Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Rozdział 1

KORZENIE


Barwałd i moje strony rodzinne. Miejscowość Barwałd Górny, w której przyszedłem na świat, należała do tych licznych galicyjskich wsi, w których panowała bieda, a ludziom żyło się ciężko. Gospodarstwa rolne były małe, a rolników władających areałem sięgającym 10 morgów (krakowskich) i będących w stanie utrzymać przynajmniej jednego konia - było niewielu. Ziemia tam mało urodzajna, gliniasta, ciężka do obróbki. Znaczną część jej uprawy przeprowadzano ręcznie przy pomocy takich narzędzi jak kopaczka czyli inaczej motyka. W małych gospodarstwach bez koni - tylko siewy odbywały się przy pomocy najemnego sprzężaju. Orkę i bronowanie wykonywali najemni, reszta należała do członków rodziny, włączając w to dzieci zdolne udźwignąć kopaczkę.

Okolice wsi są malownicze. Opisał je dokładnie mój brat w obszernej książce (por. G. Studnicki, Barwałd. Zarys dziejów, 1994). Barwałd Górny jest najładniej położony z wszystkich trzech Barwałdów. Leży u podnóża góry Żarek, po obu stronach szosy prowadzącej z Bielska-Białej przez Wadowice i Kalwarię Zebrzydowską do Krakowa. Do Wadowic jest 10 km, do Kalwarii - 5 km. Przez wieś płynie strumień prowadzący swoje wody krętym korytem aż do Skawy. W czasach mojego dzieciństwa była to niewielka, ale czysta rzeczka i pływało w niej sporo ryb, za którymi jako chłopcy hasaliśmy boso po wodzie. Najczęstszym naszym łupem były dorodne szczupaki. Łowiło się je na oczko czyli pętlę z cienkiego drutu, przymocowaną do długiego kija. We wsi były też stawy należące do dworu. Przy jednym pracował mały młyn wodny, wykonujący usługowo przemiały chłopskiego zboża albo na potrzeby inwentarza, albo na razowy chleb. Zarówno rzeczka jak i staw były źródłem naszych letnich uciech i zabaw. Kąpaliśmy się w głębszych miejscach rzeki nazywanych przez nas bełami, zaś kąpiele w stawach były na pół legalne, bo trzeba było bać się służby dworskiej.

Bogactwo wsi stanowił dwór, czyli majątek ziemski - w latach międzywojennych własność rodziny Błotnickich. Było ich troje: matka i dwóch dorosłych synów. Starszy pan miał wyższe wykształcenie rolnicze, a jego pasją były polowania na gołębie, które służba płoszyła, zaś pan dziedzic strzelał z okna pałacu do kłębiącego się ptactwa. Przynależność do służby dworskiej zapewniała podstawy stosunkowo stabilnego bytu, mieszkanie w czworakach i wynagrodzenie, częściowo w naturze (tzw. ordynaria).

Dworskie gospodarstwo rolne dawało mieszkańcom wsi szansę na skromne zarobki. Część ludzi wynajmowała się do różnych robót polowych. Była to ciężka harówka od świtu do zmroku za kwotę nie przekraczającą 1 złotego za dniówkę. Ale dla wielu to było coś! Dziedzic stosował także zatrudnienie z wynagrodzeniem rzeczowym zamiast pieniędzy. Polegało to na przykład na powierzeniu grupie chłopów sianokosów w zamian za część siana. Do kosiarzy należało skoszenie trawy, wysuszenie jej i zestawienie w kopy. Zapłatę stanowiła co n-ta kopa, stosownie do umowy. Najważniejsza była końcowa faza jej realizacji. Chodziło o to, aby przechytrzyć nadzór dworski i zadbać o to, aby właśnie ta n-ta kopa była odpowiednio tłusta. Trzeba to było zrobić tak, aby ekonom się nie spostrzegł. Nazywało, się to koszeniem 2 kóp i mój Ojciec często do niego się wynajmował. W podobny sposób organizowano także karczowanie pniaków po ściętych w pańskim lesie drzewach. Tym razem chłopska przebiegłość podpowiadała, aby na pniaki przeznaczone dla pracujących znaleźć w lesie odpowiednie wgłębienie mieszczące ich możliwie dużo. Zdarzało się również, że przy okazji grabienia ściółki (opadłych liści) w dworskich zagajnikach wędrowały do wiejskiej zagrody przykryte liśćmi kawałki drzewa opałowego. Z moralnego punktu widzenia były to praktyki naganne i często wiodłem z Ojcem o to spory.

