którzy chodzili po uczelni z pistoletami w kieszeni, terroryzowali studentów i wykładowców, nadając całej uczelni nazwę czerwonej. Potem pracując szybko awansował, był między innymi polskim konsulem w Aleksandrii w Egipcie.

Kiedy H. Cieślik nastał w przedsiębiorstwie, zaskoczył wszystkich sposobem przejmowania obowiązków. Otóż miał do dyspozycji gruby, oprawiony w twardą okładkę zeszyt-zszywkę z papieru kratkowanego, w którym zapisywał niezwykle pracowicie wszystko. Pierwsze tygodnie pobytu w gabinecie - to okres wielogodzinnych przesłuchań kierowników działów i samodzielnych sekcji, którzy musieli odpowiadać na dziesiątki pytań o swoją pracę. Tak zdobywał wiedzę o przedsiębiorstwie, którym miał kierować oraz wiedzę o ludziach, z którymi miał współpracować. Taka pracowitość zaowocowała. Niektórych denerwował, innych szokował lub przynajmniej zadziwiał. Jedno jest pewne: był jednym z najlepszych dyrektorów naczelnych "Baltony". Za jego czasów przedsiębiorstwo rozwijało się dynamicznie i wszechstronnie. Wcześniej obawiano się, że jako były człowiek przedsiębiorstwa armatorskiego będzie widział sprawy dostawców statków tylko z tamtej strony, co może nam poważnie zaszkodzić, ale te obawy absolutnie się nie potwierdziły. Utożsamił się z "Baltoną", wspaniale reprezentując jej interesy.

Dla mnie H. Cieślik był jednym z nielicznych dyrektorów, który umiał słuchać podwładnych i korzystać z ich wiedzy i opinii. Z nim mogłem dyskutować, spierać się bez obawy o jego niechęć czy szykany. A byłem wówczas nie tylko kierownikiem działu, lecz także przewodniczącym rady zakładowej, zatem tematów do dyskusji i kontrowersji było wiele. Uznawał nasze prawo do własnych poglądów do momentu podjęcia decyzji. To dzięki niemu przełamano polityczne uprzedzenia wobec mojej osoby i dzięki niemu awansowałem do składu dyrekcji, zostając zastępcą dyrektora handlowego, którym był wówczas Z. Boniewicz, ale zdając sobie sprawę ze swoich słabości i ograniczeń, chciał mieć takiego zastępcę jak ja, zaś dyrektor Cieślik uwzględnił to.

Z dyrektorem Henrykiem Cieślikiem we Francji


Dyrektor H. Cieślik po okresie prawie siedmiu łat w "Baltonie" wyjechał na stanowisko radcy handlowego w Australii, dokąd ściągnął po pewnym czasie pana Jędryczkę. Ten zaś zdradził go, odmawiając powrotu do kraju i niezbyt uczciwie zawłaszczając mieszkanie służbowe. Takie przynajmniej informacje dotarły do mnie przez ludzi tam pracujących.

Ignacy Berezin. Z całej plejady moich dyrektorów na podobną postawę jak Henryk Cieślik umiał się zdobywać jeszcze tylko dyrektor Ignacy Berezin, który przyjmował mnie do pracy. Dał tego liczne dowody, a jeden dotyczył bezpośrednio mnie. Było to gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych, kiedy do "Baltony" przyszedł na kontrolę inspektor tzw. IKR (Inspektoratu Kontrolno-Rewizyjnego) - pan Parusiński. Sprawdzał różne dziedziny, w tym także mój dział. Po inspekcji dyrekcja zapoznawała się z jej wynikami w ten sposób, że na czas lektury odpowiednich fragmentów protokołu pokontrolnego zapraszano poszczególnych kierowników. I ja byłem przy swoim fragmencie. Pan Parusiński miał tylko formalne drobne uwagi, ale dyrektor uznał za stosowne w pewnej chwili rzucić cierpką uwagę: Panie Stadnicki, jak to jest, ja panu tak ufałem, a tymczasem w pańskim dziale jest tyle niedociągnięć... Jakkolwiek byłem wtedy młody, "cichy i pokornego serca" - odebrałem te słowa jako krzywdę, bo robiłem ze swoim zespołem w trudnych warunkach bardzo wiele, by wszystko było w porządku, a o wszelkich trudnościach informowałem obu dyrektorów. Berezin wiedział najlepiej, że dzięki tej wytężonej pracy stan spraw był dobry i dlatego tym mocniej zabolały mnie jego słowa i spowodowały wybuch. Zarzuciłem obu panom niesprawiedliwość oceny naszej pracy i ze słowami: Takiej nagrody nie oczekiwałem - podniosłem się i trzasnąwszy drzwiami, wyszedłem z gabinetu dyrektora naczelnego. Po drodze usłyszałem słowa kontrolującego: Panowie, dlaczego ten pan tak się zdenerwował, przecież ja tu nic takiego strasznego nie napisałem.

Wśród przyjaciół w Uniwersytecie Gdańskim


Kiedy już ochłonąłem po tym incydencie, przyszedł niepokój o dalsze konsekwencje, boć przecież moja reakcja była dla mnie samego nadspodziewanie ostra (z natury jestem człowiekiem spokojnym i opanowanym). Bałem się strasznie wezwania dyrektora Berezina do siebie i szedłem do jego gabinetu na gumowych nogach. Jakież było moje przyjemne zdziwienie, kiedy pan Berezin poprowadził całą rozmowę zupełnie inaczej, niż oczekiwałem. Stwierdził mianowicie, że niepotrzebnie się zdenerwowałem, bo on nic złego nie miał na myśli, uznał jedynie, że coś musi powiedzieć wobec inspektora, a moją pracę ocenia bardzo wysoko i prosi, bym tylko nadal tak samo pracował. Na zgodę podał mi rękę. Było to zachowanie, którym mój przełożony dał mi pełną satysfakcję i szczerze zaimponował. Był to dowód jego klasy, kultury osobistej i rzetelnego stosunku do podwładnych. Od tej pory nie było między nami nigdy żadnych nieporozumień.

Pan Berezin miał do mnie zaufanie nie tylko w sprawach zawodowych. Mam podstawę sądzić, że nie bał się także rozmawiać ze mną na tematy niebezpieczne, czego dowodem jest takie zdarzenie. Kiedy byłem pewnego dnia w jego gabinecie, naprowadził rozmowę na tematy polityczne. Przyznaję, że byłem w takich przypadkach raczej cierpliwym i uważnym słuchaczem, niż czynnym uczestnikiem dyskusji. Tamta rozmowa dotyczyła roli wybitnych przywódców w życiu narodów, którą to rolę pan Berezin oceniał bardzo negatywnie. Panie Studnicki - monologował dyrektor - gdyby znalazł się ktoś, komu udałoby się wynaleźć aparat do wykrywania tzw. " geniuszów politycznych" tuż po ich narodzeniu, to wyświadczyłby ludzkości niesłychaną przysługę... Odezwałem się nieśmiało: Nie rozumiem, panie dyrektorze, o co chodzi. A on na to: To niech pan sobie wyobrazi, co by było, gdyby takim aparatem wykryto Stalina i Hitlera i usunięto ich w porę spośród żywych...

