Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

WSPOMNIENIA
Tadeusza Królikiewicza


Obecność na zjeździe absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. M. Wadowity w Wadowicach zorganizowanym w 2007 roku przez Stowarzyszenie Absolwentów tego Liceum obudziła wspomnienia dotyczące tej szkoły, wspomnienia rodzinne związane z Wadowicami i okresem wojny.

Przedstawiłem je w postaci luźnych opisów wydarzeń, które zapisały się w pamięci. Nie są one powiązane chronologicznie i brak w nich pamiętnikarskiej fachowości, gdyż moja praktyka pisarska (lotnictwo, broń) nie była z tą dziedziną związana. Przepraszam za to czytelnika.



PORTRET

Jak sięgam pamięcią, w mieszkaniu naszym wisiał portret prababki. W Brzesku umieszczony był nad fortepianem matki. Wodziła za mną oczami, a w lewej ręce trzymała list. Pojechała z nami do Wadowic. Podczas wojny tułała się z nami po świecie, co nie wyszło jej na zdrowie. Podczas kolejnej przeprowadzki płótno obrazu rozdarło się na kancie stołu, twarz, ręce i list pociemniały, ale nadal wodziła za mną swoimi pięknymi oczami. Po wojnie powróciła do Wadowic nie nad fortepian, który został sprzedany, gdy sytuacja materialna była ciężka.

Portret prababki wymalowany został pod Wadowicami, w Choczni, skąd pochodziła prababka Tekla Płonka. Urodziła się jeszcze w czasach napoleońskich. Wyrosła na ładną dziewczynę, która podobno podobała się oficerom austriackiego pułku piechoty stacjonującego w Wadowicach, a zgodnie z opowieścią rodzinną jeden z nich zakochał się w niej bez pamięci. Ale oficer odjechał w siną dal, dziewczyna czekała roniąc łzy. W końcu nie doczekawszy się, otarła łzy i wyszła za mąż za piekarza, emigranta z austriackiego Voralbergu Jana Letschera, który przyjechał za chlebem do Polski. I właśnie wtedy przyszedł do niej list, że ukochany otrzymał pozwolenie na małżeństwo i wraca. Było jednak za późno.

Portret namalowany został prawdopodobnie ok. połowy XIX wieku, na pewno przez dobrego malarza, który zgodnie z przekazem rodzinnym przebywał w Choczni po upadku rewolucji krakowskiej (1846). Na obrazie brak sygnatury autora. Dalsza moja kuzynka, nieżyjąca dr Anna Bocheńska, historyk sztuki i kustosz wawelskiego muzeum, bezskutecznie usiłowała dociec, kto jest autorem obrazu.

Matka pokazywała mi w okresie międzywojennym ruiny domu w Choczni zwanego jeszcze wówczas letscherówką. Letcherowie wraz z synem Alojzym przenieśli się do Bochni, gdzie otworzyli piekarnię.

Prababka, po renowacji (przez fachowca wysokiej klasy), błyszczy swą urodą jak za dawnych lat i z lekkim uśmiechem wodzi swoimi pięknymi oczami za domownikami. A w ręku trzyma list - może świadectwo miłości, może dramatu sprzed lat.


OJCIEC


Kiedy miałem chyba trzy czy cztery lata, byłem z matką i siostrą w lecie w Tymowej. Była to miejscowość odległa o kilkanaście kilometrów od Brzeska, gdzie pozostał ojciec. Pewnego dnia wybrałem się do niego sam piechotą. Przeszedłem kilka kilometrów. Znalazł mnie chłop jadący wozem i odstawił z powrotem. Nie pamiętam tego zdarzenia, choć opowiadano je jak rodzinną legendę. Ojciec kupował mi i przywoził zabawki. Z pamiętnego pobytu we Włoszech z wycieczką filologów klasycznych przywiózł mi samolot na procę, ale ten uszkodził się w podróży i nie chciał latać. Raz otrzymałem od niego 300 ołowianych żołnierzyków, którzy rozstawieni na fortepianie stanowili potężną armię.

Pierwszą posadą jaką objął ojciec po zakończeniu studiów, była posada nauczyciela w gimnazjum w Brzesku. Po zdaniu matury w 1911 roku w gimnazjum w Tarnowie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Był jedynym z trzech braci, który ukończył studia wyższe. Młodszy Aleksander pozostał na ojcowiźnie, trzeci z braci zginął podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Aleksander miał jedynego syna Andrzeja(+) inżyniera drogownictwa, który budował także drogi w rejonie zapory jaroszowickiej k. Wadowic. Siostra Zofia Krzysztalowicz była nauczycielką i miała dwójkę dzieci - syna i córkę także inżynierów.


Jan Królikiewicz. Zdjęcie z okresu przed pierwszą wojną światową.

Podczas studiów ojciec był członkiem organizacji Strzelec. W jego uczelnianym indeksie i zaświadczeniach o zdaniu egzaminów widnieją nazwiska i podpisy sławnych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak Chrzanowski. Morawski, Sinko, Łoś i inni. Studia na trzy lata przerwała wojna, podczas których służył w austriackim wojsku. Podjął przerwane studia w 1917 roku. W 1918 roku znaczki skarbowe z Franciszkiem Józefem na jego arkuszach egzaminacyjnych zastąpione zostały znakami z orłem polskim. Ukończył studia w 1919 roku i odbył ochotniczą służbę wojskową w 2 Pułku Strzelców Pieszych. W tym samym roku zdał komisyjny egzamin, dający mu prawo nauczania w szkole średniej i rozpoczął pracę w gimnazjum w Brzesku, gdzie nauczał nie tylko języka łacińskiego i polskiego, ale również języka greckiego, historii i geografii.

W 1920 roku ożenił się z Janiną Letscher, córką Alojzego, którą poznał podczas wojny. W 1921 roku urodziła się im córka Halina, w 1926 syn, czyli piszący te słowa. Ojciec uczył w Brzesku do września 1933 roku. W tym roku drogą konkursu mianowany został dyrektorem Liceum i Gimnazjum w Wadowicach (początkowo p. o. dyrektora od 1937 roku dyrektor).

W Brzesku był także opiekunem szkolnego koła dramatycznego, które wystawiło szereg przedstawień, głównie klasyków literatury. Pamiętam, że brałem udział w jakimś patriotycznym przedstawieniu. Bawiłem się na scenie żołnierzykami i wypowiadałem kilka krótkich kwestii. Odchodząc z Brzeska, ojciec otrzymał na pamiątkę piękny album ze zdjęciami z poszczególnych przedstawień. Był przywiązany do tego albumu, ale zniszczyli go we wrześniu 1939 roku stacjonujący w gimnazjum Niemcy. Na zachowanym w Brzesku zdjęciu z jasełek reżyserowanych przez ojca w 1932 roku jest m.in. moja siostra, która tańczyła trojaka w jednej z kilku par.

Jakim był pedagogiem? Wydaje się, bardzo dobrym. W gimnazjum w Brzesku był wielokrotnie wychowawcą klasowym, także klas końcowych. Był surowy ale, także wyrozumiały. Jako dyrektor miał liczne obowiązki. W wadowickim gimnazjum nauczyciele mieli różne przezwiska, a gimnazjum nazywano budą lub starą budą. Ojciec miał popularne wśród szefów przezwisko Stary, ale także Jasiu Cukierek. Może dlatego, że jego wymagania dyscypliny były przykrywane maską uprzejmości. Był jednak oddany młodzieży i starał się wypełniać zawód pedagoga jak najlepiej. Nauka w Gimnazjum i Liceum była opłacana czesnym (120 złotych rocznie), co dla wielu rodzin było bardzo wysokim obciążeniem. Były szerokie zwolnienia od czesnego, ale złe wyniki w nauce, obniżenie stopnia ze sprawowania, pociągały za sobą utratę zwolnienia. Uczeń nie mógł przebywać poza swoim domem po godzinie 22. Nie wolno było chodzić na ostatnie seanse filmowe, a filmy można było oglądać po ukazaniu się szkolnego ogłoszenia, że film jest dozwolony dla młodzieży. Wprowadzone zostały obowiązkowe mundurki szkolne. Na gimnastyce obowiązywały stroje sportowe i tenisówki, czyli jak je wtedy nazywano meszty.

Ojciec przewodniczył radzie pedagogicznej, konferencjom okresowym i zwoływanym konferencjom grona profesorskiego, a było takich okazji wiele, jak np. przygotowanie do różnych wizytacji. Kuratorium wyznaczało go też na przewodniczącego komisji maturalnych nie tylko w Wadowicach, ale też w innych miejscowościach. Było to związane z dodatkowymi obowiązkami, ale również zarobkiem, co przy stosunkowo niskiej dyrektorskiej pensji było istotne. Ojciec był też działaczem Strzelca, jeździł do różnych miejscowości powiatu i wygłaszał pogadanki i referaty patriotyczne. W 1937 roku wizytował gimnazjum metropolita krakowski książę Stefan Sapieha. Zachował się szczegółowy opis przygotowań to tej wizyty. Ojciec witał go w imieniu grona profesorskiego, Karol Wojtyła w imieniu młodzieży. Stefan Sapieha, wtedy arcybiskup, zwrócił wówczas uwagę na przyszłego papieża.

Wychowanie młodzieży było nacechowane patriotyzmem. Działały w szkole różne organizacje, jak harcerstwo, LOPP, koła sportowe, koła zainteresowań. Ojciec popierał tę działalność. Obowiązkowe było w końcowych klasach przysposobienie wojskowe i związane z nim obozy szkoleniowe. Szkoła uczestniczyła w uroczystościach i świętach państwowych. Brała udział wraz ze swoja orkiestrą w defiladach, które odbywały się na ulicy 3 Maja przed pomnikiem poległych w wojnie światowej i w późniejszych walkach o utrwalenie granic.

Zdający maturę w 1938 roku uczniowie byli ostatnimi kończącymi szkołę klasyczną starego typu. Od kilku lat trwała reorganizacja szkoły średniej na dwustopniową - czteroklasową stopnia gimnazjalnego i dwuklasową stopnia licealnego z podziałem na liceum matematyczne, przyrodnicze i humanistyczne. W liceum wadowickim były dwie ostatnie kategorie. Ojciec miał dużo kłopotu z przestawieniem szkoły na nowe tory z nowymi programami, podręcznikami, a także przedmiotami.

Przygotowania do nowego roku szkolnego 1939/40 przerwała wojna. Ojciec postanowił ratować najcenniejsze wyposażenie szkolne - mikroskopy. Wywiózł je wozem konnym zawinięte w dwa nasze dywany, tercjan Jan Dudek na wschód, w rejon Lwowa i tam razem z dywanami przepadły. Ojciec wyruszył także na wschód. Z poobcieranymi nogami dotarł do Krakowa na Salwator, gdzie po wyjściu ze szpitala przebywałem u rodziny z matką i siostrą.

MATKA

Pochodziła z Bochni. Jej ojciec Alojzy Letscher był piekarzem - cukiernikiem. Po jego śmierci ciężar prowadzenia piekarni spadł na jej matkę Helenę z domu Krzemińską. Moja matka miała dwie siostry i brata. Była najstarsza z rodzeństwa. Najmłodsza z sióstr zmarła młodo przy drugim dziecku. Druga siostra wyszła za starostę z Niska, znacznie od niej starszego. Brat był inżynierem kolejnictwa, za młodu pionierem automobilizmu, co ze względu na koszty było kłopotliwe dla jego rodziców. Matka uczęszczała do konserwatorium Towarzystwa Muzycznego w Krakowie. Na świadectwie matki ukończenia średniego kursu gry na fortepianie widnieje podpis Władysława Żeleńskiego, znanego kompozytora końca XIX i początku XX wieku i dyrektora tego konserwatorium. Otrzymała w wianie fortepian, na którym pięknie grała, a także dawała lekcje gry, co później uniemożliwiły obowiązki rodzinne. Z ojcem poznali się w czasie pierwszej wojny światowej. Ślub wzięli w 1920 roku. Zamieszkali w Brzesku, w bezpośrednim sąsiedztwie gimnazjum, gdzie ojciec otrzymał posadę nauczyciela. W 1921 roku urodziła im się córka Halina, w 1926 roku syn. Matka stała zawsze przy ojcu aż do jego śmierci. Pomagała mu i odciążała go, jak mogła, szczególnie po objęciu posady dyrektora gimnazjum w Wadowicach, gdy był zajęty od świtu do nocy. Miała wielkie zdolności manualne i była bardzo pracowita. Dobrze szyła. Starała się obszywać prawie całą rodzinę, a gdy przedsięwzięcia te wymagały zabiegów bardziej profesjonalnych, korzystała z usług pani Kęckiej, znanej w Wadowicach krawcowej. Miała też wielkie zdolności kulinarne.

Przeszła dobrą szkołę w tej dziedzinie u swojej matki w Bochni. Potrafiła prawie z niczego coś ugotować, co było szczególnie cenne, gdy podczas wojny mieszkaliśmy na wsi i z żywnością było bardzo krucho. Po wojnie, gdy córka była w Krakowie a ja w Warszawie, pamiętała o świętach i imieninach, przysyłając nam znakomite pączki, torty i palermo (orzechy z masą różaną w lukrze).



Rodzeństwo Letscherów. Zdjęcie z końca pierwszego dziesięciolecia XX w.


Posiadła w wysokim stopniu zanikającą dziś sztukę epistolografii. Dzięki jej częstym listom i kontaktom z rodziną byłem stale poinformowany o wydarzeniach rodzinnych i o tym, co dzieje się w Wadowicach - aż do jej śmierci w 1974 roku. Interesowała się światem, polityką, obdarzona była świetną pamięcią i do końca życia nie miała cienia sklerozy.

Miała dość liczną rodzinę rozrzuconą po Małopolsce. Najbliższa była siostra Halina Jorkach-Koch, z którą się bardzo kochały. Była żoną znacznie starszego od niej starosty z Niska. Nie mieli dzieci. Ciotka Halina była zacną, ale też bardzo piękną i niezwykle zgrabną kobietą, za którą oglądali się mężczyźni. Kiedy przyjechaliśmy do Wadowic, Józef Jorkasch-Koch był już na emeryturze. Mieszkali niedaleko gimnazjum, na rogu ul. Mickiewicza i Słowackiego, w parterowym domu (tam gdzie dziś stoi budynek szkolny), który dzielili z burmistrzem Wadowic Bernhardtem. Przed tym domem rosła ogromna magnolia, która na wiosnę pięknie zakwitała. Z wujostwem przyjaźnił się inż. Kotowicz z Warszawy, spec od budowy hangarów lotniczych, który dość często bywał w Wadowicach. Od niego miałem piękne modele lotnicze. Inż. Kotowicz został rozstrzelany przez Niemców w Palmirach. Wujostwo przyjaźnili się także z właścicielami majątku w Przybradzu k. Wadowic, Smolarskimi. Kilka razy byłem u nich z ciotką. Pływałem łódką po stawach z ich synem, który był podchorążym, a potem oficerem kawalerii. Pani Smolarska miała lekką rękę do wydawania pieniędzy i majątek poszedł przed wojną pod młotek. Syn jeszcze podczas wojny wstąpił do LWP i zginął tragicznie, zastrzelony przez sowieckich żołnierzy, gdy usiłował interweniować podczas wywołanej przez nich burdy. Ciotka i wujek wyjechali na początku wojny do Bochni i zamieszkali w rodzinnym domu Letscherów. Józef Jorkasch-Koch zmarł w 1942 roku. Ciotka prowadziła perfumerię w Bochni. Zmarła w latach sześćdziesiątych.

Brat matki Czesław był inżynierem kolejnictwa, kierownikiem warsztatów kolejowych w Tarnowie i potem w Radomiu. Z żoną Kazimierą mieli dwójkę dzieci, córkę Maję mieszkającą w Krakowie i syna Leszka, który chodził przed wojną do drugiej klasy gimnazjalnej wadowickiego liceum i gimnazjum. Po wojnie, po studiach pracował na Wawelu jako inspektor prac renowacyjnych. Jego przedwczesną śmierć łączono (chyba niesłusznie) z otwarciem grobu Kazimierza Jagiellończyka, przy którym brał udział (Z. Święch, Klątwy, Groby i Uczeni).

W Suchej niedaleko Wadowic mieszkało małżeństwo Karasiów. Ona była kuzynką matki, on lekarzem. Mieli córkę Zofię, również lekarza. Głośne stały się jej kontrowersyjne pamiętniki lekarza ubezpieczalni nagrodzone przed wojną na konkursie Wiadomości Literackich. Zosia zmarła tragicznie podczas wojny. Jej przybrana córka mieszka w Suchej. Jest tam ulica imienia Zofii Karaś.