Kościół w Barwałdzie (XVIII w.), perła drewnianego budownictwa sakralnego


Wieś żyła biednie. Przednówek był dla wielu nie tylko pojęciem czysto literackim. Wtedy chleb był w wielu domach rzadkością. A jeśli nawet wypiekano go z razowej mąki mielonej w pocie Czoła na żarnach, to jego treść nie zawsze stanowiła tylko mąka. Stosowano różne wypełniacze, między innymi gotowane ziemniaki. Nic dziwnego, że my, dzieciaki, tęskniliśmy za kupnym chlebem. Pamiętam, jak to w powrotnej drodze z kościoła parafialnego dzieci posiadające szczęśliwie parę czy paręnaście groszy, wybiegały z szeregów szkolnej kolumny i biegły na wyścigi do leżącej przy gościńcu piekarni, aby tam kupić - zależnie od swej zamożności - bułkę albo ćwiartkę chleba. Wracały szczęśliwe ze swymi zakupami do gromady, narażając się na nagabywanie kolegów: daj trochę, daj posmakować...

Dom rodzinny. W takiej oto wsi stał mój dom rodzinny. Była to parterowa prostokątna budowla, pamiętająca czasy Franciszka Józefa. Zbudowana głównie z kamienia, o grubych murach, które dobrze trzymały wilgoć. Sklepienia o łagodnych łukach podtrzymywały stalowe szyny. Dom leżał około 30 metrów od szosy, dawnego galicyjskiego cesarskiego gościńca wiedeńskiego, w przysiółku nazywanym Za Dworem. Ta nazwa wskazywała na bliskość wspomnianego już dworu Błotnickich.

Przez środek budynku biegła na przestrzał szeroka sień. Z niej wchodziło się do wszystkich pomieszczeń, na strych i do piwnicy. Była tam szafka w murze, pełniąca rolę spiżarni, strome drewniane schody na strych oraz piec chlebowy, w którym Mama wypiekała co tydzień wielkie okrągłe bochny. W samym kącie sieni stały osławione żarna czyli ręczny młynek do mielenia zboża. Nazywaliśmy je patefonem, bo kręcąc ciężkim kamieniem często śpiewaliśmy wesoło przy tej robocie.

Po lewej stronie sieni były dwa pomieszczenia. W pierwszym - jak pamiętam - zawsze była kuchnia. W latach trzydziestych Rodzice wynajęli je dwojgu staruszkom o nazwisku Michalski. Druga izba spełniała rolę sypialni, pokoju dziennego i gościnnego. Po prawej stronie mieściła się stajnia z oborą dla krowy i cielaka, chlew dla świń i grzęda dla kur. Było w niej również miejsce dla królików, a my z bratem Włodkiem próbowaliśmy także założyć tam hodowlę gołębi. Jedna izba z prawej strony sieni nie zawsze była wykorzystywana. Albo stała pusta, służąc jako składzik na różne domowe przedmioty, a w czasie wojny mieszkali w niej państwo Mądraccy - repatrianci ze wschodu.