Tu trzeba dodać, że były to lata pięćdziesiąte. Gdyby ktoś taką rozmowę wtedy podsłuchał i zadenuncjował gdzie trzeba, to obaj mielibyśmy się z pyszna...

Awanse, kariery i "rozróby". Oczywiście mógłbym także pisać o innych moich dyrektorach, ale nie jest to celem tych wspomnień. Przypomnę w tym miejsca trzech innych panów, których działania odegrały określoną rolę w mojej zawodowej karierze.

Kolega Zygmunt Boniewicz padł ofiarą nienawiści kolejnego dyrektora naczelnego - pana J. Dąbskiego. Nie znosił on wręcz fizycznie Boniewicza i czynił wszystko, by pozbyć się go przy najbliższej okazji. I cel swój osiągnął. Stało się to przy okazji zarządzenia o zmianie cen papierosów. Na odpowiednią odprawę wezwany został (pod nieobecność J. Dąbskiego) właśnie kolega Z. Boniewicz. Narada była poświęcona spisom z natury papierosów we wszystkich magazynach i punktach sprzedaży naszej firmy. Boniewicz nie umiał, niestety, przedstawić naszego stanowiska w tej sprawie i wróciwszy do "Baltony" rozpoczął uruchomienie potężnej machiny spisowej. Powołując się na odpowiednie przepisy stwierdziłem, że u nas takich spisów nie powinno być. I tak też postąpiliśmy. Pechowo dla kolegi Z. Bonowicza władze zwierzchnie przeprowadzały kontrole w terenie. Stwierdzono, że w naszych magazynach było ciemno, to znaczy spisów nie przeprowadzano. Przekazano odpowiedni meldunek ówczesnemu przewodniczącemu prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku Śliwowskiemu (wojewodzie - według obecnej terminologii), który zatelefonował do obecnego już w biurze J. Dąbskiego, żądając wyjaśnień. Ten ostami ograniczył się do stwierdzenia, że jego nie było w biurze, a za wszystko co się stało odpowiada dyrektor Boniewicz. Śliwowski bez dalszych wyjaśnień przetelefonował do ówczesnego wiceministra H. Pruchniewicza w Ministerstwie Handlu Zagranicznego żądając wyciągnięcia konsekwencji wobec niesubordynowanego dyrektora Z. Boniewicza. Nie dano mu żadnej szansy obrony. Złożyłem w tej sprawie obszerne oświadczenie pisemne dowodząc, że w świetle obowiązujących przepisów w "Baltonie" nie obowiązywały spisy z natury, bo prowadzono bieżącą kontrolę ilościową ruchu towarów. Ale to nic nie pomogło. Dosłownie w ciągu trzech dni Z. Boniewicz przestał być dyrektorem w PHZ "Baltona". J. Dąbski osiągnął swój cel: pozbył się znienawidzonego kolegi. Napisałem o powyższym wydarzeniu tak obszernie, bo było ono nader symptomatyczne dla tamtych czasów.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o dyrektorze A. Sakowiczu, który przyszedł do nas aż z Lodzi, gdzie padł ofiarą jakichś rozrób w wielkim przedsiębiorstwie handlu zagranicznego branży tekstylnej o nazwie CETEBE, gdzie był dyrektorem naczelnym. Ten przełożony pozostał w mojej pamięci ze względu na zaufanie, jakim mnie obdarzył i na wielkie serce, jakie mi okazał w trudnych chwilach egzystencji mojej rodziny. Opierał się na mnie, zapewnił mi doskonałe warunki pracy (między innymi osobny pokój), a kiedy moja ciężko chora żona Stefania była przez kilka miesięcy w szpitalu - okazał mi współczucie i przyszedł z daleko idącą pomocą. Zapewnił mi samochód osobowy, dzięki któremu mogłem bywać w szpitalu codziennie i spełniać należycie opiekę nad córką, która rozpoczynała dopiero życie, mając zaledwie kilka miesięcy.

Wiem skądinąd, że pan Sakowicz był osobiście człowiekiem nieszczęśliwym. Nie miał zbyt wielu przyjaciół, padł ofiarą rozrób personalnych, a zmuszony do przejścia na przedwczesną emeryturę - popełnił samobójstwo. W moim sercu pozostało jednak po tym człowieku ciepłe wspomnienie i wdzięczność...

W mojej długiej pracy przyszło mi współpracować z różnymi ludźmi. Wśród nich zasługuje na wzmiankę dyrektor Stanisław Guzek. Był to robotnik z jakiejś fabryki na Śląsku. Wytypowany przez partię jako kandydat na stanowisko kierownicze w gospodarce, został skierowany na słynne kursy w ośrodku szkoleniowym, przygotowującym kadry kierownicze. Po ukończeniu kursu skierowano go do "Baltony". Nie objął jednak od razu stanowiska dyrektora, lecz został zatrudniony w moim dziale. Pracował pod moim kierownictwem dobrych kilka miesięcy, aż do dnia, kiedy wybuchła bomba. Został poproszony do gabinetu dyrektorskiego, gdzie wręczono mu nominację na ... dyrektora naczelnego! Było to dla mnie i naszego działu kolosalne zaskoczenie. Wychowaliśmy bowiem w swoim gronie dyrektora! Ten człowiek darzył mnie również dużym zaufaniem i traktował jako tzw. kadrę rezerwową. I kiedy w pionie handlowym doszło do poważnych zakłóceń w zaopatrzeniu magazynów żywnościowych, co odbiło się bardzo negatywnie na kompletności dostaw na M/S "Batory" - dyrektor Guzek wezwał mnie do siebie i powiedział: Panie Studnicki, mam dla pana inną pracę. Chciałbym, aby pan przeszedł do sekcji towarów spożywczych i uzdrowił złą sytuację, jaka tam istnieje. Był to początek mojej działalności w pionie handlowym, która trwała długie lata.

W późniejszych latach dyrektor Guzek musiał odejść w ramach przemian popaździernikowych. Pracował w Urzędzie Celnym w Szczecinie, gdzie naruszył jakieś zasady pracy, przyjmując prezenty od osób trzecich. Potraktowano to jako poważne uchybienie służbowe i odwołano go ze stanowiska.

Wypada również wspomnieć o dyrektorze J. Kuleszy, który także wysoko mnie cenił. Zostałem awansowany na stanowisko kierownika działu. Dyrektor zabrał mnie w jedną z podróży na tak zwany wtedy zgniły Zachód - do czterech krajów: NRF, Holandii, Belgii i Francji. Nieco później, kiedy pan Kulesza postanowił przenieść się do Warszawy, zostałem jego kandydatem na stanowisko dyrektora handlowego. Uległem także jego gorącym namowom, by zgłosić przystąpienie do PZPR. O tym jednak więcej szczegółów w innym rozdziale wspomnień. Jak ta sprawa mojej kandydatury na dyrektora handlowego skończyła się - napisałem już nieco we fragmencie dotyczącym kadrowców w "Baltonie".