Dalsi krewni matki zamieszkali w Krakowie to rodzina Robaczowskich i Misiągów. Wojciech Misiąg był jednym z wczesnych członków i działaczy „Sokoła". Podczas przedwojennych pobytów w Krakowie zatrzymywaliśmy się u nich. Mieszkałem tam także przez pewien czas podczas studiów, w tym pokoju, w którym wcześniej miał pracownię poprzedni lokator mieszkania Jacek Malczewski. Była to niezwykle szlachetna, stara krakowska rodzina. Wojciech z Janiną mieli dwójkę dzieci Mariana - inżyniera i Annę - historyka sztuki. Dr Anna Bocheńska, kustosz wawelskich zbiorów malarstwa była autorem szeregu publikacji fachowych, w tym współautorem pomnikowego albumu o arrasach wawelskich. To dzięki niej mogliśmy wraz z żoną dokładnie zwiedzić Wawel - także te części, które leżą poza konwencjonalną trasą turystyczną. Jej mąż dr Zbigniew Bocheński, kustosz Muzeum Narodowego w Krakowie, o którym wspominam w innym miejscu, był wielkim znawcą starej broni. Syn Zygmunt jest profesorem ornitologii, fachowcem w dziedzinie ptaków kopalnych.

Przypominam sobie dalszą krakowską kuzynkę matki Marynę Dering, która chodziła w mundurze i była działaczką kobiecego „Strzelca".

W Bochni mieszkała spowinowacona z matką rodzina Gargulów. Władysław Gargul był właścicielem zakładu fotograficznego z oddziałami w Bochni, Wieliczce i Zakopanem. Dzięki niemu zachowały się piękne, rodzinne, secesyjne zdjęcia sprzed pierwszej wojny światowej.

W Wojniczu mieszkała ciotka matki Wajdowiczowa. Była właścicielką ładnego domu - dworku pod starymi lipami (w którym mieszkaliśmy przez kilka miesięcy podczas wojny) i gospodarstwa rolnego. Była postacią znaną w Wojniczu. Jeszcze w czasie II wojny światowej jeździła karetą.

Matka zmarła w wieku 85 lat. Kiedy była już bardzo chora, zdecydowała się na wyjazd do wojskowego szpitala w Krakowie. Byłem wówczas w Wadowicach i załatwiałem sprawy związane z pobytem w szpitalu. Pamiętam, że matka samorzutnie spowodowała przyśpieszenie o dwie godziny wyjazdu karetki do szpitala, nakazując mi i umożliwiając tym samym zobaczenie głośnego wówczas przedstawienia Dziadów. Zmarła trzy dni później.

SIOSTRA I JEJ KOLEŻANKI

Nie chcę się mieszać w porachunki z pamięcią mojej siostry (Halina Kwiatkowska, Porachunki z pamięcią oraz Wielki kolega, Wydawnictwo Kwadrat). Opisuję tutaj tylko kilka wydarzeń, które przypominają mi się teraz, podczas pisania tych wspomnień, związanych głównie z Wadowicami i wadowickim gimnazjum i liceum.

Talent aktorski miała już jako dziecko. W Brzesku występowała w przedstawieniach szkolnych, także w tych, które były reżyserowane przez ojca. Jej zdolności i umiejętności aktorskie rozwinęły się w wadowickim kółku dramatycznym. Grała, m.in. Antygonę, Anielę w Ślubach panieńskich i Balladynę, co znane jest z publikacji omawiających teatralne dokonania Karola Wojtyły (np. Paweł Juchniewicz, MŁODE LATA PAPIEŻA Lolek) i wypowiedzi Jana Pawła II na rynku w Wadowicach. Mam w oczach dwa drobne obrazki: szarżę Ułanów księcia Józefa wokół sceny siedzących okrakiem na krzesłach - koniach i wzniecających tumany kurzu aż pod sufit, a drugi, gdy na końcu ostatniego aktu Balladyny, po wypowiedzianym przez siostrę zdaniu winna jest śmierci, nie spadł z nieba piorun, który miał ją zabić, bo nie wypalił straszak, a po powtórnie wypowiedzianej kwestii odgłos pioruna zastąpiony został dźwiękiem orkiestrowego talerza, który był pod ręką.


Jasełka w Brzesku reżyserowane przez Jana Królikiewicza. Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku.


Kiedy piszę te słowa, mija akurat 70 lat od matury Karola Wojtyły, jego kolegów i koleżanek. Po tej maturze siostra znalazła się, podobnie jak Karol Wojtyła, na polonistyce, na UJ-ocie w Krakowie. Od czasu do czasu była zatrudniana jako lektorka w Polskim Radiu w Krakowie. Słuchałem pięknie przez nią czytanych fragmentów klasyków literatury, np. Placówki czy Faraona (o chłopcu, którego modlitwy trafiły do Amona, bo o nic nie prosił, tylko za wszystko dziękował). Pamiętam, jak zapytała przed wyłączeniem mikrofonu, czy już można mówić? Nie było wówczas zapisu dźwięku.

Zaangażowała się w przeniesienie mnie do kliniki w Krakowie, gdy w lecie 1939 roku byłem ciężko chory na zapalenie opłucnej. Po powrocie do Wadowic we wrześniu 1939 roku, nie zagrzała tu długo miejsca. Wyjechała po niecałym roku do Krakowa usamodzielniając się. Miała tu znajomych, kolegów (brakowało najbliższego Jacka Stwory, który przedarł się do Anglii i służył w dywizji gen. Maczka, a po powrocie do kraju był znanym sprawozdawcą radiowym). Pracowała jako korepetytorka. Uczestniczyła nie tylko w tajnych kompletach uniwersyteckich, ale weszła w skład zespołu zorganizowanego przez Mieczysława Kolarczyka i Karola Wojtyłę, podziemnego teatru słowa - rapsodycznego, który opracował kilka wielkich dzieł polskiej literatury (Król Duch, Beniowski, Samuel Zborowski, Pan Tadeusz, poezje Norwida i Kasprowicza) przedstawianych na tajnych spektaklach w prywatnych mieszkaniach. Miałem możność oglądać jeden ze spektakli podczas krótkiego pobytu w Krakowie, o czym piszę w dalszej części niniejszych wspomnień. Po wojnie występowała w teatrach krakowskich ze sławnymi aktorami okresu przedwojennego i powojennego, ale fragmenty wymienionych poematów należały (i należą) do jej indywidualnego repertuaru przedstawianego podczas różnych okazji (jak wystąpienia przed Janem Pawłem II, monodramaty wspomnieniowe o Janie Pawle II - także poza granicami Polski). W czasie drugiej wojny niektóre fragmenty poematów i wiersze mówiła dla rodziny; Alarm Słonimskiego, Fortepian Szopena Norwida czy ten przejmujący dreszczem fragment Króla Ducha o złotej chorągwi Ziemowita, która przeszła przez Niemce.

Pod koniec 1943 roku było apogeum niemieckiego terroru. Wtedy został aresztowany i rozstrzelany w Krakowie ojciec mojej przyszłej żony Władysław Czerny. Leżałem wtedy w Krakowie chory na żółtaczkę. Przypominam sobie, że pewnego dnia przyszła zapłakana siostra. Jej przyszły mąż Tadeusz Kwiatkowski (zmarł w 2007 r.) został aresztowany przez Gestapo i osadzony w więzieniu Montelupich. Szczęśliwie udało się go uwolnić (wykupić). Przebywał później dla większego bezpieczeństwa u nas w Wiśniczu. Pisał wtedy jeden z najlepszych swoich utworów, powieść Lunapark. Zaczął zapuszczać brodę i z tym zarostem wyglądał tak podejrzanie, że moja matka kazała mu ją zgolić.

Pamiętam koleżanki siostry z czasów przedwojennych, które zdawały z nią maturę, a niektóre występowały w szkolnym teatrze. Danuta Pukłówna, córka inżyniera, który służył w legionach Piłsudskiego. Mieli dom przy ulicy Mickiewicza (za pułkową intendenturą). Przez ich sad przepływał strumyk, do którego raz wpadłem. Danusia miała piękne warkocze. Występowała w szkolnym teatrze. Jej rodzina była spowinowacona z rodziną Karola Wojtyły, a bracia się z nim przyjaźnili. Jeden z trzech braci, Józef był pilotem. Ukończył Szkołę Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie i w chwili wybuchu wojny został mianowany podporucznikiem pilotem. Zginął w Anglii podczas lotu treningowego na samolocie Battle w 1941 r. (także podczas lotu treningowego zginął w 1942 r. na samolocie Spitfire ppor. Władysław Balon z klasy maturalnej Karola Wojtyły). Danusia ukończyła studia, wyszła za mąż za Jerzego Gruszczyńskiego, urodziła dwie córki. Po spotkaniu w Castel Gandolfo kontaktowaliśmy się często w Warszawie. Napisała pięknie wydaną książeczkę W Wadowicach wszystko się zaczęło. Przez wiele lat zmagała się z ciężką chorobą. Zmarła w 2005 r.

Kazimiera Hojdys miała w sobie coś miłego i rodzinnego. Może dlatego, że musiała wcześnie opiekować się rodziną. Po wyjściu za mąż miała dwójkę dzieci. Pamiętam serdeczne spotkania z nią jeszcze wiele lat po wojnie. Zmarła przedwcześnie.

Kazimiera Żakówna miała subtelną urodę i piękne długie jasne włosy. Grała w teatrze szkolnym główne role - Barbary w dramacie Wyspiańskiego Zygmunt August i Ismeny w Antygonie.

Pamiętam też drobną Irenę Romaszkan - Kosowicz. Jej przyjaźń z siostrą przeniosła się na drugie pokolenie - przyjaźnią się jej córka i moja siostrzenica Monika. Pamiętam też Krystynę Madeyską-Wyrwicz, Zofię Glanowską-Sirko i piękną Zofię Karmańską.

Przypominam sobie, że niekiedy odbywały się w naszym mieszkaniu spotkania z udziałem koleżanek siostry a także starszych kolegów, a nawet oficerów 12 PP Spotkania te miały miejsce chyba wtedy, gdy ojciec wyjeżdżał służbowo. Były one aprobowane przez matkę i przygotowywane przez nią kulinarnie. Przy takiej okazji miałem w ręce piękną błyszczącą, szablę porucznika L. S. Te znajomości z oficerami 12 PP były kontynuowane korespondencyjnie podczas wojny. Pamiętam wysyłanie do obozów jeńców książek - dzieł literatury, na których na określonych stronach były nad literami punktowane wiadomości z kraju i wojny.

Siostra moja starała się integrować koleżanki i organizować wyjazdy do Rzymu, spotkania z Janem Pawłem II, podobnie jak to czynili z ramienia kolegów Zbigniew Siłkowski, Eugeniusz Mróz i Stanisław Jura.

GRONO

W latach trzydziestych okresu międzywojennego grono nauczycielskie wadowickiego liceum i gimnazjum miało w swoim składzie wielu wybitnych pedagogów. Znaczna ich większość była moimi nauczycielami bezpośrednio po wojnie, gdy kończyłem wadowickie liceum. Nie było wśród nich profesora fizyki Mirosława Moroza, który został powołany do wojska w 1939 roku, dostał się do sowieckiej niewoli i został zamordowany w Katyniu. Zastępcą ojca był profesor biologii (a także matematyki) Józef Heriadin. Był nauczycielem o wielkiej wiedzy i autorytecie, a jednocześnie człowiekiem niezwykle skromnym. Mało kto wiedział, że był żołnierzem Legionów oznaczonym krzyżem Virtuti Militari. Profesor Heriadin opiekował się bogatymi gimnazjalnymi zbiorami przyrodniczymi. Liceum wadowickie bezpośrednio przed wojną i zaraz po wojnie miało profil humanistyczny i matematyczno-przyrodniczy. Na wiosnę 1946 roku, po skróconym półrocznym okresie nauki, zdawałem maturę o profilu przyrodniczym i biologię u profesora Heriadina. Przykładałem się do nauki, aby wstydu ojcu nie zrobić. Efektem było świadectwo ze stopniami bardzo dobrymi, ale być może spowodowane pewną dozą pobłażliwości grona profesorskiego, które znało mnie od dziecka. Na moim maturalnym świadectwie, w miejscu podpisu przewodniczącego komisji, którym był ojciec, widnieje podpis profesora Heriadina. Ojciec uważał, że nie powinien podpisywać świadectwa syna. Profesor Heriadin odszedł na emeryturę prawie równocześnie z usunięciem ojca ze stanowiska dyrektora szkoły.

Od 1932 roku katechetą gimnazjalnym był ksiądz dr Edward Zacher. Uczył w wadowickim liceum i gimnazjum do 1960 roku. Później był proboszczem wadowickim (po śmierci księdza Prochownika). Mianowany został prałatem i infułatem przez swojego Wielkiego Ucznia.

Pamiętam jego lekcje religii przepojone mądrością i wiedzą o wszechświecie, a także pełne pogody, a niekiedy humoru. Były inne niż lekcje mojego katechety ze szkoły powszechnej księdza Paweli, z którego metodami pedagogicznymi nie bardzo się zgadzałem, przez co miałem obniżone stopnie.

Ksiądz Zacher miał modelarskie hobby, ale niezwiązane z lotnictwem. Zbudował przed wojną przepiękny model jednego z podhalańskich drewnianych kościółków bodajże z Dębna. Model wykonany był z zapałek i pudełek od zapałek (przed wojną zapałczane pudełka wykonywano z drewnianej folii nadającej się na modelarskie gonty). Pamiętam, że oglądałem ten model z ojcem w mieszkaniu księdza Zachera nad Choczenką. Model był wówczas na ukończeniu. Piliśmy herbatę i jedliśmy smaczne ciasto, które upiekła jego gospodyni.

Pamiętam też przed wojną księdza Zachera, gdy z okazji święta Wielkiej Nocy święcił u nas potrawy - święcone ustawione na przykrytym obrusem stole. Zdarzało się, że grono profesorskie bywało u nas na obiedzie (nie pamiętam z jakiej okazji), a ojciec na tę uroczystość własnoręcznie przygotowywał cytrynówkę.

Ostatni raz rozmawiałem z księdzem Zacherem w dniu śmierci ojca. Wziął udział jego wadowickim pożegnaniu, o co go poprosiłem.

Profesor Gebhardt był wielkim znawcą nauczanej przez siebie historii. Był przezywany przez uczniów pieszczotliwie Gebcio może dlatego, że był bardzo surowy i wymagający, ale sprawiedliwy. Miał nienaganne maniery, lecz gdy spotkał swojego ucznia z dziewczyną, ten mógł się spodziewać, że na pewno będzie pytany.

Profesor Kazimierz Foryś był nauczycielem języka polskiego. O jego zażyłej znajomości z Emilem Zegadłowiczem wspominam w innym miejscu. Sam też pisywał wiersze. W swoich ciekawych wykładach kładł nacisk na literaturę młodopolską. Przed wojną opiekował się wraz z innymi polonistami, Tadeuszem Hanusikiem i Mieczysławem Kolarczykiem, szkolnym kółkiem dramatycznym, którego czołowym aktorem był Karol Wojtyła. Można wymienić takie premiery, jak: Ułani księcia Józefa, Zygmunt August, Kordian, Antygona, Balladyna, Śluby panieńskie.


Przedstawienie „ Ułanów księcia Józefa ". Wadowice, połowa lat trzydziestych. Na zdjęciu m.in.: Jan Królikiewicz, Janina Królikiewicz, Karol Wojtyła, Danuta Puklówna, Halina Królikiewiczówna. Zdjęcie ze zbiorów Eugeniusza Mroza.


Profesor Foryś był następcą mojego ojca na stanowisku dyrektora. Podczas swojego dyrektorowania spowodował, że gimnazjum stało się Liceum i Gimnazjum im. Emila Zegadłowicza, ale później powróciło do dawnego patrona - Marcina Wadowity.

Do 1937 roku uczył języka polskiego profesor starszej daty o. św. Jan Klimczyk. Profesor o znakomitej pamięci był też znawcą sztuk plastycznych i organizował wycieczki uczniów ze zwiedzaniem zabytków, m.in. do Krakowa. Miał przezwisko Maszynista.

Fizyki i matematyki uczył wymagający i surowy profesor Mirosław Moroz. Opiekował się pracownią fizyczną pięknie wyposażoną między innymi w maszyny elektrostatyczne produkujące długie fioletowe iskry, butelki lejdejskie, teleskopy, przyrządy pokazujące ruch ziemi wokół słońca i inne. Profesor Moroz miał stopień oficerski i powołany został przed wrześniem do wojska. Dostał się do sowieckiej niewoli i zginął w Katyniu.

Od 1937 roku uczył też fizyki i matematyki profesor Jan Półgroszek.