Koło domu była stodoła zbudowana z grubych bali i kryta słomianym dachem. Stoi ona zresztą do dziś i stanowi pewnie już zabytek! Sam dom już nie istnieje. Siostra i jej mąż Dziunek, którzy zostali na naszej ojcowiźnie zburzyli go, wznosząc obok nowy budynek, znacznie nowocześniejszy.

Moi Rodzice mieli jakieś 3 morgi gruntów ornych, pastwisko zwane ugorami, dość duży ogród warzywny, sad i zagajnik olchowy położony za gościńcem nad rzeczką. Ten zagajnik wraz z wierzbami rosnącymi w koło stanowił rezerwuar drewna opałowego dla potrzeb domowych. Olszyna i wierzby były co pewien czas obcinane, a uzyskane drewno suszono i cięto na odpowiednie kawałki nadające się do kuchni. Grunt uprawny wokół domu, krowa w stajni, drewno pozyskiwane z olszyny i z wierzb jak również dorywcze prace przy sianokosach we dworze były źródłem nieustannej udręki dla nas chłopaków, bowiem zapewniały nam ciągłą darmową robociznę. Tu dusza rwała się do zabawy, a roboty nigdy nie brakowało... Czekała ona na nasze dziecinne ręce, doprowadzając często do skrajnej rozpaczy. Ale nie było wyjścia - trzeba było od najmłodszych lat pracować, uczestniczyć w pracy dorosłych.

Z perspektywy lat i tak mogę stwierdzić, że dzieci w innych rodzinach miały jeszcze gorzej!

Dom mojej siostry Olgi, do którego chętnie wracam


Rodzice. Moi rodzice to Józefa z domu Przetak, urodzona w 1898 roku i Aleksy Studnicki, urodzony w 1902 roku. Oboje pochodzili z Barwałdu Górnego. Pobrali się w 1923 roku i objęli w posiadanie opisany wcześniej dom i gospodarstwo. Nie są mi znane szczegóły, ale z różnych informacji pochodzących od Rodziców wiem, że majątek ten przejęli w zamian za uciążliwe spłaty na rzecz poprzednich właścicieli - członków rodziny Studnickich. Spłaty te ciążyły na nich przez długie lata, będąc ich zmorą. Ostatecznie dzięki wyrzeczeniom wybrnęli ze stanu zadłużenia i byli na swoim!

Mama i Ojciec ukończyli - jeszcze pod zaborem austriackim - po kilka klas szkoły ludowej w Barwałdzie, ale nie kształcili się dalej, bo nie pozwoliły im na to warunki. Rodziny, z których pochodzili były wielodzietne. Rodzice Ojca mieli dziewięcioro dzieci: sześciu synów i trzy córki, z których dwoje zmarło w dzieciństwie. Miałem więc ze strony Ojca dwie ciocie i czterech stryjów. Dziad Tomasz Studnicki posiadał spore gospodarstwo rolne, hodował nawet konia, ale w sumie rodzina dość cienko przędła, bo - jak opowiadał Ojciec - nie starczało butów dla wszystkich chłopców i zimą chodzili do szkoły na zmiany.

Najstarszy brat Ojca Józef wyemigrował w latach dwudziestych za Ocean i na długo słuch o nim zaginął. Odezwał się dopiero w latach siedemdziesiątych i nawet kilka razy odwiedził rodzinę. Przyjeżdżał ze swoją drugą żoną. Mieszkali w Vancouver w Kanadzie, gdzie mieli domek, a stryj pracował jeszcze jako ofice cleaner, jak z dumą to podawała ciocia wiedząc, że rodzina i tak nie rozumie po angielsku. Bo tłumaczenie na nasz język ojczysty brzmiało banalnie: sprzątacz biurowy.