Do 1985 roku dyrektorem naczelnym był Czesław Godek. Był absolwentem Wyższej Szkoły Służby Zagranicznej i z tej racji miał rozległe znajomości wśród byłych kolegów z uczelni, którzy zajmowali różne wysokie stanowiska w Ministerstwie Handlu Zagranicznego i w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, co miało niejednokrotnie duże znaczenie w życiu zawodowym. Z jego wniosku opuściłem pion handlowy, obejmując kierownictwo pionu ekonomicznego i dwukrotnie byłem kandydatem do wyjazdu na placówkę zagraniczną z tym, że udało się dopiero za drugim razem w 1983 roku. O tym słów kilka na innym miejscu. Czesław Godek zmarł przedwcześnie na zawał serca w maju 1994 roku (nie miał jeszcze 60 lat). Przyszło mi pożegnać swego młodszego kolegę w przemówieniu wygłoszonym w imieniu współpracowników i przyjaciół nad jego mogiłą na Cmentarzu Srebrzysko.

Na koniec wspomnę wreszcie o koledze Janie Buczmie, który był także absolwentem Wyższej Szkoły Służby Zagranicznej, jak dyrektor Cz. Godek. Rozpoczął pracę w moim dziale, przeszedł następnie do pracy w tzw. magazynie tranzytowym. Z PHZ "Baltona" wyjechał na półtora roku do Indochin jako tłumacz w misji pokojowej, a po powrocie awansował już na stanowisko dyrektorskie. Był młodszy ode mnie o ładnych kilka lat, co nie przeszkodziło nam jednak zaprzyjaźnić się. W czasie pracy w "Baltonie" wyjeżdżał trzy razy na placówki: był w Biurze Radcy Handlowego w Holandii, następnie pojechał do Kanady, skąd wrócił przedwcześnie rozrobiony przez jakiegoś maniaka -krewniaka ministra Szlachcica. Po powrocie miał trochę nieprzyjemności, ale ostatecznie wszystko wyjaśniło się i pojechał znowu za granicę, tym razem do Nigerii, gdzie był polskim dyrektorem polsko-nigeryjskiej spółki.

Moja kariera zawodowa w "Baltonie". Jak już napisałem wcześniej, rozpocząłem pracę w PHZ "Baltona" jako kierownik sekcji faktur w dziale realizacji obrotu. Dział ten przekształcił się w dział faktur i rozliczeń, a zakres jego pracy zmieniał się. Miewałem różnych kierowników działu. Przeważali figuranci, którzy byli formalnie kierownikami, mnie zaś przypadała rola ciągnącego całą działalność. Na kierownika działu nie awansowano mnie z powodu haków ankietowych.

Ten stan rzeczy zmienił się dopiero po śmierci J. Stalina, a bardziej wyraźne zmiany nastąpiły po polskim Październiku 1956 roku.

Kiedy dyrektor St. Guzek postanowił wycofać mnie z pracy na odcinku związanym z kontrolą obrotu i powierzył mi stanowisko kierownika sekcji w dziale handlowym, stanąłem wobec zupełnie nowych zadań. Trzeba było znowu uczyć się nowych pojęć, zdobywać wiedzę towaroznawczą, nawiązywać szerokie kontakty ze światem dostawców. Za najpilniejsze zadanie uznałem zapewnienie sekcji danycho bieżącym ruchu towarów. W tym celu nawiązałem kontakt z działem księgowości towarowej, aby wykorzystać funkcjonujące miesięczne wykazy zapasów magazynowych. Kierujący tym działem świetny księgowy kolega Jan Potrykus przyjął moją koncepcję zmiany formularzy i dodania rubryk pozwalających na rejestrowanie nie tylko zapasów, ale również ruchu towarów w układzie asortymentowym. Kopie takich miesięcznych wykazów służyły mojej sekcji, która prowadziła na ich podstawie kartoteki zbiorcze. Powstawał w ten sposób precyzyjny obraz danych o ruchu towarów, co było niezbędne dla usprawnienia planowania i zamawiania towarów u dostawców w warunkach skrajnie scentralizowanej gospodarki. Wprowadzone zmiany początkowo spotkały się z oporem i bojkotem ze strony pracowników sekcji. Później ten dobrze funkcjunujący system przyjął się, oponenci uznali go za swój i przetrwał w firmie długie lata.

W czasie przyjacielskiej degustacji


Inny cel, jaki sobie postawiłem, to przestawienie większości zakupów towarów żywnościowych z hurtowni bezpośrednio do producentów czyli różnych zakładów wytwórczych. Spowodowało to konieczność nawiązania dziesiątków nowych kontaktów z zakładami produkcyjnymi i ich zjednoczeniami oraz z Ministerstwem Przemysłu Spożywczego, pociągało liczne podróże służbowe i zaowocowało licznymi nowymi znajomościami wśród kadr kierowniczych przemysłu spożywczego. Bez cienia przesady mogę powiedzieć, że dzięki mojej działalności "Baltona" stała się przedsiębiorstwem znanym, a jej potrzeby i zamówienia były postrzegane jako ważny wycinek działalności produkcyjnej wielu krajowych zakładów. Współpracując z tzw. działami intendenckimi przedsiębiorstw armatorskich podjąłem próbę zrównania dostaw na statki polskie z dostawami na eksport. W obowiązującym w tamtych latach systemie reglamentacji wydatków dewizowych, przedsiębiorstwa te usiłowały zaopatrywać swoje statki maksymalnie w kraju, aby unikać wydatkowania obcych walut na zakupy w portach zagranicznych. Ich działalność gospodarcza oceniana była przy pomocy kryterium tzw. czystej nadwyżki dewizowej.

Taki autarkiczny system zaopatrywania statków kłócił się często ze zdrowym rozsądkiem, wiele produktów kupowanych w "Baltonie" na zapas marnowało się na statkach w czasie wielotygodniowych czy nawet wielomiesięcznych rejsów. Aby zminimalizować powstające z tego powodu straty, należało zapewnić statkom towary najwyższej jakości, odpowiednio racjonalnie pakowane, a więc według standardów obowiązujących w eksporcie.

Podejmowane przeze mnie starania przynosiły efekty, a "Baltona" inicjowała uruchamianie eksportowej produkcji wielu towarów. Tak było na przykład z piwem, którego eksportowa jakość została wymuszona w polskich browarach przez "Baltonę". W czasie jednej z podróży do producenta taszczyłem ze sobą karton piwa czeskiego, które wtedy importowaliśmy, aby pokazać ludziom z Browaru w Żywcu, jak powinno wyglądać piwo eksportowe! W podobny sposób uruchomiłem w Słupsku produkcję nie słodzonego zagęszczonego mleka, do czego musiałem się starać nie tylko o import ze środków Ministerstwa Handlu Zagranicznego specjalnego urządzenia o nazwie wyparka, ale pozyskać odpowiednią blachę na puszki, produkcję puszek z tejże blachy, druk niezbędnych etykiet itp. Uruchomiliśmy specjalną produkcję wina dietetycznego i soków pitnych, które to produkty przysługiwały marynarzom w czasie rejsów w strefie tropikalnej.