Profesor Panczakiewicz był nauczycielem wychowania fizycznego, ale jego działalność wykraczała daleko poza szkolną gimnastykę. Propagował górską turystykę górską, sport narciarski i pamięć o tej jego działalności trwa do dzisiejszego dnia w rejonie Wadowic.

To on wytyczył słynny niebieski szlak turystyczny na Leskowiec i był jednym z inicjatorów budowy schroniska turystycznego na Leskowcu. Pamiętam, że namówił ojca na wycieczkę na Orlą Perć, z której ojciec wrócił nieco poturbowany (z poranioną nogą). Organizował kursy narciarskie, o czym wspominam w innym miejscu. Młodzież szkolna przezywała go pieszczotliwie Pacuś.

Profesor Jan Sarnicki uczył geografii. Miał rozległą wiedzę w tej dziedzinie, a przekazywanie tej wiedzy uczniom ułatwiały mu niezwykłe zdolności plastyczne. Rysował pięknie na tablicy - także elementy geologiczne omawianych rejonów geograficznych. Przed wojną był autorem turystycznych, perspektywicznych map rejonów górskich, które należą obecnie z pewnością do rarytasów bibliofilskich. Pamiętam, że niegdyś miałem taką mapę rejonu Babiej Góry. Pozostawił po sobie piękne pejzaże malowane akwarelą. Niektóre znajdują się obecnie w prywatnym muzeum Zygmunta Krausa w Wadowicach. Profesor Sarnicki miał przezwisko Cyrul.

Profesor Ludwik Jach, nauczyciel robót ręcznych i rysunku wspomniany został przeze mnie w innym miejscu, podobnie jak prowadzona przez niego pracownia robót ręcznych i modelarnia. Ten absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych miał wielkie zdolności plastyczne i manualne, a ponadto był propagatorem nowinek technicznych w pracach ręcznych (co ówczesne szkolnictwo wspierało odpowiednimi kursami). Przed wojną wprowadził w pracach ręcznych metal (aluminium, nowe srebro lutowane specjalnymi lekkimi palnikami, repusowanie blach), a w modelarstwie lotniczym lekkie drewno - balsę, z której wykonywano przestrzenne konstrukcje modeli samolotów i szybowców klejone Certusem i pokrywane cienką japońską bibułką.
Organizował zawody modelarskie odbywające się na wadowickich błoniach, tzw. Mikołaju.

Języka niemieckiego uczyli profesor Józef Titz i Halina Ryndflaisz. Profesor Titz uczył także śpiewu, opiekował się orkiestrą szkolną i chórem. Z chórem gimnazjalnym rywalizował chór chłopięcy ze szkoły powszechnej prowadzony przez ambitnego nauczyciela Jarczyka. Chór ten występował nawet w Polskim Radiu w Krakowie. Byłem członkiem tego chóru i śpiewałem trzecim głosem.

Nauczanie języków klasycznych, w szczególności łaciny było istotnym elementem kształcenia w gimnazjum starego typu, później, szczególnie w okresie powojennym, niesłusznie stopniowo ograniczane. W wadowickim gimnazjum kładziono nacisk nie tylko na podstawy gramatyki, ale także na prawidłową wymowę tekstów łacińskich - prozy i poezji. Kto z ówczesnych uczniów nie znał tekstów Katyliniarek Cycerona, nie uczył się odpowiednio akcentowanej, rytmicznej poezji rzymskiej (Owidiusza, Horacego). Od pierwszej klasy witał wchodzących do szkoły uczniów umieszczony na ścianie korytarza szkolnego dwuwiersz łaciński Tibullusa:

Casta placent superis; pura cum veste venite
et manibus puris sumite fontis aquam.


Czystość się bogom podoba; przybądźcie w czystej szacie
i czystymi rękoma czerpcie wodę z źródła.


wręczony Janowi Pawłowi II przez kolegów w sześćdziesięciolecie ich matury. Był też mottem Jego homilii, którą wygłosił wówczas do zgromadzonych na dziedzińcu zamku w Castel Gandolfo pielgrzymów. Nieskazitelna wymowa łacińska Jana Pawła II była świadectwem Jego zdolności i wiedzy, także nabytej w wadowickim gimnazjum. Jak wspominali po latach koledzy, był orłem w łacinie i grece.


Podarowany Janowi Pawłowi II dwuwiersz łaciński przypominający gimnazjum,
fot. T. Królikiewicz


W latach trzydziestych łaciny nauczało kilku profesorów: Zygmunt Damasiewicz (do 1937 r.) o przezwisku Damazy, ostry Zygmunt Czaderski o przezwisku Prawda, Tadeusz Szeliski, który uczył także języka greckiego. Był charakterystyczną postacią, krępy, mający łysinę i noszący kapelusz z szerokim rondem, nazywany był Krupą albo z racji tego kapelusza Kowbojem. Był przedmiotem różnych figli młodzieży, ale był przez nią bardzo lubiany. Łaciny uczył też poprzednik mojego ojca dyrektor Gawor, który podobnie jak mój ojciec był filologiem klasycznym. Dyrektorzy mieli obniżoną liczbę godzin lekcyjnych i nie pamiętam, czy nauczanie w tym zakresie to był obowiązek czy przywilej dyrektora. Pamiętam, że ojciec wybierał nauczanie języka w wyższych klasach.

SAMOLOTY I MODELE

W 1933 roku ojciec mój otrzymał (drogą konkursu) posadę dyrektora gimnazjum w Wadowicach. Wyjechał tam wcześniej. Rodzina miała dołączyć do niego po przygotowaniu mieszkania, po wakacjach w 1934 r. W ciągu roku szkolnego 1933/34 przyjeżdżał kilkakrotnie do Brzeska. Pamiętam, raz przywiózł mi latający model samolotu. Był on wykonany z cienkich pręcików bambusowych wyginanych w gorącym powietrzu, pokryty cienką japońską kalką, a śmigło napędzał sznur skręcany z włókien gumowych. Trzeba było pracowicie kręcić śmigłem, aż powstaną podwójne węzełki skręconej gumy na całej długości kadłuba wykonanego z listewki. Energia skręconego sznura powodowała wznoszenie się modelu, a gdy się wyczerpała i śmigło stanęło, model opadał lotem ślizgowym.

Model pochodził z modelarni prowadzonej przez profesora wadowickiego gimnazjum Ludwika Jacha. Był obietnicą, że po przyjeździe do Wadowic będę mógł budować w tej pracowni samoloty.

A prawdziwy samolot widziałem z bliska już wcześniej. Na wzgórzu pod Brzeskiem, gdzie obecnie znajduje się szpital, w pogodny, letni dzień na początku lat trzydziestych wylądował szkolny dwupłatowiec Hanriot H14 z 2. Pułku Lotniczego z Krakowa. Miał barwę zieloną, a w połowie długości skrzydeł wielkie biało-czerwone szachownice. Załoga poszła do pobliskiego browaru - być może po zapas zawsze dobrego okocimskiego piwa. Samolot był pilnowany przez groźnego policjanta z paskiem czapki pod brodą. Pamiętam ogłuszający warkot silnika przyśpieszający bicie serca, uderzenie ciepłego, pachnącego rycynusem wichru od śmigła, wzlatujące w powietrze kopy siana. Samolot okrążył łąkę, błysnął szachownicami i poleciał w kierunku Krakowa. Powiewała na pożegnanie zaczepiona o płozę ogonową trawa.

Lato 1934 roku zapisało się powodzią stulecia, która spustoszyła południe Polski. Widziałem jej skutki spowodowane przez Dunajec w pobliżu Wojnicza - porozrywane wały ochronne, ogromne wyrwy na polach od fali powodziowej, przyniesione z południa chałupy, porośnięte snopy zboża. Po powodzi, która poprzerywała linie kolejowe i drogi, nim zredukowano jej skutki, panował niezwykły ruch w powietrzu. Potezy i Lubliny z 2. Pułku transportowały i zrzucały pocztę, obserwowały skutki powodzi.

Zaraz po powodzi byłem w Wadowicach. Zobaczyłem pierwszy raz to niewielkie miasto, otoczone od południa pasmem Małego Beskidu. I tu były widoczne skutki powodzi, ale mniejsze niż nad Dunajcem.

W jesieni 1934 roku zamieszkaliśmy w gimnazjum, którego dyrektorem został rok wcześniej mój ojciec. Szkoła powszechna (dziś podstawowa) mieściła się w magistracie tuż obok kościoła. I tak los związał mnie z dwiema szkołami: szkołą, do której chodziłem od drugiej klasy i tą, w której mieszkałem i w której później także się uczyłem. A życie tej drugiej szkoły wciągało mnie bardziej niż mojej powszechnej. Może też i dlatego, że nasze życie rodzinne toczyło się wokół tej szkoły. Ojciec był od świtu do nocy pochłonięty jej sprawami: nauczaniem młodzieży, reorganizacją tego nauczania (wdrażany był system licealny), sprawami grona nauczycielskiego, konferencjami, egzaminami, maturami. Jego gabinet przylegał do naszego mieszkania, było w nim duże biurko, telefon na korbkę i na stoliku kopia Wenus z Milo - znak kultury antycznej - specjalności i zainteresowań mojego ojca. Na ścianie wisiał oprawiony, długi, półtorametrowy list wykaligrafowany w języku japońskim, owoc kontaktów z jakąś japońską szkołą.

Mieszkanie było bardzo duże, trzypokojowe. Dwa pokoje były poprzednio klasami szkolnymi i każdy miał powierzchnię przeszło 60 metrów kwadratowych. Można było swobodnie jeździć na rowerze wypożyczonym w znajdującej się przed gimnazjum (przy skwerze) wypożyczalni rowerów lub na rowerze gimnazjalnym (gimnazjum miało ich dwa). Przed gimnazjum był piękny, kwiatowy ogród z także egzotycznymi roślinami. Rosło w nim (i kwitło) 150 krzewów róż. Choć było to dzieło poprzednika, ojciec był dumny z tego ogrodu. Później z powodu nieumiejętnego obchodzenia się z różami liczba ich uległa znacznemu zmniejszeniu. W tym ogrodzie był też niewielki skalniak z roślinami tatrzańskimi. Opiekował się nim profesor Heriadin, podobnie jak aksolotlami w terrarium.

Mnie interesował szczególnie warsztat gimnazjalny - królestwo profesora Jacha. Kiedy w budynku gimnazjalnym zapadała cisza i słychać było jedynie stukot mioteł sprzątaczek, a w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach szkolnego pyłu, na drugim piętrze słychać było stukot młotków w pracowni. Prowadzone były nadobowiązkowe lekcje robót ręcznych, w tym budowa modeli latających. Efekty pracy modelarni lotniczej można było podziwiać na zawodach modelarskich organizowanych na błoniach nad Skawą.

Mogłem i lubiłem chodzić do tej pracowni, gdzie wykonałem swoje pierwsze modele latające i redukcyjne. A przy sposobności uczyłem się prac stolarskich - jak operować strugiem, dłutem pilnikiem, piłką ramowa i włośnicą, jak ostrzyć narzędzia, jak utrzymywać porządek na stolarskim stole - należało po skończonej pracy zamieść i usunąć wióry, a stół pozostawić w idealnym porządku - a także prawidłowej nomenklatury narzędzi.

Praca w modelarni rozszerzała moje zainteresowania lotnicze, a miały na to także wpływ wydarzenia, które wówczas w połowie lat trzydziestych miały miejsce w kraju (zwycięstwa w mitingach lotniczych, nowe polskie konstrukcje, rozwój aeroklubów), w tym także nad Wadowicami. Nad północno-zachodnim ich krańcem była strefa ćwiczeń 2. Pułku Lotniczego z Krakowa. W pogodne dni można było podziwiać popisy akrobacyjne pilotów z Krakowa (na myśliwcach Avia BH-33 i PZL P.7), także akrobację lustrzaną, gdy dwa samoloty wykonywały synchronicznie te same figury pilotażu w przeciwnych kierunkach. Raz jeden z ćwiczących samolotów lądował przymusowo w Choczni i skapotował. Szybko został drogą kołową usunięty. Niekiedy popisywały się, latając lotem koszącym tuż nad dachami miasta samoloty PZL 23 Karaś, a podczas spektakularnych ćwiczeń brygad obrony przeciwlotniczej w ubraniach przeciwiperytowych z użyciem świec dymnych i gazów łzawiących bojowe samoloty udawały szkolne erwudziaki z Bielska (RWD-8). Te ćwiczenia obrony przeciwlotniczej, w miarę zbliżania się wojny stały się częstsze, obejmowały całe miasto. Pamiętam, że ukończyłem kurs obrony przeciwlotniczej, miałem piękne świadectwo ukończenia tego kursu (zaginęło podczas wojny) i nosiłem w klapie nieprzepisowy, przeznaczony dla działaczy znaczek LOPP.

Lato 1939 roku było upalne, nad Wadowicami latały samoloty i szybowce. Słyszałem warkot samolotów, ale nie widziałem ich, gdyż walczyłem o życie, zmagając się z zapaleniem opłucnej.

ŚWIETLICA

Uczniem wadowickiego gimnazjum - obecnie Liceum im. Marcina Wadowity był Emil Zegadłowicz. Wspomnienia z okresu swojej edukacji zawarł w powieści wspomnieniowej Żywot Mikołaja Srebrempisanego. Mieszkał w latach trzydziestych w swoim rodzinnym dworku w Gorzeniu Górnym - kilka kilometrów od Wadowic. Miejsce to było ośrodkiem spotkań grupy literackiej zwanej Czartakiem - od ruin zboru ariańskiego nad Skawą, w pobliżu Gorzenia. Tam też powstał zbiór wierszy Zegadłowicza Powsinogi beskidzkie z pięknymi poematami o świątkarzu Wowrze i wędrownym szklarzu.

Sława Emila Zegadłowicza, jego twórczość literacka związana z Podbeskidziem i konkretnie z Wadowicami i wadowickim gimnazjum była powodem pomysłu (inspirowanego przez polonistę tego gimnazjum Kazimierza Forysia, przyjaźniącego się z Zegadłowiczem) utworzenia w gimnazjum świetlicy jego imienia. Pomysł ten został zaaprobowany przez mojego ojca i wyższe władze szkolne. Miało to być pomieszczenie w stylu ludowym. Wnętrze zaprojektowali malarz Kazimierz Suknarowski i rzeźbiarz Wincenty Bałys, który wykonał też popiersie Emila Zegadłowicza. Meble wykonano w stylu góralskim, podobnie jak polichromię świetlicy z motywami góralskimi i parzenicą w centralnym punkcie, gdzie na drewnianym postumencie umieszczono wspomniane wyżej gipsowe popiersie Zegadłowicza. Na półkach nad drewnianą boazerią stanęło kilkanaście świątków Wowry, a w witrynach pod jedną ze ścian piękne modele polskich statków floty handlowej i okrętów wojennych, wykonane w gdyńskiej stoczni, gdzie jakąś figurą był były uczeń gimnazjum. Nad drzwiami, które znajdowały z prawej strony głównego wejścia do gimnazjum i łacińskiego wiersza Casta placent superis. Puracum veste venite, et manibus puris sumite fontis aquam umieszczono wycięte w pracowni profesora Jacha z nowego srebra litery, tworzące na niebieskim tle napis: ŚWIETLICA IMIENIA EMILA ZEGADŁOWICZA. Świątki przyniósł sam Wowro. Poczęstowany przez moja matkę herbatą opowiadał, jak zawoził świątki samemu prezydentowi Mościckiemu. Miał je zawinięte w gazetę, ale deszczyk popadał i figury się zgnoiły.

Świetlica została uroczyście poświęcona i otwarta, ale po pewnym czasie ukazały się Zmory, co wywołało burzę i w efekcie nakaz likwidacji świetlicy imienia Emila Zegadłowicza. Zdjęto więc część alpakowych literek, rzeźba Bałysa powędrowała na gimnazjalny strych, gdzie nos Zegadłowicza został początkowo okopcony świecą, a podczas wojny rozbito jego twarz. Wszystkie świątki Wowry ukradli stacjonujący w gimnazjum we wrześniu 1939 roku Niemcy. Miałyby dziś ogromną wartość. Przed gimnazjum stoi dziś pomnik Emila Zegadłowicza, będący niezbyt udaną, wykonaną przez Suknarowskiego, kopią rzeźby Bałysa. Wincenty Bałys został w 1939 roku aresztowany przez Niemców i stracony. Jego dzieła stanowią niezwykłą rzadkość. W dworku Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym znajduje się muzeum utrzymywane przez jego rodzinę z cennymi dziełami sztuki i pamiątkami z okresu Młodej Polski i lat międzywojennych.