Mama. Mama miała rodzinę mniej liczną. Był chyba tylko jeden brat i cztery siostry. Brat wywędrował wraz z ojcem a moim dziadem po kądzieli do Ameryki jeszcze przed I wojną światową, gdzie obaj zmarli. Kiedy zmarł dziadek -nie wiem. O śmierci wuja dowiedziałem się już po wojnie, kiedy to napisałem do niego pod adres odnaleziony wśród rodzinnych drobiazgów. Napisałem po angielsku. Odpowiedź przyszła w tym samym języku, ale jej autorką była córka wuja, której imienia nawet nie zapamiętałem. Była przyjemnie zaskoczona listem, pochwaliła moją angielszczyznę i poinformowała, że jej ojciec zmarł w 1942 roku. Zadeklarowała, że przyśle paczkę, bo przecież zdaje sobie sprawę, jaka bieda panuje u nas po tak strasznej wojnie. Napisałem, że nie jest u nas tak źle, ale było to chyba niepotrzebne, bo żadna paczka nigdy do nas nie dotarła. Nie było też dalszych listów i tak z amerykańską linią rodu Mamy urwały się wszelkie kontakty.

Zabytkowa chrzcielnica w kościele w Barwałdzie, gdzie zostałem ochrzczony


Mama - jak już wspomniałem wyżej - z pewnością skończyła tylko szkołę powszechną. Jedno budziło jednak zawsze mój podziw: jej piękny charakter pisma. Do dziś pamiętam te kształtne, krągłe literki, wycyzelowane słowa i zdania. Jak doszła do takich umiejętności - pozostało Jej tajemnicą. W dawnych szkołach uczono jednak kaligrafii... Mimo braku wykształcenia była osobą światłą. Czytywała łapczywie gazety, była łasa na wszelkie nowości i chętnie podejmowała różne inicjatywy, które w warunkach ówczesnej wsi były nowoczesne i postępowe. Chyba z czasopism czerpała informacje o ogrodnictwie i sadownictwie, wcielając pracowicie i mozolnie zdobyte wiadomości w czyn.

Koło domu założyła ogród warzywny, wkładając w to ogrom pracy. Przy naszej pomocy wyrównała kawał ugoru opadającego dość stromo ku gościńcu. Przerzuciliśmy duże ilości ziemi, głęboko (chyba na 50 cm) przekopali, nawożąc glebę obornikiem. Pamiętam, że Mama własnoręcznie woziła na taczkach i na wózku ziemię, szarpiąc się z tym ponad siły. Była w tej robocie uparta. Wymusiła na Ojcu, który nie był entuzjastą tych nowinek, aby w czasie wolnym od pracy zawodowej ogrodził to wszystko drewnianym płotem. Powstał obszerny ogród - chluba Mamy. Prowadziła w nim pionierskie, chyba pierwsze we wsi uprawy różnych warzyw. Pamiętam, że we wrześniu 1939 roku - miesiącu wybuchu wojny - w ogrodzie naszej Mamy nad podziw obrodziły pomidory. Dziesiątki krzaków uginało się wprost od ich dojrzałych owoców. Nie byliśmy w stanie ich zebrać. Była to spora gratka dla żołnierzy cofających się polskich oddziałów. Wpadali do ogrodu i wynosili stamtąd pełne naręcza pięknych, czerwonych pomidorów. Mama im tego nie broniła.

Rodzice autora i jego rodzeństwo: Aleksandra i Włodzimierz, on sam z prawej


Wzdłuż płotu Mama posadziła kilkadziesiąt krzewów agrestu i czerwonej porzeczki, pod południową i wschodnią ścianą domu - kilka winorośli, które sprowadziła skądś na podstawie ogłoszenia prasowego. W pogodne i ciepłe lata winorośl wspaniale owocowała, dając duże i słodkie grona. Na innym kawałku gruntu Mama założyła sad, sadząc w nim różne drzewka. Niektóre z nich owocują do dziś, ale część z nich - mimo usilnych zabiegów pielęgnacyjnych Mamy - zmarniała w trudnych warunkach glebowych i klimatycznych. Winogrona, agrest, porzeczki, czereśnie, śliwy, jabłka, gruszki - to były owoce do bezpośredniego spożycia lub do wyrobu domowego wina. Fermentowało tygodniami w dużych szklanych słojach zwanych dymionami i było przedmiotem naszych degustacji, jakich dokonywaliśmy, oczywiście w wielkiej tajemnicy przed Mamą!