Dzięki licznym kontaktom z ludźmi przemysłu doszło do tego, że dla wielu z nich byłem jedynym znanym przedstawicielem "Baltony". Kiedy przyjeżdżali na Wybrzeże i odwiedzali nasze przedsiębiorstwo, to pytali o Studnickiego, bo nikt inny nie był im znany. Na tym tle moja pamięć odnotowuje do dziś taki incydent z pierwszej wizyty u nas dyrektora Centrali Przemysłu Mięsnego pana J. Perka. Wiedział on, że w przedsiębiorstwie jest nowy szef, więc poprosił mnie o zaaranżowanie spotkania zapoznawczego. Akurat wtedy podjął obowiązki Henryk Cieślik. Nasz gość pozostał w moim pokoju, a ja poszedłem do pana Cieślika, by poprosić go o przyjęcie przedstawiciela ważnej dla nas branży mięsnej. Dyrektor wyraził zgodę, wobec czego udaliśmy się razem z gościem do gabinetu naczelnego. Jakież było moje zaskoczenie, gdy gość rozpoczął rozmowę od pytania: Panie dyrektorze, czy pan ma zamiar być dłużej w tym przedsiębiorstwie? Zdziwiony dyrektor stwierdził, że nie rozumie pytania, a gość na to: Bo widzi pan, dla mnie i moich pracowników kolega Studnicki reprezentuje ciągłość "Baltony". On bywa u nas, z nim negocjujemy, a dyrektorów to my w ogóle nie znamy, bo tak często zmieniają się. Stąd moje pytanie. Było mi bardzo głupio wobec swojego szefa, ale pan Cieślik przyjął niezręczną wypowiedź gościa ze zrozumieniem.

Dyrektor naczelny Henryk Cieślik i jego zastępca do spraw handlu - Zygmunt Boniewicz upatrzyli sobie mnie jako człowieka, który skutecznie podparłby pion handlu. Utworzono zatem stanowisko zastępcy dyrektora handlowego, a ja byłem kandydatem na nie. W związku z politycznymi zastrzeżeniami władz do mojej osoby pan Cieślik musiał z pewnością uruchomić różne naciski i swoje dojścia, by przezwyciężyć te zastrzeżenia. Pan Boniewicz też miał swoje chody w różnych instancjach i w ten sposób moja kandydatura przeszła. Zostałem zastępcą dyrektora handlowego. Stało się to w listopadzie 1972 roku i od tej daty pozostawałem w składzie dyrekcji przedsiębiorstwa aż do dnia przejścia na emeryturę.

Po odwołaniu ze stanowiska dyrektora handlowego kolegi Z. Boniewicza przejąłem po nim obowiązki i pełniłem je do 1 grudnia 1975 roku. Po powrocie z placówki zagranicznej w Kanadzie kol. J. Buczmy dokonano swoistej roszady. Ponieważ nie chciał on objąć wakującego stanowiska dyrektora do spraw ekonomicznych, uzgodnił ze swoim kolegą z ławy studenckiej i zarazem dyrektorem naczelnym Cz. Godkiem, że wróci na stanowisko dyrektora handlowego, a ja podejmę pracę jako dyrektor do spraw ekonomicznych. Taki stan trwał do mojego wyjazdu do pracy w Biurze Radcy Handlowego Ambasady Polskiej w Kopenhadze we wrześniu 1983 roku. Na temat pobytu w Kopenhadze napiszę w innym miejscu.

Po zakończeniu służby w dyplomacji i powrocie w październiku 1987 r. z Kopenhagi podjąłem w dniu 1 grudnia tegoż roku ponownie pracę w PHZ "Baltona". Niestety, nie wróciłem na swoje poprzednie stanowisko dyrektora ekonomicznego nie tylko dlatego, że zajmował je kolega St. Dębicki. Stało się to również na skutek postawy ówczesnego prezesa zarządu spółki kolegi J. Mrozowickiego, który powołał się na rzekome decyzje ministra handlu zagranicznego zakazujące obsadzania takich stanowisk ludźmi w moim wieku (po sześćdziesiątce). Było to upokarzające, ale nie miałem wyjścia. Nie zaliczałem się do kolesiów i mogłem albo zrezygnować z pracy w "Baltonie", szukając sobie innego przedsiębiorstwa, albo przyjąć propozycję objęcia stanowiska kierownika działu ogólnohandlowego - głównego specjalisty.

Zostałem więc głównym specjalistą i doczekałem się ewolucji poglądów przełożonego na temat mojego wieku. Mimo, że w międzyczasie posunąłem się trochę w latach, zaproponował mi po pewnym czasie objęcie stanowiska zastępcy dyrektora do spraw ekonomicznych, które postanowiono utworzyć dla wsparcia tego pionu, bo z jego pracy zarząd spółki nie był zadowolony. I znowu powtórzyła się sytuacja z 1972 roku, kiedy to wspierałem innego kolegę na stanowisku dyrektora handlowego... Ponieważ nie należałem do klanu, pozostało mi być murzynem!

Trwało to do czasu długotrwałej choroby mojego kolegi. A potem udało mu się wyjechać na placówkę do Izraela i tak zostałem pełnoprawnym dyrektorem ekonomicznym aż do końca swojej zawodowej kariery.

Służbowe podróże zagraniczne. W czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przywilejem pracowników przedsiębiorstw handlu zagranicznego zajmujących odpowiednie stanowisko były podróże zagraniczne podejmowane dla załatwiania spraw importowych i eksportowych. Także moje przejście do pracy w handlu otworzyło przede mną nowe możliwości. Ale zostałem dopuszczony do tych przywilejów nie bez trudności. Znowu odezwał się podział na swoich i niepewnych. Niestety, dla tych, przez których ręce przechodziły dokumenty personalne związane z każdym wyjazdem zagranicznym, byłem niepewny.

Okazało się to przy pierwszej próbie podjętej w celu wyprawienia mnie na Międzynarodowe Targi w Lipsku (NRD) przez dyrektora A. Kornowicza. Przygotowano wszystkie dokumenty, wnioski paszportowe, instrukcje wyjazdowe itp., delegowano mnie do Ministerstwa Handlu Zagranicznego, gdzie w Departamencie Kadr miałem odebrać paszport i podróżować dalej. Pojechałem do Warszawy i antyszambrowałem przed wydziałem paszportowym departamentu przez cały tydzień, zwodzony z dnia na dzień, że paszport już ma być. Zniecierpliwiony zatelefonowałem do dyrektora Kornowicza, informując go o sytuacji i pytając, czy mam wracać, czy czekać dalej. Wiem, że interweniował dość ostro telefonicznie na moją rzecz, ale bez skutku. Ostatecznie rozczarowany i upokorzony wróciłem do domu.