Z Emilem Zegadłowiczem łączy się też moje epizodyczne wspomnienie. Otrzymałem w prezencie od profesora Panczakiewicza młodego pieska foksteriera. Wracałem z ojcem od profesora ulicą Tatrzańską, niosąc tego psa. I wtedy spotkaliśmy Zegadłowicza idącego wraz z profesorem Forysiem w kierunku Gorzenia. Było to chyba już po ukazaniu się Zmor. Po wymianie grzeczności Zegadłowicz niespodziewanie zwrócił się do mnie z pytaniem, jak ten piesek się nazywa? Odpowiedziałem, że właśnie szukam dla niego imienia. A to niech się nazywa Puk - powiedział Zegadłowicz. Puk nie zagrzał u nas długo miejsca. Po pogryzieniu kolejnego dywanu i firanek wrócił do profesora Panczakiewicza.

DZIEDZINIEC

Po powrocie ze szkoły jadałem zwykle obiad przy oknie w kuchni. Wychodziło na dziedziniec szkolny, na którym wtedy zawsze coś się działo. Były wytyczone trzy boiska: najbliżej było największe do szczypiorniaka, czyli jak wówczas go nazywano hazeny, dalej do kosza i siatkówki. To ostatnie boisko przysłaniał wykusz sanitariatów, które były po obydwu stronach budynku, a zlikwidowane zostały po wojnie podczas remontu budynku (gdy dyrektorem był jeszcze ojciec). Można było obserwować rozgrywki na tych boiskach, którymi rządził profesor Panczakiewicz. Gry odbywały się po gimnastyce i słychać było wtedy wielotonowy gwizdek profesora. Były tez inne, ciekawsze wydarzenia. Można było obserwować ćwiczenia PW i demonstracje broni: CKMów i RKMów prowadzone przez żołnierzy 12. Pułku Piechoty. Strzelano ślepakami. Pamiętam, że RKM nie chciał strzelać ogniem ciągłym przy użyciu tej amunicji. Przed świętami państwowymi ćwiczyła marsze gimnazjalna orkiestra dęta. Podczas tych świąt szkoła wyruszała na uroczystości (w granatowych mundurkach ze srebrnymi błyszczącymi guzikami) kolejno, począwszy od najstarszej klasy, prowadzona przez orkiestrę czasami fałszującą niemiłosiernie.

Przed oknem kuchni rosła na dziedzińcu wielka, stara lipa pachnąca pięknie w wakacyjne, ciche dni bez gwaru na dziedzińcu. W budkach dla ptaków, wykonanych w szkolnej pracowni, gnieździły się szpaki, a jeden z nich zachęcony gwizdaniem, wyśpiewywał chyba przez dwa sezony fragment walca Nad pięknym, modrym Dunajem.

Pod kuchnią na parterze mieszkał wraz z rodziną tercjan gimnazjalny Dudek wraz z rodziną. Miał trójkę dzieci, dwóch synów i córkę. Jeden z dwóch synów (nie pamiętam jego imienia) chorował ciężko na gruźlicę. Wynoszono go pod tę lipę w pogodne dni letnie. Słuchał śpiewu ptaków i majstrował rzeźby z drewnianych listewek. Nie przeżył zimy.

DWA ZEGARKI

Na wiosnę 1937 roku miała miejsce w Wadowicach uroczystość religijna. Wizytował wadowicką parafię Stefan Sapieha, książę metropolita arcybiskup krakowski. W trakcie wizyty arcybiskup miał udzielać sakramentu bierzmowania i miał też wizytować obydwie szkoły średnie: męską i żeńską.

Miałem przystąpić do bierzmowania i z tego powodu musiałem wybrać imię nadawane przy bierzmowaniu i świadka bierzmowania.

Odwiedzałem często klasztor Karmelitów „na górce". Przebywał tam mój kuzyn Leszek skierowany do gimnazjum Karmelitów o ostrym reżimie przez rodziców z Radomia. Poznałem tam ojca o imieniu jego wielkiego poprzednika - Rafała. Miał coś łagodnego, pogodnego i ujmującego w sposobie bycia, a zarazem uduchowionego, świętego. Wybrałem więc imię Rafał.

Przypominam sobie, że wówczas, podobnie jak i dziś (chociaż obecnie jest szerszy wybór) chodziło się na niedzielną mszę do kościoła parafialnego na rynku albo „na górkę". Kościół karmelitów był bardziej kameralny, a nadto można było po mszy pospacerować po niezbyt odległym miejskim parku. Te przedwojenne wspomnienia obudziły się, gdy podczas zjazdu absolwentów licealnych w 2007 roku przebywałem i nocowałem w luksusowym hotelu w miejscu dawnej bursy i słuchałem porannych dzwonów położonego tuż obok kościoła.

Na świadka bierzmowania wybrałem Karola Hagenhubera. Był to emigrant z Austrii właściciel cukierni na rogu rynku. Często jadałem u niego znakomite lody, które wytwarzała jego cukiernia (chociaż dziś sławna jest za sprawą Jana Pawła II z puszystych kremówek) i zawsze przy tym uprzejmie ze mną rozmawiał, a gdy poprosiłem go na świadka bierzmowania, był wyraźnie wzruszony.

Dobrze pamiętam przenikliwe spojrzenie arcybiskupa Sapiehy podczas bierzmowania, jego orli nos i silne uderzenie w twarz dwoma palcami, a także rękę Karola Hagenhubera na moim ramieniu. Po bierzmowaniu pan Hagenhuber zaprosił mnie na swoje lody i dał mi na pamiątkę bierzmowania i jego w nim udziału zegarek na rękę. Kiedy przyniosłem go do domu, mój zasadniczy ojciec powiedział, że takiego kosztownego prezentu nie mogę przyjąć i nakazał mi go zwrócić. Odniosłem więc panu Hagenhuberowi ten zegarek. Ale on powiedział, żebym zatrzymał zegarek i że tę sprawę z ojcem załatwi. Nie wiem, jak go przekonał. Ten francuski prostokątny zegarek służył mi przez całą wojnę i podczas studiów. Później zastąpiły go rozmaite automatyczne zegarki, których pełno w rozmaitych zakamarkach mieszkania i życia, ale ten pierwszy był najważniejszy. Chcę jednak przypomnieć jeszcze drugi zegarek. Mimo że ma już blisko 90 lat, nadal precyzyjnie chodzi. Jest to kieszonkowy, dźwięcznie tykający Schaffhausen, który służył ojcu prawie przez całe zawodowe życie. Po jego śmierci moja matka przekazując go swojemu wnukowi Krzysztofowi, przypomniała mu, że ta pamiątka po dziadku sterowała rytmem wadowickiego liceum i gimnazjum.

12. PUŁK PIECHOTY

Główne zabudowania koszarowe 12 Pułku Piechoty położone były przy ulicy 3 Maja. Był to pamiętający czasy monarchii austro-węgierskiej gmach o potężnych, grubych murach, gdzie przed pierwszą wojną światową stacjonował 56. Infanterie Regiment. Po wojnie w koszarach nazwanych imieniem generała Stanisława Fiszera, który był adiutantem Tadeusza Kościuszki, a następnie szefem sztabu armii Księstwa Warszawskiego i poległ w kampanii w 1812 roku, stacjonował batalion 12. Pułku Piechoty. Przed koszarami był pomnik z żołnierzem opartym na karabinie, wystawiony dla uczczenia 350 żołnierzy pułku poległych w działaniach bojowych w latach 1918 - 1920 (na Śląsku, Wołyniu i w wojnie polsko-bolszewickiej). Przed tym pomnikiem odbywały się defilady w święta państwowe. Drugi batalion stacjonował w koszarach Chocimskich u północnego wylotu miasta, za Choczenką. Tam też były stajnie koni, garażowały tabory, artyleria pułkowa, samochody. Przy ulicy Mickiewicza, za ulicą Pierackiego położone były magazyny pułkowe - intendentura, którą rządził kapitan Łużecki, oficer z II Brygady Legionów. Przyjaźniłem się z jego synem - jedynakiem Jurkiem. Prywatny arsenał kapitana, karabinki kawaleryjskie, pistolety wykorzystywaliśmy w zabawach w wojnę. Kapitan Łużecki był zapalonym hodowcą gołębi pocztowych, których eskadry krążyły nad Wadowicami, ale także podobnie jak mój ojciec działaczem „Strzelca". Jeździł na niedzielne inspekcje organizacji regionalnych pułkową dodżką (półciężarowy Dodge pamiętający chyba czasy pierwszej wojny światowej, ale sprawny) lub terenowym łazikiem. Zabierał nas - Jurka i mnie ze sobą. Dzięki niemu poznałem wówczas rejony podgórskie od Wisły po Krynicę. Na miejscu intendentury znajdują się obecnie paskudne budynki jakichś firm. Pozostał chyba tylko jeden z baraków magazynowych 12. Pułku. Za intendenturą w kierunku Choczni, ale po przeciwnej stronie, u wylotu miasta znajdowała się prochownia w niewielkim parterowym budynku, otoczonym drutem kolczastym i strzeżonym w dzień i w nocy. Straszono, że gdyby wyleciała w powietrze, kamień na kamieniu z Wadowic by nie został. O określonych godzinach maszerował środkiem jezdni oddział warty, który zmieniał posterunki przy magazynach i prochowni.

W wielkie święta 12. Pułk Piechoty występował w całej krasie. Dwa bataliony stały w szeregach na rynku (trzeci batalion pułku bazował w Krakowie). Była też pułkowa orkiestra, a sygnał trąbki poprzedzał komendę prezentuj broń - podczas podniesienia. W czasie procesji Bożego Ciała niosącego monstrancję proboszcza księdza Prochownika prowadził burmistrz Bernhardt i dowódca pułku, a po bokach baldachimu szli żołnierze asysty honorowej.

Ciekawe były odbywające się za miastem powitania wojska powracającego z manewrów. Żołnierze z wyposażeniem bojowym szli zakurzeni i opaleni z bukietami kwiatów, które im rzucano, toczyły się ciągnięte przez konie działa i taczanki z karabinami maszynowymi. Najciekawsze były małe czołgi - zabawki - tankietki TKS uzbrojone w karabiny maszynowe, do których podczas postoju można było zaglądnąć i obejrzeć ich wnętrze. To było wojsko!

BUKI

Nad bramą wejściową do wadowickiego parku był napis TUM WIO - skrót oznaczający Towarzystwo Upiększania Miasta Wadowic i Okolicy - gospodarza parku. Wówczas, w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, park ten był dumą Wadowic. Miał postać dużego prostokąta łagodnie opadającego w kierunku południowym, gdzie na horyzoncie widniała panorama Małego Beskidu. W parku otoczonym gęstym, strzyżonym żywopłotem posadzone były egzotyczne drzewa, a między nimi wytyczone były alejki. Zbudowano altany i muszlę koncertową, gdzie w czasie organizowanych w parku festynów przygrywała orkiestra 12. Pułku Piechoty. W domku znajdującym się z prawej strony wejścia mieszkał ogrodnik opiekujący się parkiem. W 1934 roku zbudowany został zbiornik wody służący jako wieża ciśnień powstających w mieście wodociągów. Z usuwanej z wykopu ziemi usypany został kopiec poświęcony Adamowi Mickiewiczowi. Powstały też otoczone wysoką siatką korty tenisowe. Na stoku opadającym ku południowi biegły wzdłuż granic parku alejki otoczone zaroślami świerkowymi, gdzie w latach trzydziestych zbierałem w jesieni dorodne rydze.

Z kopca roztaczał się piękny widok na panoramę Małego Beskidu z szachownicą pól i Księżym Lasem u dołu (gdzie przed wojną brałem udział w harcerskich podchodach), wyżej, z Bliźniakami i Łysą Górą, gdzie nad przełęczą (po której prowadził niebieski szlak na Leskowiec wytyczony przez profesora Panczakiewicza, a nazwanej obecnie jego imieniem), znajdował się swoisty azyl - rezerwat motyli paź królowej. I wreszcie jeszcze wyżej widać było nad wsią Ponikiew pasmo Potrójnej, Gancarza i Leskowca, ściślej widoczna była położona przed szczytem Leskowca od strony Wadowic, Jaworzyna. Pokryta łąkami i poprzecinana zagajnikami, była w lecie zielona, w zimie biała, pokryta śniegami, które znikając, świadczyły o zbliżającej się wiośnie.

Chodziłem nieraz po tych grzbietach, ale w szczególności zapamiętałem ostatnią wędrówkę z Magurki na Laskowiec na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych z moją przyszłą żoną Haliną. Wtedy na Potrójnej były jeszcze kurne chaty i grób nieznanego partyzanta, a na Leskowcu ocalałe z pożogi wojennej schronisko czarowało prawdziwie górską, turystyczną atmosferą. Ze szczytu Laskowca roztaczał się jak zawsze piękny widok na Tatry, a poskręcane wichrami buki trwały. Pisał o nich poeta Czartaka Tadeusz Szantroch, przyrównując je do żołnierzy Cambronne'a:

Cześć wam bracia rycerze na beskidzkiej górze -
tym pniom waszym sękatym piersiom bez zalęku,
co w największe jednako się wpierały burze
a blizn chwałę zaszczytną w każdym noszą sęku.

Pozostały wspomnienia i tęsknota za tymi górami, bukami. Śledzę wiadomości z Beskidów. Przysyła mi je znawca tych gór Zbigniew Kubień z Andrychowa - także wieści o przeszłych i teraźniejszych wydarzeniach lotniczych związanych z tymi górami.

POCIĄGI

Od dzieciństwa frapowały mnie koleje. Pamiętam, że kiedyś, gdy miałem chyba 5 lat, ojciec zrobił mi własnoręcznie kolejkę. Miała kilka wagoników, a kocioł parowozu był wykonany chyba z puszki po Sidolu. Była to jedyna zabawka samodzielnie wykonana dla mnie przez ojca i pewnie dlatego dokładnie ją pamiętam. Zastąpiły ją później nakręcane, napędzane sprężynowo kolejki. Pamiętam też kolejkę Tadeusza Sowińskiego, syna właściciela „Apteki pod gwiazdą" na wadowickim rynku. Miała ona długie tory z rozjazdami i po rozstawieniu zajmowała cały pokój.

Bardziej interesujące były prawdziwe koleje. W Brzesku można było je oglądać obok stacji w Słotwinach, dokąd chodziło się na spacery niedzielne do kapliczki - kościółka. W przylegającym lesie odbywały się festyny czy odpusty.

Wadowice były stacją węzłową i ruch tych pociągów, przetaczanie i zestawianie wagonów oglądałem razem z Kazikiem Fuchsem, z którym się przyjaźniłem, a który był synem zawiadowcy i mieszkał na stacji. Chodziliśmy też w zarośla wiklinowe nad Skawą. Robiliśmy wiklinowe łuki, bawiąc się w Indian. Ale ojciec Kazika zginął tragicznie (popełnił samobójstwo) i Kazik wyjechał wraz z matką i starszym bratem do Krakowa. Podczas wojny przyszło do ich mieszkania Gestapo. Aresztowano brata, a przy sposobności zabrano Kazika. Brat przeżył Oświęcim, a Kazik tam zginął.

Bezpośrednio po wojnie koleje stanowiły dla mnie użytkowy środek transportu pomiędzy Bochnią a Krakowem i Wadowicami a Krakowem. Z Bochni do Krakowa jechało się początkowo w pustych, otwartych szerokotorowych, wagonach towarowych wysyłanych z Rosji po powracające wojsko i zdobycz wojenną. Po takiej podróży trzeba było się dokładnie myć i usuwać sadzę z włosów.

Podczas pierwszych lat studiów jeździłem z Wadowic do Krakowa w wagonach pamiętających okres sprzed pierwszej wojny światowej. Czasem były tak przepełnione, że nie można było wejść do środka wagonu, a podróżowało na zewnętrznym balkoniku. Niekiedy zatrzymywali pociąg powojenni partyzanci rezydujący w lasach w pobliżu Kleczy.

Trzeba było zazwyczaj przesiadać się w Kalwarii Lanckoronie do pociągu jadącego z Zakopanego, czekając godzinę lub dłużej. Pamiętam że raz jechałem z Wadowic do Krakowa z piękną uczennicą mojej siostry z Krakowa, która wracała z Wadowic po zdaniu jakichś egzaminów gimnazjalnych. Czekając na pociąg z Zakopanego, bardzo pragnąłem, żeby wcale nie przyjechał.

Na zjazd absolwentów liceum i gimnazjum w 2007 roku pojechałem z Krakowa do Wadowic wożącym zazwyczaj pielgrzymów, komfortowym pociągiem, tzw. papieskim. Pociąg zatrzymywał się na stacjach związanych ze śladami pobytu i pielgrzymek Jana Pawła II. Stacje były czyste, ciche i puste. Samochodowy transport wyeliminował krótkodystansowy transport kolejowy.