W niedzielę 3 września 1939 roku Mama zarządziła ewakuację do babci pod Żarek. Załadowała na wózek pościel, ubrania i inne cenniejsze rzeczy, ze stajni wyprowadziła krowę, a Włodkowi poleciła wziąć na kierownicę ojcowego roweru... dymion z winem. Nie mogła go zostawić w domu na pastwę obcym ludziom. Taka była nasza Mama! Kiedy utknęliśmy w korku uciekających pieszych i wozów na moście jakieś 200 metrów od domu, Włodek stracił kontrolę nad swoim wehikułem, uderzył słojem o poręcz mostu i całe wino, tak starannie przez Mamę przygotowywane, wylało się do rzeczki i... popłynęło do morza.

Mama ładnie grała na ustnej harmonijce. Poza tym była osobą dość nerwową, co chyba miało swoje przyczyny w tym, że cierpiała na nadczynność tarczycy i miała z tego powodu tzw. wole na szyi. Nas trzymała krótko, karciła według potrzeby, najczęściej przy użyciu długiej drewnianej linii, która służyła Jej do krawieckich zajęć. Pamiętam Jej charakterystyczne - wypowiadane pół żartem, pół serio - ostrzeżenie: Bo cię przetnę na pół! Obok licznych obowiązków gospodarczych i wychowawczych zajmowała się krawiectwem, dorabiając w ten sposób do skromnego rodzinnego budżetu. A ręce miała wyjątkowo zręczne i była ceniona jako szwaczka. Popisywała się tymi umiejętnościami, szyjąc między innymi państwu Flakom - kierownikowi naszej 2-klasowej szkoły powszechnej i jego żonie. Ten fakt odegrał w moim życiu ważną rolę, ale o tym w dalszych częściach wspomnień.

Dzięki tym krawieckim uzdolnieniom Mamy chodziliśmy zawsze schludnie ubrani, nigdy obdarci, jak to bywało z innymi dziećmi na wsi, bo Mama zawsze coś uszyła, w czym wyglądaliśmy na dzieci dobrze ubrane - ponad standard materialnego powodzenia całej rodziny. To Jej zasługą było nieustanne uzupełnianie domowych zapasów ziarna pszenicznego, które skupowała w małych ilościach od wędrujących po domach Cyganek za grosze i za złotówki, które pochodziły z Jej dodatkowych krawieckich zarobków.

Niestety, jeszcze przed wybuchem wojny nabawiła się jakiejś choroby żołądka, która po kilku latach zniszczyła Ją śmiertelnie. Według niej samej choroba była spowodowana przeziębieniem żołądka zimnym surowym mlekiem, wyciągniętym z poddomowej piwniczki, które chciwie wypiła w skwarny letni dzień po powrocie z jarmarku w Kalwarii. Wbrew temu co możliwe jest współcześnie, nie leczyła się zbyt intensywnie. Przezwyciężała chorobę nieustanną - często ponad siły -pracą, ale przyszedł czas, kiedy cierpienie zwaliło Ją z nóg i przykuło do łóżka. Nastąpiło to chyba latem 1946 roku. Pamiętam, że kiedy przyniosłem swoje świadectwo maturalne - Ona już leżała obłożnie chora.

Było rzeczą straszną patrzeć na Jej powolne umieranie! Umierała w strasznych cierpieniach z głodu, bo Jej żołądek nic już nie przyjmował. Okropne bóle łagodzono jakimiś czopkami, które w miarę rozwoju choroby dawały coraz mniej ulgi w cierpieniu. Kiedy na początku stycznia 1947 roku odeszła z tego świata, nie było mnie w domu. Nie byłem również na Jej pogrzebie, bo siedziałem wówczas w areszcie wadowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Napiszę o tym dokładniej później.