Mój przełożony był uparty i niedługo potem podjął kolejną próbę. Tym razem miałem pojechać do Jugosławii, konkretnie do Rijeki, by wizytować tam bratnie przedsiębiorstwo zaopatrywania statków - Brodokomerc. Tym razem udało się. Odbyłem tygodniową podróż do Jugosławii. Objechałem cały półwysep Istria, zwiedziłem kilka miast, w tym Opatiję - miasto podobnie położone do Sopotu względem Gdyni czy Gdańska.

Następna podróż to był wyjazd także do krajów demokracji ludowej, a mianowicie do Budapesztu, Bukaresztu i Sofii. Wyprawiono mnie pociągiem, bez pieniędzy i z czekami do banków w poszczególnych krajach. W Budapeszcie musiałem przesiadać, kolejnym etapem był Bukareszt, gdzie wymieniłem paczkę papierosów na butelkę wody, którą popijałem w pociągu do Sofii. Całe szczęście, że na odcinku Warszawa-Budapeszt zaprzyjaźniłem się z młodym Bułgarem, który wracał do Sofii przez Belgrad, a wysiadając w Budapeszcie wręczył mi kilka monet bułgarskich. Dzięki nim udało mi się zatelefonować z budki telefonicznej na dworcu w Sofii do biura Radcy Handlowego, by przysłali po mnie samochód. Pierwsze co uczyniłem po pozostawieniu bagażu w pokoju hotelowym, to pobiegłem do banku, aby wymienić swój czek na bułgarskie lewa.

Temat braku pieniędzy na wydatki podróżne stał się po moim powrocie kanwą felietoniku, który napisał jeden z dziennikarzy "Wieczoru Wybrzeża". Nie odniosło to żadnego skutku i dopiero czas zrobił swoje, pozwalając na usprawnienie rozliczeń międzynarodowych.

Nie sposób wymienić wszystkich moich podróży służbowych, jakie odbyłem po zniknięciu przeszkód paszportowo-ankietowych. W Europie poza moim zasięgiem pozostały tylko takie kraje, jak Albania, Liechtenstein, Luksemburg, Malta, Norwegia, Portugalia i San Marino. Byłem nawet w Andorze. Wielokrotnie podróżowałem do Francji. Bywały takie lata, że udawałem się tam czterokrotnie! Polubiłem ten kraj, jego ludzi, język i kulturę. Systematycznie objeżdżałem co roku główne porty francuskie, sprzedając tam towary, będące przedmiotem baltonowskiego eksportu. Przy okazji łączyłem pożyteczne z przyjemnym i wykorzystywałem bliskość regionu koniaku, by odwiedzać takie firmy jak Martell, Hennessy, Coumoisier i inne. Korzystali na tym towarzyszący mi młodsi koledzy, którzy poznawali obce dla nich dziedziny.

Poza Europą było mi dane poznać Egipt, Libię i Algerię w Afryce Północnej, Liban, Syrię i Irak w Azji, jak również europejską część Turcji - Istanbuł. Byłem także na Kubie i w Peru (Lima), dokąd poleciałem samolotem czarterowym, przewożącym dalmorowskich rybaków na statki rybackie łowiące u wybrzeży Peru.

Niezwykłą satysfakcją było dla mnie nieustanne sprawdzanie znajomości języków, które w trudzie samouctwa przyswajałem sobie w czasie wojny. To pozwalało mi łatwo porozumiewać się z ludźmi, którzy stwierdziwszy, że mówię ich językiem, odnosili się do mnie przyjaźnie, czasem z uznaniem i podziwem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z własnych braków, z niedoskonałości wymowy, z obcego akcentu jaki pobrzmiewał w mojej mowie, ale też przyjmowałem chętnie komplementy rozmówców, którzy nie wierzyli, że nie chodziłem do szkoły w ich kraju, ani też w tym kraju nie mieszkałem. W takich przypadkach potwierdzało się poczucie, że nauka języka obcego poszerza horyzonty, pozwala lepiej rozumieć świat.

W czasie podróży służbowej w Moskwie


Rodzinna "podróż 30-lecia". Podróżowaliśmy również trochę prywatnie i rodzinnie. Jesienią 1970 roku nabyliśmy pierwszy samochód wartburg 353. Wybraliśmy się nim na pierwszą wycieczkę do Berlina w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Był to krótki, jednodniowy wypad. Dla Steni był okazją do spotkania z siostrą Elżbietą, która wtedy mieszkała w Berlinie Zachodnim. Ten drugi cel wizyty był mocno zakonspirowany, bo obawialiśmy się, że ujawnienie krewnej na Zachodzie może zaszkodzić mi w pracy... Dziś to wydaje się śmieszne, ale warto to przypomnieć. Kiedyś w ankietach personalnych trzeba było wypisywać wszystkich krewnych za granicą i to dość dalekich. Nie był to atut dla wypełniającego, dlatego często takie fakty skrzętnie się pomijało.

W 1974 roku planowaliśmy dłuższy wyjazd na Węgry, ale nie zrealizowaliśmy go z powodu choroby i operacji Mirka. Po powrocie syna do zdrowia zorganizowaliśmy miesięczną wycieczkę na Zachód samochodem marki dacia. Jak wiadomo był to produkt rumuński na licencji francuskiej firmy Renault - prawie dokładne powielenie samochodu renault 12. Przygotowania zajęły nam dość dużo czasu. Trzeba było załatwić wiele spraw: paszporty, książeczki dewizowe, międzynarodowe prawo jazdy, ubezpieczenie samochodu, odpowiedni namiot z wyposażeniem itp.

Pojawił się wtedy nowy problem. Jak to wszystko zabrać do auta wraz z czterema osobami. Najlepszym rozwiązaniem byłaby przyczepa samochodowa, ale nabycie takiej w kraju było wtedy wręcz niemożliwe. Wykorzystałem wtedy moje kontakty z Francją związane z częstymi wyjazdami służbowymi do tego kraju. Z dostępnych katalogów wybrałem odpowiedni model firmy ERKA i za oszczędności dewizowe z kilku podróży dokonałem zakupu. Ale przyczepa była we Francji... Trzeba było ją przetransportować do kraju. Z pomocą francuskich przyjaciół dotarła samolotem do Gdańska dosłownie na kilka dni przed planowaną podróżą. Ostatecznie mogliśmy wyjechać w zamierzonym terminie.

Była to prawie 30-dniowa podróż 30-lecia, jak żartobliwie ją nazwałem, bo akurat obchodzono w kraju 30-lecie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Pojechaliśmy przez Niemiecką Republikę Demokratyczną z zamiarem jednego biwaku na terytorium tego kraju. Okazało się to jednak niemożliwe, bo w NRD nie znaleźliśmy miejsca na campingu. Ruszyliśmy więc dalej na Zachód, przekraczając późnym wieczorem granicę, aby przenocować po drugiej stronie na pierwszym napotkanym polu namiotowym. Na drugi dzień przez Hannower pojechaliśmy w kierunku granicy holenderskiej. Według wizy tranzytowej mieliśmy na to 48 godzin.