NARTY

W połowie lat trzydziestych dostaliśmy z siostrą na św. Mikołaja narty łącznie z butami. Po początkowych trudnościach (buty zostały skradzione) zacząłem jeździć na tych nartach. Pierwsze narciarskie kroki stawiałem na górce zwanej Czumówką lub Czumą od domu rodziny Czumów, na której się znajdował. Pochodził z niej generał Czuma, obrońca Warszawy w 1939 roku. Po pobycie w obozie jenieckim znalazł się w Anglii i nie powrócił już do rodzinnego domu, który popadł w ruinę.

Stok położony opodal ulicy Słowackiego był łagodny i łatwo się z niego zjeżdżało, ale z prawej strony były urozmaicone wertepy dla zaawansowanych i odważnych.

Wyższe góry były na wschód i południe od Wadowic. Na wschód, najbliżej Wadowic były stoki Dzwonka, na których prowadził naukę narciarstwa dla uczniów gimnazjum profesor Panczakiewicz. Mimo że nie chodziłem jeszcze do gimnazjum, brałem udział w tych kursach. Profesor uczył mnie krystianii z przeciwskrętem tułowia i szerokich telemarków z przyklęknięciem. Później po latach wojny trzeba się było uczyć kilkakrotnie narciarstwa na nowo, gdyż zmieniał się sprzęt i style jazdy. Podczas wojny w Kobylu jeździłem na nartach siostry, która nie entuzjazmowała się narciarstwem, a ze swoich wyrosłem. Okupant, w związku z zimowymi walkami w Rosji, zarządził konfiskatę nart o długości przekraczającej 140 cm. Musiałem więc narty obciąć z przodu, a w szczególności z tyłu. Na tak skróconych nartach jeździłem po okolicznych górkach i łąkach w zimie w 1941/42 i 1942/43. Raz z takiej wędrówki przywiozłem zająca, który złapał się w sidła, Poratowało nas to, bo z wyżywieniem było krucho, ale miałem potem wyrzuty sumienia.


WRZESIEŃ

Lato w 1939 roku było pogodne i upalne. Leżałem ciężko chory z gorączką na ropne zapalenie opłucnej. Dr Sołtysik, dyrektor wadowickiego szpitala wykroił mi otwór w plecach, co miało zlikwidować wysięk. Matka karmiła mnie w wyszukany sposób, piłem nawet stare omszałe drogie wino, aby zbierać siły do walki z chorobą. Ale to nie pomagało. Nie było wówczas jeszcze penicyliny. Przewieziono mnie do Krakowa do kliniki dziecięcej na ulicy Strzeleckiej 2. Tam dr Gasiński operował mnie powtórnie, co też nie spowodowało przełomu. Dopiero po kilku tygodniach, gdy doktorzy Giza i Pochopień zaczęli mi wlewać do opłucnej antistreptinę (nowy wówczas lek) i jakieś szczepionki, zacząłem powracać do zdrowia. Pogodne dni spędzałem w ogrodzie kliniki. Była ona niezbyt odległa w linii prostej od rakowickiego lotniska (gdzie dziś znajduje się Muzeum Lotnictwa). Obserwowałem loty samolotów. Były rozmaite, cywilne i wojskowe, kręciły akrobacje, wykonywały loty po kręgu.

Na początku września miałem opuścić klinikę. 1 września obudziła mnie strzelanina i warkot samolotów. Początkowo mówiono, że są to kolejne ćwiczenia przeciwlotnicze, ale wkrótce okazało się, że to odgłosy wojny. Przez duże okno pokoju w klinice widziałem dwusilnikowe samoloty w wirażu w kierunku bliskiego dworca kolejowego, towarzyszący im huk dział przeciwlotniczych i zaraz później głuchy łomot wybuchających bomb. Wkrótce potem widać było pojedynczy dwupłatowy samolot (prawdopodobnie Henschel 123) ścigany, niestety, odległymi obłoczkami wybuchów pocisków przeciwlotniczych. Wysoko na niebie, nad lotniskiem rakowickim pojawiło się kilkanaście czarnych punktów. Nagle punkty te zaczęły rosnąć, przekształcając się w nurkujące Stukasy (Ju 87), od których odrywały się bomby, a samoloty wychodziły z lotu nurkowego w różnych kierunkach. Nad lotniskiem unosił się długo ciemny dym.

Wieczorem dorożką, którą z trudem znalazła moja siostra, pojechaliśmy z matką i siostrą na Salwator. Tam zatrzymaliśmy się przy ulicy Anczyca w mieszkaniu mojej dalszej kuzynki dr Anny Bocheńskiej, która z synem nie powróciła jeszcze z wakacji, a jej mąż dr Zbigniew Bocheński, powołany do wojska, stracił oko na dworcu krakowskim trafiony odłamkiem podczas nalotu, który rano obserwowałem, i następnie ewakuowany został na wschód do Rumunii (skąd dość szybko powrócił). Na Salwatorze była cisza i spokój, ale rano 2 września zatrzęsły się mury i okna od bombardowania, znajdującej się na Salwatorze, radiostacji Polskiego Radia. Szyby nie wyleciały tylko dlatego, że były zabezpieczone przyklejonymi na krzyż paskami papieru. Takie naklejanie pasków na oknach nakazały władze na krótko przed wybuchem wojny. Pod wieczór pojawiły się krążące nad kopcem Kościuszki i Sowińcem trójki samolotów rozpoznawczych Lublin RXIII - jak pożegnanie. Były to ostatnie polskie samoloty, jakie widziałem we wrześniu.

Cały Kraków był dobrze widoczny z górującego nad nim Salwatora, w szczególności z okien znajdującego się w sąsiedztwie domu, gdzie mieszkali rodzice Anny Bocheńskiej, wujostwo Misiągowie. Naloty w trzecim dniu powodowały widoczne z góry pożary. Dochodziły też wieści o ofiarach. Usytuowana na skraju błoń bateria armat przeciwlotniczych prowadziła hałaśliwy ogień do niemieckich samolotów. Pod drzewami ulicy 3 Maja, wzdłuż błoń, gromadziło się coraz więcej wycofującego się wojska. Nocą od strony północno-zachodniej widać było łuny pożarów. Później błonia opustoszały, a 6 września na horyzoncie, między słupami dymów od pożarów, pojawiły się na biegnących do Krakowa drogach smugi kurzu wzniecanego przez zbliżające się niemieckie kolumny zmotoryzowane. Ojciec, który dotarł do Krakowa z Wadowic, zgłosił się wraz z wujkiem Misiągiem do straży obywatelskiej, która miała pilnować porządku po opuszczeniu Krakowa przez oddziały polskie.

Następnego dnia, po wkroczeniu Niemców widać było w różnych miejscach stacjonujące oddziały zmotoryzowane i kolumnę jeńców polskich prowadzonych propagandowo po różnych ulicach wokół Krakowa w celu pognębienia patrzących. Na rynku przy studniach myli się żołnierze niemieccy, a oficerowie w kawiarni Noworolskiego zajadali się polskimi lodami z bitą śmietaną. Na dobrze widocznym przez lornetkę wujka Misiąga lotnisku rakowickim lądowały kolejką samoloty transportowo-bombowe Ju 52, które w następnych dniach startowały do lotów na wschód. Pojawiły się też eskadry myśliwców Bf 109. Przelatywały nisko nad Salwatorem i widać było czarne krzyże na błękitnych od dołu skrzydłach. Przyleciał też do Krakowa niewielki, eskortowany przez samoloty sterowiec.

Kiedy uruchomiono komunikację i ojciec dostał sygnał, że wojsko niemieckie opuściło budynek szkolny, wrócił do Wadowic. Spodziewał się, że możliwe będzie uruchomienie nauczania, choć przyszłość okupacyjna była wielką niewiadomą. Pozostałem w Krakowie, w gościnnym mieszkaniu Bocheńskich wraz matką i siostrą jeszcze przez dwa tygodnie. W czasie tych dwóch tygodni zaczytywałem się w książkach o starej broni z fachowej biblioteki dra Zbigniewa Bocheńskiego, znakomitego znawcy starej broni siecznej i ochronnej, cenionego przed wojną i po wojnie. Moje hobby - broń sieczna - wtedy zakiełkowało.

TO JEST WOJNA PRZEGRANA

Po klęsce wrześniowej ojciec powrócił pierwszy do Wadowic. Ja z matką i siostrą pozostaliśmy jeszcze w Krakowie. Ojciec zastał budynek gimnazjalny nie zniszczony, opuszczony przez kwaterujące oddziały niemieckie. Większość wyposażenia, zbiory przyrodnicze, biblioteka ocalały. W naszym mieszkaniu pozostały meble i większość obrazów. Szafy były puste, wyposażenie kuchenne znikło. Stało się to głównie w okresie między wycofaniem się wojsk polskich a wejściem Niemców. Kwaterujący żołnierze pozostawili ślady - pamiątkowe zdjęcia i albumy ojca wymieszane zostały z melasą. Zniszczony został w szczególności pamiątkowy album z Brzeska ze zdjęciami z przedstawień amatorskiego teatru szkolnego, który przez szereg lat prowadził ojciec. Moja austriacka szabla, którą dostałem w prezencie od ojca chrzestnego podpułkownika Czamarskiego i rewolwer od wujka Jorkascha, a także dwa piękne, redukcyjne modele samolotu RWD 6 i szybowca SG 3 od inżyniera Kotowicza powędrowały jako zdobycz wojenna do Niemiec, podobnie jak modele statków i świątki Wowry ze świetlicy gimnazjalnej.

Okupanci zgodzili się na otwarcie szkoły. Zebrali się profesorowie (nie wszyscy - profesor fizyki Moroz znalazł się w sowieckiej niewoli - zginie później w Katyniu), młodzież, rozpoczęto nauczanie. Nauka trwała krótko. Po kilku tygodniach Niemcy szkołę zamknęli, podobnie jak inne szkoły średnie na całym obszarze okupowanej przez nich Polski. Powstał wówczas z inicjatywy mojego ojca unikalny dokument - cała szkoła pisała opracowanie dotyczące przeżyć we wrześniu 1939 roku. Również ja pisałem to zadanie. Prace te przetrwały wojnę i stanowią (jeśli istnieją) swoisty dokument - obraz Września widziany oczyma młodzieży.

Na początku 1940 roku budynkiem gimnazjum zainteresował się Wehrmacht, ściślej jeden ze zmotoryzowanych pułków (mający w wyposażeniu śmieszne samochody ciężarowe Krupp Kfz 81 ze skośnymi maskami silnika). Dowództwo przysłało dwóch podoficerów, którzy mieli się zając przygotowaniem kwater. Ojciec oprowadzał po gimnazjum dowódcę tego pułku - pułkownika z krzyżem Pour la Merite na szyi. Poprosił pułkownika o szanowanie unikalnych zbiorów przyrodniczych i biblioteki. Usłyszał w odpowiedzi po francusku: C'est la guerre perdue. Ale Wehrmacht nie zajął budynku gimnazjalnego. Zainteresowało się nim SS w związku z rozpoczętą akcją przesiedlania Niemców rumuńskich w rejon Wadowic. Organizowano w gimnazjum obóz przesiedleńczy dla tych Niemców. Nam nakazano opuścić gimnazjum w ciągu 24 godzin. Na szczęście, w bezpośrednim sąsiedztwie był wolny duży pokój w mieszkaniu mecenasa Majki i przenieśliśmy tam meble i rzeczy osobiste. Ten sam podoficer, który nakazał nam opuszczenie mieszkania dokładnie po 24 godzinach, przyszedł sprawdzić, czy je opróżniliśmy. Er hat Gliick - powiedział krótko. Nie mieli szczęścia opuszczania swoich domów wraz z dobytkiem okoliczni chłopi (np. z Choczni), którzy przesiedlani do Generalnego Gubernatorstwa musieli pozostawiać gospodarstwa z wyposażeniem i inwentarzem Niemcom z Rumunii i mieli ze sobą tylko węzełki na plecach. Wysiedlanych Polaków grupowano pod gołym niebem, na dziedzińcu żeńskiej szkoły powszechnej, gdzie w rozpaczy czekali na pociągi transportowe do GG.

CIĘŻARÓWKA

Było to pod koniec 1939 roku. Świeciło listopadowe słońce. Stałem z ojcem w otwartym oknie wychodzącym na ulicę Mickiewicza. I wtedy pokazał się jadący od strony rynku otwarty samochód ciężarowy. Stało na nim kilkudziesięciu mężczyzn. Pierwsza aresztowana w Wadowicach przez Niemców duża grupa Polaków. Profesor Tadeusz Kotlarczyk, brat twórcy Teatru Rapsodycznego Mieczysława, stojący w jasnym płaszczu ukłonił się ojcu szerokim ruchem trzymanego w ręce kapelusza. Może był to jego ostatni ukłon w życiu. Zginął później w obozie w Gusen, filii obozu Mauthausen. Wielu ze znajdujących się na tej ciężarówce poległo. Niektórzy, jak rzeźbiarz Wincenty Bałys, kolega Karola Wojtyły Józef Wąsik i czterej inni zostali rozstrzelani, niektórzy zginęli w obozach zagłady.

W 1977 r. prowadziłem wraz z obecnym dyrektorem technicznym Instytutu Lotnictwa mgr inż. Leszkiem Ramsem wycieczkę zorganizowaną przez SIMP na Międzynarodowy Salon Lotniczy w Paryżu. Wracaliśmy przez Austrię. Jeden z kierowców autokaru był więziony podczas wojny w Gusen i na jego prośbę zboczyliśmy z trasy, aby odwiedzić dwa miejsca hitlerowskiej kaźni: Gusen i Mauthausen. Po obozie w Gusen pozostało tylko małe miejsce pamięci z tabliczkami poświęconymi przedstawicielom narodowości zamęczonych w tym obozie. Pomyślałem na tym miejscu o mieszkańcach Wadowic wiezionych w otwartej ciężarówce. Nasz kierowca wskazał miejsce, gdzie więźniowie w nieludzkich warunkach budowali sztolnie podziemnej fabryki. Podjechaliśmy tam. W ogromnych komorach pracowały ciężkie maszyny, budowano tam - podobno - podziemne magazyny. Pojawiła się natychmiast policja austriacka, która nas dyskretnie obserwowała. O ile śladem obozu w Gusen są te sztolnie i niewielkie miejsce pamięci, to obóz w Mauthasen można było zwiedzić (za opłatą) i zobaczyć dobrze zachowane, baraki a także tablice poświęcone więźniom różnych państw - także Polakom.

SYNAGOGA

Przy biegnącej wzdłuż szkolnego dziedzińca ulicy Pierackiego stała bóżnica. Widać ją było z kuchennego okna za ogrodem Olbrychta. Była otoczona drzewami i dobrze widoczna wraz z kopułą późną jesienią i w zimie, gdy liście opadły.

Przed wojną znaczną część ludności Wadowic stanowili Żydzi. Można było obserwować folklor żydowski, gdyż przekrój społeczny tej społeczności był rozmaity. Od Żydów ortodoksyjnych po niepraktykujących, od bardzo bogatych po biedotę. Tę różnorodność można było zobaczyć w wieczorne piątki oraz w soboty, gdy z tałesami powiewającymi wystającymi z nich pod pachą cycesami, w kapeluszach otoczonych lisimi ogonami i bez lisów lub w jarmułkach zmierzali do synagogi. Wieczorem, w niektóre święta żydowskie (święto Chanuka), wystawiali w oknach płonące świece. Tak oświetlona była wtedy znaczna część kamienic w rynku. Wadowiccy Żydzi zajmowali się handlem i rzemiosłem - także rzadkimi specjalnościami. Pamiętam, że kiedyś matka posłała mnie do rzemieślnika zajmującego się endlowaniem z jakimś materiałem, który wymagał tego zabiegu. Był to Żyd z piękną brodą i na pytanie, czy zajmuje się endlowaniem, otrzymałem charakterystyczną odpowiedź pytaniem na pytanie: co to ma być? Powtórzyło się to kilkakrotnie i potwierdzenia nie uzyskałem. Moja matka kupowała rozmaite towary pasmanteryjne w sklepie na rynku, obok kolonialnego sklepu Rzyckiego. Kupowało się „na książeczkę", a regulowało rachunki raz na miesiąc. Pamiętam niskiego, przygarbionego Żyda, który codziennie rano roznosił w wielkim koszu świeże obwarzanki, wołając: bajgele! bajgele! Byłem świadkiem podczas okupacji, w pierwszym jej roku, gdy Żydom nakazano nosić opaski z gwiazdą Dawida i zlikwidowano żydowski handel, jak dwóch młodych osobników w mundurach Hitler Jugend chwyciło przemykającego naprzeciwko nich pod murem byłego roznosiciela bajgeli i skopało go dotkliwie.