Ojciec. Ojciec był z zawodu kołodziejem, a uczył się tego rzemiosła jako kilkunastoletni chłopiec w Morawskiej Ostrawie, na terytorium, które ówcześnie stanowiło cząstkę habsburskich Czech. Jako kołodziej czyli stelmach pracował dość krótko. Parał się natomiast wieloma innymi zawodami, głównie stolarstwem. Pracował jako stolarz budowlany, meblowy lub maszynowy, specjalizujący się w obróbce drewna w procesie produkcji mebli. Miał złote ręce i był dobry do wszystkiego. Kiedy trzeba było - umiał naprawić buty, zabić prosiaka i przerobić na wędliny, ostrzyc nas, chłopaków itp. Pracował oczywiście na roli, ale imał się wielu innych zajęć. W okresach bezrobocia nie było go w domu, bo często szukał pracy poza stronami rodzinnymi - w Krakowie, gdzieś na Górnym Śląsku i jeszcze gdzie indziej. Gdzie, o tym jednak tylko On byłby w stanie dokładnie powiedzieć.

Pamiętam jak przez mgłę, że Ojciec chciał wyemigrować za chlebem w świat, idąc śladami swojego brata Józefa. Przygotowania do wyjazdu były tak daleko posunięte, że pewnego dnia pożegnał się z nami i pojechał na jakiś punkt zborny, skąd mieli udać się w dalszą podróż. Ale po kilku dniach wrócił do domu, bo organizator zawiódł, czy wręcz oszukał wszystkich zainteresowanych. Co byłoby dalej z naszą rodziną, gdyby ten wyjazd Ojca doszedł do skutku, trudno dziś powiedzieć.

Kilka lat przed wojną Ojciec był dróżnikiem, mając pod swoją opieką kilkukilometrowy odcinek drogi państwowej od Barwałdu gdzieś po Brody z drugiej strony Kalwarii. Pracował również jako robotnik obsługujący obrabiarki do drzewa w kalwaryjskiej szkole stolarskiej, później w Spółdzielni "Stolarz" w Kalwarii. Na tych maszynach obcięło mu dwa palce u jednej z rąk (u której, nie pamiętam) i był w związku z tym w jakimś stopniu inwalidą. Na szczęście nie upośledziło to jednak Jego zdolności manualnych.

Ojciec przy frezarce (ok. 1942 r.)


Długo pracował w klasztorze OO. Bernardynów w Kalwarii, gdzie bywał zarówno kołodziejem (klasztor miał duże gospodarstwo rolne z wozami itp.) jak i stolarzem budowlanym. A w okresie kalwaryjskich odpustów bywał także milicjantem klasztornym i paradował w pięknym mundurze stylizowanym na strój wojsk Księstwa Warszawskiego, a u boku nosił groźnie wyglądającą szablę. Wtedy wraz z swymi kolegami pilnował porządku wśród pielgrzymów.

Z okresem pracy Ojca w Klasztorze wiąże się dość ciekawe wspomnienie. Pewnej niedzieli zabrał nas - brata Włodka i mnie - na mszę świętą do Klasztoru, a po nabożeństwie poszedł na zaplecze dla załatwienia jakichś swoich spraw (może po odbiór zapłaty za pracę?). W oczekiwaniu na jego powrót dotarliśmy do kuchni klasztornej, gdzie uraczono nas ciastem, co było dla nas dużą frajdą. Ojciec wrócił z jakimś starszym zakonnikiem, którego znał, co wynikało z żywej rozmowy. Bernardyn zainteresował się nami. Głaszcząc nas po głowach, zaczął udzielać Ojcu wskazówek co do dalszego naszego wychowania. Głaszcząc głowę Włodka radził, aby go kształcić w zawodach praktycznych, bo ma w tym kierunku wybitne uzdolnienia. Co do mnie zaś - powiedział, żeby nie zaniedbać kształcenia mnie w szkołach, bo w tym kierunku mogę osiągnąć wiele. Ojciec był zdumiony tym, co usłyszał i zapytał zakonnika, skąd on to może wiedzieć. A on na to: Panie Olku, kiedy głaszczę głowy twoich synów czuję po kształcie czaszki, co który jest wart...