Po raz ostatni zatrzymaliśmy się na campingu w Osnabriick i wczesnym popołudniem następnego dnia ruszyliśmy w kierunku granicy. Nawet nie zauważyliśmy chwili, w której minęliśmy tę granicę - i nieco przestraszeni, bo nikt nas nie kontrolował - stanęliśmy na holenderskiej ziemi. Mirek zatrzymał się (całą podróż on był kierowcą, ja pełniłem rolę pilota). Zabrałem paszporty i wróciłem do budynku, w którym powinni być jacyś strażnicy graniczni. Byli istotnie, ale Holendrzy, którzy nie wykazali zainteresowania naszymi osobami. Odesłali nas na niemiecką stronę. Cofnęliśmy się zatem i podjąłem drugą próbę poszukiwania strażników.

W innym budynku trafiłem na starszego umundurowanego funkcjonariusza, który na widok polskich paszportów zaczął rozmawiać ze mną ... po rosyjsku. Może przypomniał sobie swój udział w kampanii radzieckiej?... Wkrótce jednak wyczerpał swoją znajomość tego języka i już po niemiecku zwrócił mi uwagę, że przekroczyliśmy czas pobytu w Republice Federalnej Niemiec. Próbowałem go przekonać, że jeszcze nie minęło owe 48 godzin wpisane w wizach, ale oświadczył krótko: My nie liczymy według godzin, ale według dni... Istotnie była to już trzecia doba naszej podróży tranzytowej.

Strażnik nie wiedział, co z nami zrobić. Poszedł na zaplecze szukać pomocy u kolegów, a ja za nim. Widziałem przez szybę, jak im coś tłumaczył, ale nie mieli najmniejszej ochoty wnikać w jego problemy. Wrócił więc do mnie i wielce strapiony odezwał się: I co ja mam teraz z panem zrobić? Ja na to: Jest proste wyjście. Pan mi oddaje paszporty, a my jedziemy dalej. Zresztą i tak już byliśmy w Holandii... Jakby odetchnął z ulgą, zwrócił mi dokumenty i powiedział: Dobrze, ale umawiamy się, że nigdy nie spotkaliśmy się. Do widzenia, szczęśliwej drogi - i poszedł sobie zadowolony w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Opisałem ten drobny incydent dość szczegółowo, bo dla nas w tamtych latach kontrola graniczna jawiła się jako niesłychanie skomplikowany zabieg połączony z przeglądaniem samochodu, wypełnianiem różnych papierów, deklaracji, przybijaniem wielu pieczęci w różnych miejscach itp. A tu odbyło się wszystko dość nietypowo. Po prostu: do widzenia, szerokiej drogi... Dalej już jechaliśmy bez żadnych przeszkód, byle za każdym razem jak najszybciej przekroczyć tę umowną strefę między państwami. Na prawdziwą granicę natknęliśmy się dopiero w drodze powrotnej, kiedy wjeżdżaliśmy z Austrii do Czechosłowacji.

Kilka dni spędziliśmy w uroczym Amsterdamie. Przez Brukselę udaliśmy się do Paryża, gdzie prawie tydzień mieszkaliśmy na międzynarodowym campingu w Lasku Buloń skini. Potem Orleans, dolina Loary z dziesiątkami przepięknych zamków i pałaców. Opuszczając dolinę tej rzeki zatrzymaliśmy się na nocleg w Poitiers, a następnie dotarliśmy do Cognac, skąd urządziliśmy wypad nad Ocean Atlantycki. Trasą przez Angouleme, Clermont-Ferrand w Masywie Centralnym dotarliśmy w okolice Lyonu. Z uroczego campingu w Bellegarde był już tylko skok do Szwajcarii. Zwiedziliśmy Genewę, Zurich i Rap-persville z polskim muzeum. Ze Szwajcarii jeszcze raz wjechaliśmy do Republiki Federalnej Niemiec, aby dotrzeć do Monachium. Stamtąd pomknęliśmy w kierunku granicy austriackiej do Salzburga i dalej do Wiednia, dokąd dojechaliśmy wieczorem w strugach deszczu. Było tak mokro, że nie było nawet gdzie rozbić namiotu. I choć dzieci chciały koniecznie zobaczyć to miasto, udało mi się je przekonać, aby kontynuować jazdę do Czechosłowacji. Obiecałem im wzamian zafundować podróż do Wiednia w innym terminie. Ta podróż Mirka i Oleńki do Wiednia uzupełniła program naszych kontaktów z zagranicą.

Wspomniałem te wyjazdy, bo dostarczyły one całej rodzinie niezapomnianych przeżyć, pozwalając poznać inny świat, tak różny od tego, co było wtedy w kraju, świat znany mi wcześniej z licznych podróży służbowych.

Epizod dyplomatyczny. Kolejnym przywilejem pracowników przedsiębiorstw handlu zagranicznego - obok podróży służbowych -była szansa wyjazdu na tzw. placówkę czyli do pracy w którejś z ambasad lub polskich przedstawicielstw za granicą. Była to szansa o niezwykłym walorze materialnym. W czasie pobytu na placówce można było zaoszczędzić, kupić wiele rzeczy w kraju niedostępnych, jednym słowem dorobić się. Oczywiście krąg tak uprzywilejowanych był o wiele węższy, niż krąg wyjeżdżających służbowo. Niektórym w ogóle nie było dane doczekać się takiej okazji. Wydawało się, że i mnie taki los spotka z uwagi na wspominane już wcześniej problemy życiorysowe i brak odpowiednich chodów. Kiedy w czasie rozmów z różnymi ludźmi na stosunkowo wysokich stanowiskach mówiłem, że nie byłem na żadnej placówce - nie chcieli wierzyć. Ale takie były fakty.

Mój kolega i przełożony Cz. Godek miał chyba też takie poczucie jakiejś niesprawiedliwości i chcąc to naprawić, podjął odpowiednie starania, aby mnie wysłać dokądkolwiek. I nagle otwarła się możliwość wysłania mnie do Addis Abeby na stanowisko attache handlowego. Sprawy były tak dalece zaawansowane, że czyniłem już liczne przygotowania do wyjazdu. Ale ochoty wielkiej nie miałem, choć zdawałem sobie sprawę, że - według doświadczenia wielu - odmowa w takim przypadku groziła zablokowaniem szans na długo. Kraj był egzotyczny, położony daleko w Afryce, w domu sytuacja nie sprzyjająca wyjazdowi. Córka w klasie maturalnej, a syn rozpoczynał studia. Zanosiło się na to, że do Etiopii pojadę sam, a rodzina zostanie w kraju. Nikomu z nas się to nie uśmiechało, ale na odmowę z przyczyn wspomnianych wyżej nie mogłem się zdobyć.

Na szczęście w tym nieszczęściu ktoś przeszkodził mi w wyjeździe, bo pewnego dnia dyrektor Godek otrzymał telefon z departamentu kadr Ministerstwa Handlu Zagranicznego, że mój wyjazd jest nieaktualny. Nie wiedział biedak, jak przekazać mi tę niepomyślną (w jego odczuciu) wiadomość, a ja zareagowałem radosnym okrzykiem zadowolenia z takiego obrotu sprawy.