Była też w przedwojennych Wadowicach inteligencja żydowska - adwokaci, lekarze, dentyści. Żydzi (nieliczni) uczęszczali do gimnazjum i liceum i panowała tam pełna tolerancja. Można tu przypomnieć przyjaźń Karola Wojtyły z Jerzym Klugerem (jego ojciec był kapitanem rezerwy służącym podczas wojny w legionach) trwającą po czasy papieskie, czy udział w teatrze szkolnym uczennic gimnazjum żeńskiego Marii Weber i Giny Beer (późniejszych działaczek lewicowych), które występowały razem z Karolem Wojtyłą w kilku przedstawieniach.

Nieco mniej tolerancji było w szkole powszechnej. W mojej klasie Żydzi siedzieli w odrębnym rzędzie ławek, a ich nakrycia głowy - byli przyzwyczajeni do występowania w nakryciach głowy, także w pomieszczeniach zamkniętych - zdecydowanie strącane przez kolegów. Otwarcie powszechnej szkoły żydowskiej zakończyło wkrótce wspólną naukę.

Po wkroczeniu Niemców jednym z pierwszych elementów prześladowania i zamierzonej eksterminacji Żydów było wysadzenie w 1939 roku w powietrze wadowickiej synagogi, co oglądałem z okna w kuchni. Po nawierceniu otworów w murach kolejno wysadzano poszczególne ściany, które opadały w kłębach ceglanego kurzu. Mury były grube, solidne i kilkakrotnie w następnych dniach wysadzano dodatkowo część centralną bożnicy (bimę?). Później, przed moim wyjazdem z Wadowic, zaczęto organizować w rejonie ulicy Krętej odchodzącej od ulicy Mickiewicza (wówczas Bielitzerstrasse) getto żydowskie zlikwidowane później w 1944 roku.

KOTY

Namiętności teatralne mojej siostry Haliny pojawiły się wcześnie. W Brzesku, na szkolnym przedstawieniu tańczyła taniec kota. Miała piękny strój uszyty przez matkę z białych i czarnych króliczych skórek. Miał kocie uszy i wąsy i piękny ogon. Podczas tańca niespodziewanie wyskoczyłem na scenę i pociągnąłem ją za ten ogon. Długo nie mogła mi tego darować.

Historia z prawdziwym kotem wydarzyła się później. Na przełomie 1939 i 1940 roku mieliśmy kotka. Był to przyjemny kot, biały półangor, który nie bał się wody (mył się pod kranem). Ponieważ liczyliśmy się z opuszczeniem mieszkania w gimnazjum, zdecydowaliśmy oddać kota na wieś. Wówczas ustanowiono na Skawie granicę między Reichem - Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem. Pojawiła się straż graniczna, azyl dla dekowników, który bronił przed służbą w oddziałach frontowych, Dziewczyna z Kleczy Górnej, która przychodziła do nas z żywnością, zabrała do siebie tego kota. Celnicy na moście zabrali go i rzucili w krzaki. Kot był własnością Rzeszy niemieckiej i nie mógł jej opuszczać. Po tygodniu kot wrócił. Podczas procesji Bożego Ciała na rynku (jeszcze się wówczas na rynku odbywała) skoczył na kark mojej siostrze - dosłownie rzucił się jej, mrucząc, na szyję. Później przemycony znalazł się jednak na wsi.

Po wielu latach rezydowały w naszym warszawskim mieszkaniu kolejno dwa kotki, ale spadły z piątego piętra i zginęły.

Przez prawie swoje całe życie przebywała w naszym domu w Muszynie kotka - Ko- ciucha. Ona sobie nas wybrała i stała się współgospodynią tego domu. Asystowała przy zabawach wnuczek w lecie i w zimie. Kiedy wyjeżdżaliśmy, miała w sąsiedztwie zastępczy dom, ale zbliżającą się rozłąkę przeczuwała i przeżywała jakoś w swoim kocim sercu. Wracała, gdy przyjeżdżaliśmy. Kiedyś wróciła chora i wymagała natychmiastowej operacji. Nie obudziła się z narkozy. Wkrótce później i dom w Muszynie zniknął z naszego życia. Pozostał wraz z kotką w pamięci.

LUDWIK I LUDWIK

Po zamknięciu gimnazjum i liceum kształcenie młodzieży ograniczyło się w Reichu, do którego zaliczono Wadowice, do siedmioklasowej szkoły powszechnej. Otwarta została taka szkoła pod zarządem niemieckim. Dyrektorem został Niemiec (Reichsdeutsch?), Szak, Schak czy Schack, członek NSDAP noszący stale znaczek NSDAP ze swastyką w klapie. Ponieważ skończyłem przed gimnazjalne sześć klas, do skończenia szkoły powszechnej brakowało mi siódmej klasy. Zacząłem chodzić do tej szkoły. Szkoła miała na celu nie tylko nauczanie, ale także indoktrynację. Na lekcjach języka niemieckiego nauczano śpiewania niemieckiego hymnu i Horst Wes- sel-Lied. Kiedy wizytował klasę Schak i pozdrawiał uczniów pozdrowieniem hitlerowskim, nakazano uczniom podniesienie ręki. Przypominam sobie jego wizytację klasy i jego przywitanie Heil Hitler. Ale nikt nie podniósł ręki. Nauczyciel zwrócił się do nas potem, aby jednak podnosić rękę ze względu na możliwe kłopoty, także jego. Chodziłem do tej szkoły krótko. Przeziębienie przerwało chodzenie do szkoły. Zamierzaliśmy też opuścić Wadowice i przenieść się do Wojnicza do rodziny ojca. Kiedy przestałem chodzić do szkoły, spotkał mnie i zaczepił pytaniem Schak; dlaczego nie chodzę do szkoły? Zaskoczony, że mnie rozpoznał, odpowiedziałem, że chorowałem i że wyjeżdżam z rodziną do GG i tam ukończę szkołę. W istocie, w Wojniczu w czerwcu 1941 roku zdałem eksternistyczny egzamin ukończenia 7 klasy i mam to pamiątkowe świadectwo tamtych czasów w dwóch językach: Schul-Entlas- sungszeugnis - Świadectwo ukończenia szkoły powszechnej.

W 1940 roku u mecenasa Majki, który podobnie jak mój ojciec pamiętał okres C.K Austrii i znał świetnie język niemiecki, uczyłem się wraz z jego synem (jednym z trzech) Jerzym tego języka. Dzięki mecenasowi znam go w miarę dobrze i potrafię nawet czytać teksty pisane gotykiem. Nieżyjący Jurek zajmował się później po wojnie harcerstwem (socjalistycznym) i był działaczem partyjnym. Kierował przez pewien czas dziennikiem Trybuny Ludu. Jego młodszy brat Janek pięknie jeździł na nartach. Spotykaliśmy się po wojnie na Kasprowym Wierchu.

Do mojej edukacji w 1940 roku należało malarstwo. Uczył mnie techniki akwarelowej, wspomniany wyżej, profesor Ludwik Jach. Sam malował akwarelami i techniką olejną. Jego dwie piękne akwarele i jeden obraz olejny wisiały w naszym gimnazjalnym mieszkaniu. Jedna akwarela przedstawiała kapliczkę przydrożną, a druga różę. Kapliczkę ukradli Niemcy w 1939 roku; olej z krajobrazem z burzą zaginął później, a róża wisi nadal w moim mieszkaniu.

Uczyłem się malarstwa wraz z ukochanym młodszym synem profesora Jacha, również jak ojciec, Ludwikiem. Był nieco starszy ode mnie. Nazywany był przez rodzinę Kotusiem. Cierpiał na poważne skrzywienie kręgosłupa i może dlatego był podwójnie kochany. Profesor Jach uczył nas, jak na papier nanosić barwne plamy akwarelowe, jak cierpliwie czekać aż wyschną, aby się ich kontury w sposób niezamierzony nie zdeformowały. Szybko dostrzegłem, że w Juniorze drzemie talent. Później szedł śladami ojca i malarstwo wypełniło mu życie. Był członkiem powojennej grupy twórców nawiązującej do przedwojennego Czartaka II, którego członkiem był jego ojciec.

Nauki malarskie profesora Jacha wykorzystywałem później przy ilustrowaniu własnych publikacji, a także w malarstwie, które po przejściu na emeryturę traktowałem jako hobby, kopiując m.in. obrazy Gustawa Klimta, tworząc pastisze i nieliczne własne obrazy olejne.

Profesor Jach był optymistą. Ponieważ był nauczycielem robót ręcznych, montował podczas wojny radia i słuchał wiadomości z Londynu. Przekazywał je potem szeptem i w wielkiej tajemnicy, w sposób, jakby już wtedy, w 1940 roku Niemcy przegrywali wojnę. We wrześniu 1940, kiedy malowaliśmy widok ogrodu, przeszła nad Wadowicami burza. Błyskało się, słychać było grzmoty, a Kotuś należał do tych ludzi, którzy denerwują się podczas burzy. Profesor uspokajał go: nad Anglią walczą teraz nasi piloci i niebo jest dla nich naprawdę groźne i nie mogą się denerwować - był to okres Bitwy o Wielką Brytanię.

WOJENNE PRZEPROWADZKI

Na początku 1941 roku znalazłem się wraz z rodzicami w Wojniczu. Znaczna część naszego dobytku została umieszczona na strychu rodzinnego domu ojca. Ja wraz z rodzicami zamieszkałem w domu ciotki matki Wajdo wieżowej. Mieszkaliśmy tam przez cztery miesiące. Uczyłem się chodzić z pługiem, ciąłem i rąbałem drzewo na opał (z Jurkiem Łowczowskim, z którym grywałem też w ping-ponga - dziś adwokatem w Zakopanem), uprawiałem ogródek, a także ukończyłem eksternistycznie 7 klasę szkoły powszechnej. W czerwcu miały miejsce przerzuty wojsk niemieckich na wschód. Przed domem ciotki Wajdowiczowej rozłożyła się radiostacja, która prowadziła łączność z transportowanymi oddziałami. Przelatywały nad Wojniczem klucze samolotów bombowych Henkel He 111.

Po rozpoczęciu wojny z Rosją słychać było od wschodu odległy ogień artyleryjski. Właśnie wtedy ojciec otrzymał posadę nauczyciela w szkole powszechnej w Kobylu. Była to wieś położona na południe od Bochni, ok. 5 km na wschód od Wiśnicza Nowego. Pojechaliśmy tam wozem konnym i zamieszkali w izbie z piecem kuchennym. Nie było tam żadnych wygód, ale doskwierająca, wojenna bieda. Po kartkowy chleb z otrębami trzeba było chodzić do Wiśnicza, oświetleniem była lampa karbidowa albo księżyc. Latem plagą były muchy (obok była stajnia). Wieś była biedna i gnębiona przymusowymi dostawami produktów rolnych. Trudno było o kupno mleka. Część mężczyzn pracowała poza wsią i przyjeżdżała na niedziele. Wtedy w niektórych miejscach unosił się zapach eteru, taniego skoncentrowanego substytutu alkoholu kupowanego w szpitalach.

Życie zmusiło nas, a w szczególności mnie, do zajmowania się uprawą roli. Dzierżawiliśmy kawałek gruntu, gdzie sadziłem ziemniaki, okopywałem je (w wysokie tzw. koziołki, gdyż ziemia była gliniasta, nieurodzajna). Po drzewo chodziło się do lasu, gdzie dzięki przychylności leśnictwa można było zbierać gałęzie pozostałe po ścince drzew. Ociosywało się je z drobnych gałęzi i igliwia, ustawiało w pryzmy, za które płaciło się niewielkie kwoty. Zezwalano też na wycinanie suchych świerków w gęstwinach, ale była to cięższa praca, po której mieliśmy z ojcem pokrwawione ręce. Budowałem z drewna samoloty - zabawki, które malowałem na kolorowo i sprzedawałem w zaprzyjaźnionym sklepie pani Dobeszowej w Bochni. Odwiedzałem ciotkę i wujka w Bochni. Przez wzgórza i las szło się tam 2-3 godziny. Przypominam sobie, że podczas jednej z takich wypraw unosił się nad miastem przenikliwy zapach palonych ciał w efekcie pogromu w otoczonym drutami getcie.

Do Kobyla przyjechała z nami biblioteka ojca. Dużo czytałem i zacząłem przerabiać klasy gimnazjalne. Mieliśmy zawsze nadzieję, że Niemcy zostaną pokonane. Pod koniec 1942 roku coraz wyraźniej zaznaczała się przewaga aliantów na frontach. W roku 1943 roku przenieśliśmy się do Wiśnicza Nowego, co miało związek z coraz szerszym tajnym nauczaniem, o czym piszę w innym miejscu. Późną jesienią 1943 roku zachorowałem na ciężką żółtaczkę. Wyciągnięto mnie z niej w krakowskim szpitalu.

KSIĘGI

Kiedy ojciec był nauczycielem w Kobylu, po zakupy (po kartkowy, czarny chleb z otrębami, buraczaną marmoladę, karbid do lampy itp.) trzeba było chodzić do oddalonego o 5 km Wiśnicza Nowego. Było to wówczas, w 1942 roku miasteczko, ruchliwe i gwarne, w przeważającej mierze zamieszkałe przez Żydów licznych tam przed wojną, a w czasie wojny przesiedlanych przez Niemców z sąsiednich miejscowości.

Pewnego dnia byłem w Wiśniczu z ojcem, który spotkał znajomego adwokata z Brzeska czy Wadowic (nie zapamiętałem jego nazwiska). Zaprosił nas do siebie. Mieszkał przy rynku, w dużym ciemnym pokoju. Rozmawiał z ojcem, a ja siedziałem przy etażerce i przeglądałem książki. Były tam jakieś podręczniki prawnicze i słowniki. Może ci się któryś przyda? - zapytał adwokat - mnie już na pewno nie będą potrzebne. Wybrałem jeden ze słowników i mam go do dzisiejszego dnia. Wkrótce później byłem w Wiśniczu. Miasteczko było ciche i puste. Rynek był zasłany wielkimi kartami z hebrajskich ksiąg, które przeganiał wiatr.

ŻAGIEW

Wędrując po wsi Kobyle, patrzyłem na latające ptaki. Na kominie szkoły powszechnej gnieździły się bociany. Podpatrywanie ich życia, wychowywania piskląt, nauki latania było pouczającą lekcją przyrody. Ale nad Kobylem latały też inne „ptaki". Prowadziła tędy trasa niemieckich przelotów zaopatrzeniowych na front wschodni. O określonej porze dnia w leciały na wschód dość nisko nad ziemią zwykle dwa samoloty Heinkel 11 IZ holujące za sobą szybowce transportowe. Była to dla mnie zaskakująca nowość. Heinkel He 111Z (Zwilling) stanowił konstrukcję składającą się z dwóch bombowców He 111H połączonych ze sobą skrzydłem o stałej cięciwie, (na którym zabudowano dodatkowy piąty silnik), zastępującym jedno skrzydło zewnętrzne każdego samolotu. Zespół napędowy samolotu - pięć silników Jurno 211F-2 każdy o mocy 1000 kW umożliwiał holowanie przez ten samolot jednego ciężkiego szybowca Messerschmitt Me 321 lub dwóch średnich Gotha Go 242.Takie zespoły przelatywały nad Kobylem w 1942 roku. Kiedy po latach pisałem książkę o szybowcach wojskowych, miałem je w oczach, a w uszach charakterystyczny szum, jaki powodowały przelatujące szybowce i pamiętam je także dziś. Nieco później trasą przebiegającą bardziej na północ latały samoloty transportowe typu Messerschnitt Me 323 będącego sześciosilnikową wersją wspomnianego wyżej ciężkiego szybowca transportowego. Latały wolno i pozostawały długo w polu widzenia.

W lecie 1944 roku nocne niebo nad Wiśniczem Nowym (13 na 14 sierpnia) przecięła płonąca żagiew samolotu. Ogarnięty pożarem samolot leciał od strony północnej, skręcił w kierunku zachodnim i spadł na zachód od Wiśnicza, w kierunku, gdzie zwykle pulsowało światło latarni ułatwiającej orientację niemieckich samolotów operujących w nocy. Jak się okazało jeden z nocnych myśliwców niemieckich zestrzelił, powracający po zrzucie zaopatrzenia dla powstańczej Warszawy, samolot bombowy Liberator z polskiego Dywizjonu Bombowego 301 (Eskadry 1586) operującego z Brindisi we Włoszech. W katastrofie samolotu, który eksplodował w powietrzu przed uderzeniem w ziemię w Nieszkowicach, na zachód od Wiśnicza Nowego, zginęła cała siedmioosobowa polska załoga, dowodzona przez kpt. pil. Zbigniewa Szostaka (początkowo rozeszły się pogłoski, że jeden z członków załogi uratował się na spadochronie, co okazało się nieprawdą). Przez kilka lat miałem przy sobie niewielki przełącznik - talizman z tego samolotu.