I ta opinia zakonnika staruszka potwierdziła się później w znacznym stopniu...

Nasza rodzina w czasie wojny. Z dziewczynką na ręku sąsiadka Gielasowa


Rodzeństwo. Nasza rodzina była mniej liczna niż rodziny naszych Rodziców, ale i tak było nas, dzieci - pięcioro.

Olga. Najstarsza była siostra Aleksandra Małgorzata, a właściwie Małgorzata Aleksandra, z woli księdza staruszka Szymona Batki, który ją chrzcił. Prawdopodobnie zapisał w księgach parafialnych co innego, niż mu podawali rodzice chrzestni. Ale o tym rodziny i bezpośrednio zainteresowani dowiadywali się najwcześniej w szkole, przy okazji otrzymywania świadectw. Takie pomyłki dotknęły także mnie i najmłodszego brata Gustawa, który dla Rodziców i dla nas był przez całe lata Józefem.

Być może pomyłki te popełniał ksiądz staruszek. Gdy pomyśli się jednak o okolicznościach, w jakich odbywały się wtedy chrzty, to nie można wykluczyć, że winni mogli być również rodzice chrzestni. Trzeba bowiem pamiętać, że ceremonie te nie miały dawniej tak uroczystej oprawy liturgicznej. Rodzice wybierali chrzestnych, wsadzali ich wraz z kandydatem na chrześcijanina na wynajęty wóz konny jako podwodę i wyprawiali do kościoła, sami zaś zostawali w domu. Nie można wykluczyć, że przed wyjazdem częstowano całe to towarzystwo (chrzestnych i woźnicę) czymś mocniejszym. W takich okolicznościach łatwo było o pomyłkę, jeśli danych o dziecku nie napisano na kartce. Mogła zawieść pamięć, mógł poplątać się język - chrzestni mogli coś pomylić czy przekręcić bez udziału księdza. I tak być mogło, co gwoli sprawiedliwości wypada zaznaczyć.

Olga była najstarsza (urodzona w 1924 roku), co miało dla niej niezbyt pomyślne skutki, bo - jak pamiętam -musiała stale być na posługi u innych, głównie u babci Franki, która mieszkała Pod Zarkiem i prowadziła mały sklepik spożywczy. Siostra była tam latami na służbie, a u sióstr Mamy, u ciotek - Mańki, Franki i Hanki - niańczyła młodsze kuzynki, w następstwie czego po ukończeniu naszej wiejskiej szkoły powszechnej nie mogła nawet marzyć o dalszej nauce. Wśród tych trudów codziennego życia wyrastała na ładną dziewczynę. Ale chyba to zapracowanie od najmłodszych lat życia sprawiło, że była wśród nas najmniejsza.

Siostra Olga w latach czterdziestych


Wojnę przeżyliśmy razem w domu rodzinnym. Latem 1944 roku zatrzymała się u nas rodzina ze Wschodu, uciekająca przed frontem na zachód. Byli to państwo Mądraccy - rodzice i prawie dorosły ich syn Kazimierz (Dziunek). Zamieszkali u nas i tak już zostało. Młodzi przypadli sobie do gustu, w efekcie pobrali się w 1950 roku. Olga i Dziunek mają troje dzieci: Romana, technika przemysłu drzewnego, Jadwigę (Jagusię), fannaceutkę i najmłodszego Jerzego (Jerzyka), pracownika zawodowej straży pożarnej.