Miałem spokój przez kilka lat, ale w 1983 roku znowu kogoś ruszyło sumienie. Tym razem był to podobno wiceminister A. Karaś, który uznał okoliczność, że jeszcze nie byłem na placówce za naganną i podjął starania o mój wyjazd. W grę wchodziły dwie możliwości: wyjazd na

Pożegnanie z przyjaciółmi w Klubie Morskim


Cypr do Nikozji albo do Kopenhagi (Dania). Ostatecznie wyjechaliśmy z żoną dnia 17 września 1983 r. do Kopenhagi. Popłynęliśmy promem z Gdańska przez Travemiinde w RFN. Był to ostatni rejs w tej relacji, co było dla nas wygodne z uwagi na możliwość zaokrętowania w Gdańsku.

Ale nim to nastąpiło, trzeba było pożegnać się. Pierwsze pożegnanie zaaranżował dyrektor Godek na posiedzeniu tzw. kolegium przedsiębiorstwa, w którym uczestniczyli wszyscy dyrektorzy z biur handlowych i kierownicy działów. Kiedy przyszło mi odpowiedzieć na przemówienia przełożonego i kolegów, nie wytrzymałem napięcia i rozpłakałem się jak dziecko. Paradoksalnie nie mogłem pogodzić się z myślą, że muszę wyjechać na tak długo w nieznane. Miałem poczucie, jak gdyby ktoś chciał mnie ukarać za nie popełnione winy. Może to dziwić, ale tak odebrałem tę delegację do pracy za granicą.

Drugie pożegnanie, które zorganizowałem z żoną dla przyjaciół i kolegów w Klubie Morskim, upłynęło w lepszej atmosferze. Obok współpracowników z "Baltony" przyszli pożegnać nas także znajomi i przyjaciele z zewnątrz. Byli na przykład niektórzy profesorowie z Wyższej Szkoły Ekonomicznej, jak prof. T. Szczepaniak, prof. B. Ru-dowicz i prof. L. Bednarski.

Do portu w dniu wyjazdu odprowadziły nas dzieci: córka z mężem i ich małym synkiem Maćkiem i syn Mirek. Nie było synowej i wnuczki Moniki. Po 24 godzinach żeglugi dobiliśmy do przystani promowej w Kopenhadze. Czekał tam na nas mój nowy przełożony Eugeniusz Urbanek wraz z kierowcą. Z promu wyładowano 5 skrzyń z naszym mieniem. Nikt nie interesował się naszym przyjazdem, bo w tym dniu duńscy piłkarze rozgrywali jakiś ważny międzynarodowy mecz, więc służby graniczne i celne nie miały dla nas czasu. Zabraliśmy nasze skrzynie na wynajęty przez kierowcę wóz ciężarowy i dotarliśmy do siedziby Biura Radcy Handlowego przy Ryvangs Alle, w dzielnicy Hellerup. Mieszkanie jakie mieliśmy otrzymać było jeszcze zajęte przez innego odwołanego do kraju pracownika, który uzyskał przedłużenie swojego pobytu w Danii. Umieszczono nas wobec tego w stojącym w ogrodzie drewnianym domku kempingowym, gdzie poza światłem elektrycznym nie było żadnych innych wygód.

W tej trudnej sytuacji, która zapowiadała się na kilka tygodni, przyszedł nam z pomocą ambasador T. Wujek, który dowiedziawszy się o braku locum, zaproponował tymczasowo zajęcie mieszkania byłego pracownika Ambasady, który po prostu uciekł, prosząc Duńczyków o azyl polityczny. Przyjęliśmy tę propozycję z wdzięcznością i kilka tygodni mieszkaliśmy w ładnym nowoczesnym mieszkaniu na V piętrze, także niedaleko siedziby naszego Biura. Odbierał nas codziennie kierowca Biura Radcy Handlowego.

Nasza przyszłość zapowiadała się wręcz idyllicznie. Pan radca Urbanek obdarzył nas przyjaźnią, zaproponował żonie pracę w charakterze sekretarki (żona zna język niemiecki), a ja korzystałem z dobrych rad radcy w wielu sprawach. Szybko wszedłem w tok pracy, także dzięki dobremu przygotowaniu językowemu. Nasze kontakty z pracownikami Ambasady układały się także nieźle. Zostałem nawet wybrany na zastępcę przewodniczącego tzw. rady pracowniczej - namiastki związku zawodowego. Dość szybko, bo już w listopadzie 1983 roku kupiłem za oszczędności dewizowe zabrane z kraju samochód osobowy marki ford escort laser z silnikiem 1.1.

Na placówce w Kopenhadze. O życiu na tzw. placówce krążyło wiele plotek i ploteczek. Sam również mógłbym powtórzyć ich sporo, ale nie będę się tym zajmował. Zacznę od stwierdzenia, że w Kopenhadze na około 15 pracowników w randze dyplomatów byłem jedynym nie należącym do PZPR. Później wzmocnił mnie kolega z ZSL. Dość szybko pozyskałem sobie uznanie za pracę i kwalifikacje, ale nigdy nie byłem dla niektórych swój. Byliśmy przedmiotem plotek, oficjalnie miano do nas pretensje, że chodzimy do kościoła, usiłowano przypisywać nam inne wady. Po roku pan Urbanek zwolnił podstępnie moją żonę z pracy, bo przyrzekł zatrudnienie komuś innemu, kto w jego mniemaniu bardziej na to zasługiwał. Przez dwa lata żona nie mogła pracować i zarobkować. Było to natomiast oczywistym przywilejem wielu innych, młodszych. Dla niektórych tworzono wręcz na siłę stanowiska, byle móc ich zatrudnić. Mnie musiała wystarczać intensywna praca, świadomość, że jestem potrzebny i muszę pracować. Do tego nie trzeba było mnie zresztą przekonywać, bo pracować umiałem i lubiłem, ale poczucie pewnej krzywdy i dyskryminacji dręczyło.

Po pewnym czasie tak się złożyło, że radca Urbanek naruszył poważnie prawo, usiłując przeszmuglować do kraju znaczne ilości towarów. Najgorsze było to, że wciągnął w aferę Bogu ducha winnych gości i zarazem krewnych naszego kierowcy. Przyjechali oni do Danii m. in. po to, aby kupić używany samochód-furgon. Takiej okazji transportowej pan radca nie mógł sobie darować i namówił ich, aby po drodze zabrali do kraju trochę rzeczy (były to duże ilości różnych towarów, m. in. tkanin). Nie pomógł mu jednak paszport dyplomatyczny i na granicy wszystko zatrzymano. Znajomości pomogły jedynie odwlekać wyjaśnienie całej afery. Wplątano w nią również owego kierowcę naszej placówki, u którego bawili jego krewni. Następstwem było wcześniejsze odwołanie do kraju nieszczęśnika wraz z rodziną.

Pan radca Urbanek miał proces. Sąd skazał go na karę pozbawienia wolności, grzywnę i utratę przemycanego towaru. To samo spotkało - niesłusznie -właściciela samochodu, któremu dodatkowo zajęto ów samochód jako narzędzie przestępstwa. Mnie także wzywano na rozprawę sądową w Słubicach, ale nie pojechałem tam utrzymując, że całą sprawę znam ze słyszenia.