Po latach, w napisanej przeze mnie książce Polski samolot i barwa, zamieściłem zdjęcia wymalowanych na burtach Liberatorów kpt. pil. Szostaka i jego załogi emblematów i rejestrów wykonanych zadań (w postaci chorągiewek). Zdjęcie orła atakującego swastykę otrzymałem od nieżyjącego już pana Wiktora Piekarskiego, pracownika Zakładu Radiowego w Instytucie Lotnictwa, a w czasie wojny szefa sekcji radiowej personelu naziemnego eskadry 1586. Na otrzymanym zdjęciu ma on pięść wymierzoną w swastykę. Ten sam orzeł widnieje na zdjęciu kawałka poszycia kadłuba Liberatora wykonanym po katastrofie, a udostępnionym mi przez członka rodziny kapitana pil. Zbigniewa Szostaka, pracownika Zakładu Aerodynamiki Instytutu Lotnictwa mgr. inż. Zygmunta Wysockiego, który dysponował albumem zdjęć z okresu wojny dotyczących tego wydarzenia, zawierającym też tragiczne i zarazem drastyczne zdjęcia martwych członków załogi, a także ich pogrzebu. Po wojnie zostali ekshumowani i są pochowani w kwaterze poległych lotników alianckich na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

W swojej książce starałem się możliwie dokładnie w kolorze odtworzyć wspomniane emblematy.

Podczas zbierania w Muzeum Wojska Polskiego danych do publikacji o historii broni siecznej stykałem się często z Wojciechem Krajewskim St. Kustoszem Działu Historii Wojskowości, specjalistą w dziedzinie broni średniowiecznej i renesansowej a archeologiem lotniczym z zamiłowania. Był on w trakcie zbierania materiałów dotyczących Liberatora z Nieszkowic. Rozmowy z nim przybliżyły tamte wydarzenia. Byłem pełen podziwu dla benedyktyńskiej dokładności i cierpliwości, z jaką zbierał (i zbiera) materiały dotyczące tego wydarzenia, trafiając do świadków, rodzin poległych lotników, zdjęć, pamiątek dotyczących tego wydarzenia, nawet do niemieckich źródeł związanych z okolicznościami zestrzelenia samolotu. Efektem tych działań jest wzorcowa książka w tej dziedzinie opisująca to jedno wydarzenie.

Czytając tę książkę miałby, pewnie satysfakcję nieżyjący por. (kpt.) pil. Michał Goszczyński,, który latał podczas wojny Liberatorem do Polski. Wspaniały człowiek, a także redaktor w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności. Stykałem się z nim podczas współpracy z tymi wydawnictwami. Redagował on książkę Z pomocą żołnierzom podziemia, napisaną przez Andrzeja P. Przemyskiego, pierwszą wydaną w Polsce po wojnie pozycję na ten temat.

Liberator z Nieszkowic nie był jedynym samolotem Dywizjonu 301 straconym w czasie lotów z zaopatrzeniem do Polski podczas Powstania Warszawskiego. Dywizjon utracił w tym czasie kilkanaście samolotów w większości zestrzelonych nad krajami na południe od Polski. Kilka rozbiło się bądź lądowało awaryjnie w Południowej Polsce. Stanowią one pole do dalszych poszukiwań w dziedzinie archeologii lotniczej oraz historii działań lotnictwa polskiego przeciwko Niemcom, które powinny być kontynuowane.

Pamiętam także inne wydarzenie lotnicze 13 września 1944 roku. Około południa słychać było w Wiśniczu odległy warkot wielu samolotów i grzmot wybuchających bomb. Były to odgłosy dziennego amerykańskiego nalotu na zakłady chemiczne w Oświęcimiu. W tym nalocie przeprowadzająca go 475 Grupa Bombowa poniosła straty. Jeden z uszkodzonych samolotów Liberator lądował awaryjnie w rejonie Zygodowic, przy czym zginęła część załogi - 6 lotników oraz mieszkanka Zygodowic śmiertelnie poparzona płonącym paliwem. Pięciu lotników się uratowało. Na miejscu tego wydarzenia stoi dziś pamiątkowy obelisk, a Zygmunt Kraus z Wadowic utworzył pamiątkowe prywatne muzeum, w którym zebrał elementy rozbitego samolotu oraz pamiątki po poległych i żyjących lotnikach samolotu noszącego na kadłubie nazwę „HelPs Angel" - „Anioł piekła". Prywatne muzeum Zygmunta Krausa eksponuje również pamiątki dotyczące znanych ludzi Ziemi Wadowickiej (twórców, profesorów, żołnierzy). Placówka ta boryka się jednak z trudnościami wynikającymi, podobnie jak w innych placówkach muzealnych tego rodzaju, z braku środków bądź niechęci władz lokalnych.

Przed ofensywą styczniową i w czasie zbliżania się linii frontu pojawiły się nad Wiśniczem Nowym samoloty sowieckie. Wraz z odgłosami ognia artyleryjskiego dochodzącymi od strony południowej słychać było stukot broni pokładowej walczących, ale niewidocznych samolotów. Potem przelatywały nad Wiśniczem rozwinięte w długim szeregu myśliwce typu Jak i bombowce typu Douglas Boston, ale nie ostrzeliwały ani nie bombardowały wycofujących się przez Wiśnicz Nowy wojsk niemieckich. W nocy poprzedzającej zajęcie Wiśnicz a przez wojska sowieckie krążyły nad Wiśniczem, rzucając bomby oświetlające. Od tych wiszących nad miastem flar było jasno jak w dzień. Tuż po wkroczeniu do Wiśnicza oddziałów radzieckich przeleciał wzdłuż linii frontu na małej wysokości (prawdopodobnie w celach rozpoznawczych) samolot myśliwski Messerschmitt Bf 109. Był to ostatni samolot niemiecki, który widziałem w tej wojnie.

TAJNE NAUCZANIE

Początki tajnego nauczania prowadzonego przez ojca były w Kobylu, gdzie ojciec był nauczycielem szkoły powszechnej. Pierwszym uczniem ojca w 1942 roku był syn sołtysa Samek. Jego ojciec był przedwojennym działaczem chłopskim, który brał udział w strajku chłopskim w latach trzydziestych. Wiedząc, że ojciec był przedwojennym profesorem szkoły średniej, poprosił ojca o nauczanie syna w jej zakresie. Drugim był bratanek, czy siostrzeniec leśniczego mieszkający w leśniczówce w lasach między Kobylem a Bochnią. Trzecim byłem ja. Ojciec miał ze sobą komplet podręczników gimnazjalnych i licealnych, programy nauczania, własną bibliotekę pedagogiczną oraz szereg cennych książek zabranych z biblioteki gimnazjalnej (Wielką Historię Powszechną, Słownik Geograficzny, cztery tomy encyklopedii Świat i Życie), które po wojnie powróciły na swoje miejsce.

Znajomi ojca pracujący w kierownictwie okupacyjnego szkolnictwa w Krakowie załatwili mu w 1943 roku przeniesienie do szkoły powszechnej w Wiśniczu Nowym, co miało na celu rozszerzenie tajnego nauczania. Szala wojny zaczęła wyraźnie przechylać się na stronę aliantów. Młodzież i jej rodzice zdawali sobie sprawę z tego, że konieczne będzie zredukowanie straconych przez wojnę lat nauki. Stąd rozwój tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej - szczególnie w 1944 roku. Przybrał on zorganizowane formy, łącznie z komisyjnymi egzaminami. Na terenie Wiśnicza Nowego organizacją tajnego nauczania zajmował się przedwojenny (i powojenny) dyrektor bocheńskiego Liceum i Gimnazjum imienia Kazimierza Wielkiego Piotr Galas.

Tajne nauczanie odbywało się w, tzw. kompletach składających się z pięciu - sześciu uczniów. Były ścisłe podziały godzin. Dom, w którym mieszkaliśmy położony, był na skraju miasteczka, a uczniowie przychodzili zachowując pozory przyjacielskich spotkań ze mną, z gotowością do zamiany książek i zeszytów na karty i szachy w razie niepożądanej wizyty. Ojciec też chodził na lekcje do innych domów. Trzeba tu zaznaczyć, że Niemcy podjęli w 1944 roku, w związku ze zbliżającym się frontem, zakrojone na dużą skalę prace nad umocnieniami położonymi na wschodnich rubieżach Wiśnicza. Do prac tych angażowano przymusowo ludność miejscową. Patrole niemieckie krążyły po mieście, wyganiając ludzi do tych prac, co stwarzało dodatkowe niebezpieczeństwa przy nauczaniu. Pamiętam dowódcę takiego oddziału Feldfebla z pistoletem maszynowym typu Bergmann na plecach. Rano przechodząc obok naszego domu, tłukł pięścią w okno, wołając: aufstehen zur Arbeit. Ja jakoś wymigiwałem się z tych prac zaświadczeniami z krakowskiego szpitala, gdzie z końcem 1943 roku wyleczono mnie z ciężkiej żółtaczki. A ci żołnierze z oddziałów nadzorujących prace byli leciwymi żołnierzami Landszturmu albo dekownikami zadowolonymi, że nie muszą iść na front. Ale chodziły pogłoski o rozstrzeliwaniach Polaków odmawiających pracy przy budowie umocnień. Z tego powodu moja przyszła żona mieszkająca w Krakowie, niemająca jeszcze 14 lat, złapana w ulicznej łapance, wywieziona została do obozu w Płaszowie i przesiedziała tam tydzień - na szczęście był to pobyt krótki, aczkolwiek bardzo niebezpieczny. Uważam, że ojciec prowadząc tajne nauczanie w kompletach w 1943 i 1944 roku, wykonał dużą i bardzo potrzebną robotę. Ja także uczyłem się oraz organizacyjnie pomagałem ojcu. Komisyjne egzaminy z przerobionego materiału były ostre (odbywały się w domu aptekarza), o czym sam miałem możność się przekonać.



Przewodniczył komisjom egzaminacyjnym, wspomniany wyżej, dyrektor Galas bądź profesorowie bocheńskiego liceum i gimnazjum. Nazwiska, imiona uczniów zatarły się w pamięci.

Pamiętam ładną i bardzo zdolną blondynkę, córkę właścicielki sklepu z Wiśnicza, Jabłońskiego - syna lekarza z Wiśnicza Nowego, Adama Stańka z Krakowa, później dziennikarza (nieżyjącego już), z którym się zaprzyjaźniłem. Dyrektor Galas w liście do ojca (z 1968 roku) wspomina nazwisko ucznia kompletów Kazimierza Stanickiego, później prawnika. Po wojnie, w sierpniu 1945 roku Państwowa komisja Weryfikacyjna dla oceny tajnego nauczania w powiecie bocheńskim stwierdziła, że ojciec brał czynny udział w tajnym nauczaniu (od 1 września 1943 r. do 10 lutego 1945 r.), spełniając obywatelski obowiązek polskiego nauczyciela i wychowawcy.

Na początku 1945 roku rozpoczęła się ofensywa wojsk radzieckich. Przez Wiśnicz przeciągały kolumny i tabory wycofujących się Niemców. Słychać było coraz donioślejszy ogień artyleryjski, początkowo od wschodu, potem od południa i wreszcie od zachodu. Do naszego mieszkania przyszedł porucznik z dwoma podoficerami i po-wiedział, że chce odpocząć. Położył się na kanapie i zaraz zasnął. Był przystojny i podoficerowie mówili, że w cywilu jest aktorem filmowym. Po kilku godzinach, gdy ogień artyleryjski od zachodu przybrał na sile i słychać było także grzechot karabinów maszynowych, oficer i podoficerowie wyszli. Pod wieczór, gdy nad Wiśniczem zaświeciły zrzucane przez rosyjskie samoloty bomby oświetlające, wpadł nagle ten sam porucznik z kilkoma pułkownikami. Wołali: schnell Licht i przy świetle karbidówki rozłożyli mapy i zaczęli je studiować. Przychodzili żołnierze z meldunkami i po wiadomości o zabezpieczeniu trasy odwrotu (w kierunku na Myślenice) zasiedli do kolacji. Przypominam sobie młodego żołnierza, który przyszedł z meldunkiem i suszył sobie buty i skarpety kuchni, opowiadając, jak obserwował działanie pocisków Panzerschreck nowej wówczas broni. Mówił, że marzy, aby zostać rannym i wrócić zur Mutti.

Następnego dnia, koło południa, ogień artyleryjski i moździerzowy zaczął trafiać w Wiśnicz. W górze świstały pociski karabinowe. Kiedy jeden z pocisków moździerzowych wywalił dziurę w ścianie sąsiedniego domu, schroniliśmy się w piwnicy. Słychać było nawoływania żołnierzy niemieckich i ich i serie z Pm-ów. Potem zapadła cisza i zaraz dał się słyszeć warkot samochodów ciężarowych, ciągnących moździerze i działka przeciwpancerne i mnóstwo żołnierzy w papachach szybko idących za ciężarówkami. Jeden z nich wszedł do ogrodu i podawał rękę ze słowem zdrastwujtie. W ogrodzie pozostało kilka śladów po wybuchach pocisków moździerzowych, a najbliższy, który spadł kilka kroków od piwnicy, nie eksplodował. Na trzepaku wisiał pozostawiony niemiecki granat trzonkowy, a obok furtki leżał nowiutki prosto z fabryki Pancerfaust. Wzdłuż drogi walały się porzucone jaszcze artyleryjskie, amunicja, broń.

Wkrótce rozpoczęło się nauczanie w bocheńskim liceum i gimnazjum. Po zdaniu przed komisją weryfikacyjną egzaminu kończącego cztery klasy gimnazjalne, tzw. małej matury zacząłem uczyć się w pierwszej licealnej. Ojciec powrócił do Wadowic.

ŻYCIE PRAWDZIWE

Po wyzwoleniu Wadowic, które miało miejsce 26 stycznia 1945 roku, ojciec powrócił (23 lutego) do Wadowic. Wraz z nauczycielami, którzy przetrwali okupację, przystąpiono do usuwania zniszczeń wojennych w budynku szkolnym i organizacji nauczania. Młodzież garnęła się do nauki, chcąc nadrobić stracone lata. Zorganizowano naukę na dwie zmiany: przedpołudniową i popołudniową, ale budynek gimnazjalny był zbyt ciasny i z trudem mieścił uczniów, których liczba przekraczała trzykrotnie normalną, przewidzianą dla niego (przekraczała 1000). Pamiętam, że ojciec zamieszkał w niewielkiej służbówce (tercjana), przylegającej do wejścia. Od wakacji w 1945 roku gnieździliśmy się tam we trójkę przez szereg tygodni. Dołączyłem do rodziców po ukończeniu pierwszej licealnej w Bochni. Do drugiej uczęszczałem w Wadowicach. Podobnie jak rok szkolny 1945 (trwał do lipca 1945 r.), tak 1945/46 był skrócony (chyba dla części uczniów) i maturę zdawałem w lutym 1946 roku.

Z końcem 1945 roku, po wygospodarowaniu części przedwojennego mieszkania zamienionego na klasy szkolne, zamieszkaliśmy w pokoju z kuchnią. Drzwi dzieliły ten pokój od klasy szkolnej i od rana do wieczora słychać było gwar na przerwach.

Dla ojca zaczął się okres bardzo trudny. Wielka liczba uczniów, organizacja nauczania na dwie zmiany, powojenne trudności, remont budynku szkoły - wszystko to potęgowało jego zapracowanie. Podczas remontu wykonano w rogu budynku na parterze mieszkanie dla dyrektora, znacznie mniejsze ale wygodne, do którego rodzice się przenieśli na początku lat pięćdziesiątych.

Ale nie cieszyli się długo tym mieszkaniem. Nad głową ojca zaczęły zbierać się chmury. Okres stalinowski przyniósł ze sobą prześladowania polityczne. Przypomniano ojcu przedwojenną działalność w „Strzelcu", której nie taił. Mnożyły się różne donosy, pochodzące z najbliższych kręgów ojca. W 1952 roku relegowany został z partii po upokarzającym wezwaniu do komitetu partyjnego w Krakowie. Następnie usunięto go ze stanowiska dyrektora, przenosząc przedwcześnie na emeryturę.

Chciano go wyrzucić z mieszkania, ale po targach dano zastępcze mieszkanie na pierwszym piętrze gimnazjum do chwili otrzymania małego mieszkania w blokach nad Choczenką.