Przez ponad rok musiałem kierować Biurem, pełniąc obowiązki radcy handlowego, nie otrzymując w zamian ani grosza więcej. Zapewniłem normalne funkcjonowanie placówki aż do przyjazdu kolejnego radcy, którym został były minister-kierownik Urzędu d. s. Gospodarki Morskiej - pan Jerzy Korzonek ze Szczecina. Moja współpraca z tym panem ułożyła się lepiej niż z poprzednikiem, jakkolwiek nie wszystko poszło od razu gładko. Satysfakcję otrzymała także moja żona Stefania, która została ponownie zatrudniona, ale poza sekretariatem, obsługując jednak dalekopis i powielarnię oraz zajmując się problematyką administracyjną. Między innymi na nią spadł obowiązek zorganizowania wymiany mebli w biurze i w mieszkaniach. Żona została również wybrana na przewodniczącą koła kobiet, angażując się w wiele akcji na terenie Ambasady i Biura Radcy Handlowego.

Tu muszę dodać, że moja ukochana żona odegrała w okresie kopenhaskim ogromnie ważną rolę. Nie wyobrażam sobie tego czteroletniego pobytu na obczyźnie bez niej. Była mi potrzebna jak powietrze, a jej obecność dodawała mi sił do znoszenia różnych przeciwności. Wykazała również w tym okresie niezwykłą dzielność i dojrzałość oraz uzdolnienia i kwalifikacje, które budziły mój podziw. Kiedy w drugim etapie naszej pracy była referentem do spraw administracji, posługiwała się dalekopisem i nowoczesną powielarką z taką łatwością, jakby te urządzenia znała od dawna. W przeciwieństwie do mnie, bo do końca nie umiałem nadawać tekstów dalekopisem!

Na balu w Ambasadzie w Kopenhadze


Ubocznym efektem naszego pobytu w Danii było poznanie niezwykle interesującego kraju i społeczeństwa. Kraina wybitnie wyspiarska wspaniale daje sobie radę z trudnymi problemami rozwoju, utrzymując się w czołówce krajów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG) pod względem dochodu narodowego i stopy życiowej mieszkańców. Dla nas placówkowiczów ujemnym zjawiskiem było to, że Dania zaliczana była do najdroższych krajów w całej dwunastce EWG. Ale mimo to nie narzekaliśmy nigdy. Dzięki samochodowi i względnej bliskości Gdyni, bywaliśmy w domu 3-4 razy w roku (zimą nie ruszaliśmy się z Danii). Ta pasja kosztowała nas wiele, bo za każdym razem nasz samochód wyładowany był pod dach, a nad dachem wznosił się dodatkowo bagażnik. Ale była to dla nas radość obdarowywania naszych bliskich. No i spotykania się z nimi.

Z Danii wywieźliśmy także przyjaźń z panią Krystyna Mosalską, jej mężem i rodziną. Krystynę spotykałem wcześniej w Gdyni, dokąd przyjeżdżała jako tłumaczka z ekipami duńskich działaczy charytatywnych, którzy przywozili do naszego miasta dary w okresie stanu wojennego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia zobaczyłem ją w Ambasadzie na jakimś polonijnym spotkaniu. Zaskoczenie było obustronne, ale bardzo miłe. Odtąd przyjaźniliśmy się. Dane nam było uczestniczyć w kłopotach i radościach tej rodziny w związku z adopcją przez syna Krysi i jego duńską żonę dwóch trzyletnich bliźniaków z jednego z warszawskich domów dziecka. Chłopcy przyjechali do Danii i trafili do wspaniałej rodziny. Wiemy, że rozwijają się bardzo dobrze, bo utrzymujemy korespondencję z Krysią po dziś dzień.

Moja żona w Ogrodzie Botanicznym w Kopenhadze


Ale cztery lata minęły szybko i przyszedł moment odwołania mnie z placówki. Nastąpiło to w październiku 1987 roku. Pod koniec tegoż miesiąca zjechaliśmy do Gdyni promem przez Świnoujście, rozpoczynając kolejny etap życia.

Odznaczenia i wyróżnienia. Na zakończenie tej skrótowo przedstawionej historii mojej aktywności zawodowej wypada wspomnieć o dowodach uznania za nią. Często te wyróżnienia potwierdzały także moją aktywność społeczną, ale główny ich motyw dotyczył pracy zawodowej. Wprawdzie dziś niektórzy deprecjonują odznaczenia otrzymywane w okresie władzy PRL-u uważając, że nie ma się czym chwalić. Ich zdaniem odznaczenia te winny być dla wyróżnionego czymś wstydliwym, jako świadczące ujemnie o stopniu ich zaprzedania się komunie. Nie sądzę jednak, abym miał się czegokolwiek wstydzić... Nie obsypywano mnie hojnie tymi odznaczeniami, a te które otrzymałem - były skwitowaniem mojej rzetelnej pracy, służby krajowi i ludziom. Pracowałem nie dla obcego mocarstwa, lecz dla Polski jaka istniała w konkretnej sytuacji geopolitycznej. Była taka, na jaką nam pozwolono. W tych warunkach naród budował, co było do budowania, tworzył i organizował życie społeczne i gospodarcze kraju. Musieliśmy trwać w danych warunkach, bo nie można było ogłosić bojkotu samego życia.

Na początku PRL dotkliwie ucierpiałem trafiając do więzienia. Skutki tego zdarzenia wlokły się za mną niemal przez całe dalsze życie. Jeśli trwałem i utrzymywałem się na powierzchni - to była to zasługa mojej uczciwej i rzetelnej pracy, zaangażowania. I dlatego - powtarzam - nie wstydzę się tych odznaczeń, jakimi wyróżniono mnie po drodze. I tak otrzymałem wszystkie stopnie Krzyża Zasługi: w 1956 roku - brązowy, w 1964 roku - srebrny, w 1971 roku - złoty, zaś w 1978 roku - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Tę kolekcję mogę uzupełnić szczególnym odznaczeniem, jakie nadała mi Komisja

Likwidacyjna byłej Armii Krajowej w 1945 roku: Brązowy Krzyż Zasługi z Mieczami.

Cenię sobie bardzo Złotą Odznakę "Zasłużony Pracownik Morza", jaką w 1964 roku przypiął mi do klapy ówczesny minister żeglugi p. St. Darski, jak również Odznakę "Zasłużony Pracownik Handlu Zagranicznego", nadaną mi w 1973 roku. W 1970 roku od władz województwa gdańskiego otrzymałem Odznakę "Zasłużony Ziemi Gdańskiej"; uzupełnia ją medal nadany przez Radę Narodową w Gdyni w 1988 roku. O niektórych innych odznaczeniach wspomnę jeszcze krótko w części poświęconej mojej działalności społecznej.

Dekoracja autora przez ministra handlu zagranicznego J. Burakiewicza


[Słowo wstępne] [Rozdział 1] [Rozdział 2] [Rozdział 3] [Rozdział 4] [Rozdział 5] [Rozdział 6]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.