Przez rok był dyrektorem prywatnego, przyklasztornego liceum i gimnazjum w Szczyżycu (do likwidacji tej szkoły przez władze). Jest to miejscowość znana też z tego, że Karol Wojtyła był tam wikarym na początku swojej duchownej drogi. Ojciec swoją pedagogiczną karierę tam kończył. W przytoczonym niżej wierszu w jednej z klasowych kronik napisał o życiu prawdziwym, zginającym w kabłąk grzbiet albo bijącym po twarzy. Na koniec kariery pedagogicznej to życie uderzyło go mocno w twarz.

Po powrocie ze Szczyżyca był kierownikiem księgarni Domu Książki w Kalwarii Zebrzydowskiej, potem pracownikiem księgarni w Wadowicach oraz przedsiębiorstwa wodno-melioracyjnego. Zwalniano go z kolejnych posad. 27 marca 1957 roku matka pisała: w tej chwili wrócił ojciec z biura. Oboje b. zmartwieni jesteśmy, bo dostał wypowiedzenie od 1/Wll.

Kiedy skończył się stalinizm i nastały czasy Gomułki, ojciec z końcem 1956 roku zwrócił się do krakowskiej komisji rehabilitacyjnej (przy Wojewódzkim Wydziale Oświaty) o anulowanie krzywdzącej go decyzji przeniesienia w stan spoczynku. Komisja stwierdziła krótko, że przeniesienie w stan spoczynku było w oparciu o istniejące wówczas przepisy prawnie uzasadnione. Odwołał się więc do Komisji Rehabilitacyjnej przy Ministerstwie Oświaty. Ta na początku 1958 roku uchyliła wymienione wyżej orzeczenie i wydała własne:

„Główna Komisja Rehabilitacyjna przyszła do przekonania na podstawie akt i piśmiennych zeznań świadków, że przekroczenie wieku nie było jedyną i główną przyczyną przeniesienia rehabilitowanego w stan spoczynku. Przeniesienie to nastąpiło na skutek różnych anonimowych doniesień do władz szkolnych i szykan politycznych, (podkreślenie moje, ale de mortuis aut nihil aut bene), które w żadnym wypadku nie mogły być podstawą do zwolnienia z pracy zainteresowanego, tym bardziej, że był on w opinii świadków (b. przełożonych) dobrym nauczycielem, dyrektorem szkoły...

Główna Komisja Rehabilitacyjna stwierdziła, że ob. J. Królikiewiczowi wyrządzono krzywdę przez zwolnienie z pracy, a młodzież natomiast straciła doświadczonego wychowawcę i nauczyciela. Powrót do pracy nauczycielskiej i zatrudnienie go zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami na stanowisku dyrektora lub nauczyciela szkoły średniej krzywdę tę naprawi.

„Władze szkolne i Związek Nauczycielstwa Polskiego winne w miarę możności przyjść z pomocą w zatrudnieniu ob. J. Królikiewicza w szkolnictwie".

Ale władze szkolne i ZNP nie przyszły z pomocą. We wrześniu 1959 roku ojciec otrzymał krótkie pismo z Kuratorium krakowskiego ze stwierdzeniem, że mimo starań „Kuratorium zmuszone jest zawiadomić Obywatela, że prośbie jego nie może zadość uczynić, gdyż w Wadowicach nie ma wolnego etatu dla nauczyciela języka polskiego lub łacińskiego."


Jan Królikiewicz z wnukiem Krzysztofem. Początek lat sześćdziesiątych.

Jan Królikiewicz z wnukiem Krzysztofem. Początek lat sześćdziesiątych.


Był on wówczas jeszcze w pełni sił, ale przejścia, odcięcie od pracy pedagogicznej, którą żył, podkopały jego zdrowie. Po kilkuletniej ciężkiej chorobie zmarł 28 sierpnia 1970 roku. Los sprawił, że mogłem być przy jego śmierci.

Pogrzeb odbył się w rodzinnym Wojniczu. Przy szpitalnej kaplicy w Wadowicach 31 sierpnia pożegnali go życzliwi mu mieszkańcy miasta, byli uczniowie, delegacja nauczycieli gimnazjum i długoletni katecheta gimnazjalny, wówczas proboszcz wadowicki ks. dr Edward Zacher.

Delegacji młodzieży, której ojciec poświęcił życie, nie było. Odmówił jej obecności ówczesny dyrektor wadowickiego liceum i gimnazjum, do którego w tej sprawie się zwróciłem.

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO RZYMU

Ojciec był nauczycielem języka łacińskiego i greckiego. Był miłośnikiem kultury antycznej, w szczególności starożytnego Rzymu. Kultywowanie tych zamiłowań ułatwiała mu zgromadzona przez niego biblioteka klasyków literatury rzymskiej tak po łacinie, jak i w polskich tłumaczeniach. Ten kult starożytności wpoili ojcu sławni wykładowcy, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak Sinko czy Morawski. Te zamiłowania ugruntowała wycieczka do Włoch, którą odbył wraz z grupą filologów klasycznych na początku lat trzydziestych. Zapoznał się dokładnie z zabytkami Rzymu, przywiózł mnóstwo materiałów i zdjęć, które zniszczone zostały, jak poprzednio wspomniałem, przez kwaterujących w naszym mieszkaniu we wrześniu 1939 r. Niemców. Tylko nieliczne pozostały i są w moim posiadaniu. Ten kult kultury antycznej przekazał także mnie. Chociaż moje główne zamiłowania są inne, podczas bytności na południu Europy, w Północnej Afryce, w różnych muzeach na świecie zawsze interesowałem się zabytkami starożytności, architekturą, sztukami plastycznymi.

Zainteresowania ojca podczas jego kariery pedagogicznej nie ograniczały się tylko do kultury starożytnej. Interesował się sztuką dramatyczną. W Brzesku kierował działalnością kółka dramatycznego, które pod jego przewodnictwem wystawiło szereg przedstawień. Pamiętam, że jako małe dziecko brałem udział w jakiejś patriotycznej sztuce. Przez krótką chwilę bawiłem się na scenie żołnierzykami i wygłaszałem jakąś niewielką kwestię. Kiedy ojciec odchodził z Brzeska, otrzymał na pamiątkę swojej pracy w kółku album z zamieszczonymi zdjęciami ze scenicznych premier. Była to dla niego cenna pamiątka, ale jak wspominałem, album zniszczyli w 1939 roku Niemcy. W Wadowicach popierał szkolną działalność teatralną, lecz na bezpośrednią opiekę nad kółkiem dramatycznym nie miał już czasu.

Dużo czasu, obok kierowania gimnazjum, zajmowało mu przygotowanie różnych wystąpień, referatów, gdyż jak wspominałem, był działaczem „Strzelca".

Mało czasu pozostawało mu na twórczość literacką. Pisał bowiem wiersze. Były one związane z kulturą antyczną, stanowiły także wpisy do pamiątkowych ksiąg klasowych, wiersze imieninowe, satyryczne, wpisy do pamiętników. Do przygotowywanych przez szkolne kółko dramatyczne w zimie 1945/46 jasełek napisał aktualne wówczas, pełne patriotyzmu wystąpienia kilku dodatkowych postaci jasełek - żołnierza polskiego, oświęcimskiego więźnia, powstańca warszawskiego oraz pokazywał w pieśni dziada śmieszności wczesnego ustroju socjalistycznego (na plakatach widniały słowa: nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera). W organizacji tych jasełek brałem udział (jako specjalista od oświetlenia).

Pod koniec życia ojciec na moją prośbę przepisał z pamięci około trzydziestu swoich wierszy. Warto niektóre z nich przytoczyć.


Wpisy do ksiąg klasowych, pamiętników:


Boże jak czas szybko leci!
Wstecz popatrzeć kilka lat!
Wczoraj prawie jeszcze dzieci,
Dziś się z pączków rozrósł kwiat.

I cudowna jakaś rosa
Daje owym kwiatom chrzest
Ze pęd sięga ich w niebiosa
Choć wzrost nad metr ledwo jest.

Więc pędź śmiałym w słońce lotem,
Gwiezdny w krąg roztrącaj piarg.
Dzisiaj jeszcze nie myśl o tym,
Że Faeton skręcił kark

Tam po wzniosłym niebios szlaku
Wiedzie młodej duszy tor
Dalej niż gdzie czas w orszaku
Wiecznie goni szybkich Hor.

Boże jak czas szybko leci,
Wstecz popatrzeć kilka lat
Wczoraj prawie jeszcze dzieci
Jutro orły wzlecą w świat



W piątej gimnazjum panna czy też chłopak
Słusznie ze skargą teraz mówić może:
Czemoś o wielki miłosierny Boże
Świat ten tak jakoś urządził na opak.
Dałeś nam młodość lecz gdzież jej wesele.
O spraw niech krasi ją sport, flirt czy taniec.
Łacińskie formy zaś jak ten różaniec
Niech gdzieś pod piecem stary dziaduś miele.



Jakże miło gdy w przeszłość
Nas wspomnienie zawoła
I złocistą iskierką
Wśród popiołów się pali.
Kiedy błyśnie wśród mroków
To radosna ta szkoła,
To znów pełna tragedyj,
Od których się świat walił.
Ale jakże są śmieszne
Te tragedie, te burze
O to, że tam opatrznie
Los coś trochę gdzieś zdarzył,
Skoro życie prawdziwe,
Życie nie w miniaturze
Czasem w kabłąk grzbiet zgina,
Albo bije po twarzy.



Aż wysiedział w spodniach dziury
Tak się uczył do matury.
A że był przejęty strachem
I kuł wszystko tak na blachę
I że siedział wciąż nocami
Z twarzą żółtą jak pergamin
I bekonem przy tym truł się,
Wszystko pomieszało mu się.
Nie mógł sobie dać z nim rady
Dobry zawsze pan Heriadin,
Chmurny chmurzył się Półgroszek,
Foryś, Gebhardt też piotrosze.
Przy pomocy wreszcie Boskiej
No i ludzkiej prysły troski.
Bo choć rozum w nim się zatkał
Wszystko poszło mu jak z płatka
I maturę złożył za te
Wielkie trudy nasz bohater.
A więc, że miał chęci szczere
Dziś nie może zostać zerem...



Dziwnym ci jestem rybakiem,
Takim, co darmo się trudzi,
Co zamiast ryb swym czerpakiem
Chce łowić serca ludzi.
I stoję smutny przy wodzie
Gdy czas bezpłodnie w dal leci,
Bo słońce już na zachodzie
A ja wciąż puste mam sieci.



Do Alkione Keyks powrócił cieniem
Gdy odszedł od niej gdzieś w drogę daleką.
Niechbym do ciebie wrócił choć wspomnieniem,
Lub łzą zabłysnął pod twoją powieką



Jasełka 1945/46
Żołnierz polski

Idąc do Ciebie wszędzie
Dla Twojej Polsko miłości
Na obcej ziemi grzędzie
Nasze rozsialiśmy kości

Gdzie wiódł tułaczy szlak długi, -
Wśród traw, wśród piasków się skryły
Zakrzepłej krwi naszej strug
I nasze samotne mogiły.

Krew naszą laliśmy hojnie
A nie o żyzną włość rolną
I nie o złoto w tej wojnie
Lecz tylko o naszą wolność.

I jak nam dałeś, że w boju
Zwyciężał nasz Orzeł Biały,
Tak daj nam, Jezu, w pokoju
Daj siły dla Polski chwały.



Powstaniec warszawski

Któż po syrenim grodzie nie zapłacze?
Komuż się z piersi nie rwie skarga cicha
Za owym miastem, skąd idę tułaczem
Miastem potężnym dziś losem Jerycha?

Dumne to miasto, a miasto kochane,
Które gruzami świadczy dziś przed światem,
Że wróg go nie zmógł ognia huraganem
I że tam każdy mieszkaniec bohater.

Nie sczezła jego jedna krwi kropelka,
Ale nowego niesie życia zorze
Bo oto wstanie znów stolica wielka,
Gdy Ty w niej wzbudzisz moc Twą Dziecię Boże!



Bohater w pasiaku


W koncentracyjnym obozie
Swoją zwierzęcą łapą
Wśród głodu, w upale czy mrozie
Nad nami pastwił się kapo.

Lecz spośród cierpień ogromu,
Któż je słowami wypowie,
Najgorszą była świadomość,
Że człekiem zapomniał być człowiek.

Więc po cóż Jezusku, tu z dala
Przyszedłeś w ziemskie rubieże?
Czy po to, aby pokalać
Swą boskość człowiekiem zwierzem?

O dajże nam Dziecię Boże,
Niech w ludzkie serca dziś spłynie
Promieni boskich morze
W Twoich narodzin godzinie!



Partyzant


Gdy w mroźną noc śnieżystą
Przy Boskiej kwiliłeś Matuli,
Wtedy nam nieraz zaświstał
Jęk strasznej niemieckiej kuli.

Do Twego żłobka w Betlejem
Wtedy najświętsza Dziecino,
Przez dzikie ostępy i knieje
Nasz westchnień i kolęd chór płynął.

I Ciebie w krwawej niedoli
Boże błagaliśmy Dziecię,
O pokój dobrej woli
Wśród wszystkich ludów na świecie.

I dziś za rany co krwawią,
Za blizny, o Jezu nasz mały,
Niech rączki Twe błogosławią
Nasz sztandar czerwonobiały.



Dziad (fragment)


...Dawniej się dziadom bardzo dobrze działo
Jedli i pili, było dziadów mało.
Dziś im tłum robi, co w stołówkach żyje
Konkurencyję.
I dzisiaj u nas wszyscy są zarówno.
Ty coś Fijołkiem był, dziś znaczysz figę,
Ty znów zostaniesz, gdy masz chęci szczere
I inżynierem.
Po co na ławkach masz drzeć w szkole spodnie
Skoro bez szkoły wykształcisz się godnie
Wciąż twą bogacą inteligencję
Akademije.
To znów założysz sklep, gdy ciężko będzie
Na Twej belferce czy jakim urzędzie
Albo, gdy będą twe fundusze słabe
Szurniesz na szaber.
Dajcież dziadkowi krzesło, bo go bolą gnaty
A German wziął mu jego graty.
Próżno dziad prosi nieczułe na mowę
Mienie państwowe.
Siąść obok dziadka możesz bez bojaźni,
Bo w wadowickiej wykąpał się łaźni.
Niechże choć raz nasz kochany ludek
Zmyje swój brudek.



Matka Boska


O Dziecię moje, Synu mój Boże!
U stopek Twoich w mych poddanych gronie
Na twarz Twa matka przed
Tobą w pokorze Padam w pokłonie

Królową swojej korony mnie zowie
Naród mój biedny, co mi służy wiernie,
Lecz ta korona na mej głowie
Obfita w ciernie

Popatrz w ich serca! Jedna wielka rana
A ranie owej daleko od blizny.
I patrz na obszar wielkiej a w łachmanach
Dzisiaj ojczyzny.

I kędy dumne wznosiły się miasta
I w niebo biły wieżami grodyszcza,
Dziś tam tę ziemię nędzny chwast porasta
I plamią zgliszcza.

A na tej ziemi, kędy sięgną oczy
Bez kresu morze kości się rozściela.
To są ich kości widziane w proroczym
Śnie Ezechiela.

Grzeszni są Panie, lecz tyle pokuty
I tyle nieszczęść przetrwali za karę,
A duch wynieśli jadem nie zatruty
I żywą wiarę.

Grzeszni są Panie, lecz Ty co przyrzekasz -
„Ja nadłamanej trzciny nie dołamię"
Na prośbę Matki już ich dłużej nie karz,
Powściągnij ramię.

I ty, co dałeś, że się czołga w pyle
Niezwyciężony, zda się wróg a dumny
Tak dasz że Polska wstanie w mocy, sile
Na kształt kolumny.

Na żywot Matki, na piersi matczyne,
Które cię karmią, na krzyż Twój i mękę
Błagam, znów jasną przybliż im godzinę,
Podaj im rękę.



Pod koniec życia udzielał prywatnie lekcji łaciny, co sprawiało mu satysfakcję i przyjemność. Od czasu do czasu bawił wnuczkę i wnuka. Dużo czytał. Miał czas na literaturę piękną, ukochanego Kasprowicza, klasyków literatury starożytnej z własnej biblioteki. Przypomniały o sobie drogi prowadzące do Rzymu.

Na jego pogrzebie w 1970 roku w rodzinnym Wojniczu odczytany został list kardynała, metropolity krakowskiego Karola Wojtyły poświęcony pamięci ojca, jego nauczyciela. Odprawił on później w swojej kaplicy mszę za duszę ojca. Drogi Karola Wojtyły zaprowadziły go do Rzymu - na zawsze. Gdyby ojciec o tym wiedział, miałby z pewnością satysfakcję, że jakiś z wielu drogowskazów na tych drogach został przez niego ustawiony.


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.