W dwa lata po narodzinach mojej siostry przyszedłem na świat ja, ale o sobie chwilowo zamilczę, krótko zajmując się kolejnymi braćmi.

Moja metryka chrztu z Barwałdu


Włodek. W 1927 roku przyszedł na świat Włodzimierz (Włodek). Kiedy chodził do pierwszej klasy szkoły powszechnej, bardzo ciężko zachorował. Około 1934 roku wujek Wincenty Sparzyński z Bugaja sprezentował nam dwa piękne gołębie pocztowe. Przy mojej skromnej pomocy Włodek budował dla nich w stajni budę. Pracował w pośpiechu i dość ciężko, zmęczył się i spocił, a kiedy przyszła pora pójścia do szkoły, narzucił na siebie płaszcz i pobiegł, ale do szkoły już nie doszedł. W drodze poczuł się tak źle, że zawrócił do domu. Mama położyła go do łóżka, z którego nie podnosił się długie tygodnie. Wysoka gorączka zwaliła go z nóg. Tracił przytomność, majaczył - zdawało się, że umrze. Mama wpadła w rozpacz, modliła się przy jego posłaniu, bo Włodek był Jej pupilem, ukochanym synkiem. Na szczęście śmierć nie zabrała go wtedy z tego padołu, ale długo nie mógł przyjść do siebie. Była to ciężka postać jakiejś grypy, po której pozostał mu ślad w postaci upośledzenia słuchu. A gołębie i tak nam uciekły do rodzinnego gniazda...

W odróżnieniu od siostry Włodek po ukończeniu szkoły powszechnej uczył się dalej. Poszedł na praktykę do zakładu szewskiego pana Adama Filka w Barwałdzie Górnym. Równolegle uczęszczał do szkoły zawodowej w Kalwarii Zebrzydowskiej. I praktykę i szkołę zawodową skończył pomyślnie, zostając mistrzem szewsko-cholewkarskim. Swój fach znał doskonale, ale nie ograniczał swych umiejętności do tego zawodu, którym parał się aż do przedwczesnej śmierci w 1986 roku. Miał złote ręce i potrafił wszystko. Te uzdolnienia manualne objawiał od najmłodszych lat. Wyprzedzał mnie w tym o wiele długości, bo ja - w przeciwieństwie do niego - byłem zawsze niezdarą w tym względzie.

Jeszcze latem 1943 roku uwikłaliśmy się razem w konspirację, podejmując działalność, w której on był bardzo aktywny, bo fascynowała go broń i ruch. Już po wyzwoleniu musiał jakiś czas ukrywać się przed Urzędem Bezpieczeństwa aż do ujawnienia się w październiku 1945 roku. Ale i później nie miał spokoju, bo bezpieka długo podejrzewała go o kontynuowanie konspiracji. Wcześnie założył rodzinę, żeniąc się z moją koleżanką klasową Aurelią (Relą) Wypiór, która mieszkała wraz z rodziną na Kamieńcu. W ciężkim trudzie i znoju oraz ogromnym nakładem własnej pracy zbudował dom na części naszej ojcowizny, w sąsiedztwie rodzinnego domu i tam dochował się trójki dzieci: synów - Aleksandra i Marka - inżynierów oraz córki Małgorzaty, magistra matematyki.

Włodek i Dziunek około 1946 r.


Włodek zmarł w 1986 roku na straszną chorobę nowotworową gardła. Cierpiał przed śmiercią bardzo, nie mogąc sobie dać rady z potęgującym się bólem. Nie byłem na Jego pogrzebie, co sobie zawsze

wyrzucam. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy wówczas w Kopenhadze. Spędziliśmy tuż przed śmiercią brata urlop w Gdyni, ale do Barwałdu wtedy nie wybrałem się. Zresztą informacje dochodzące wówczas od rodziny wskazywały na poprawę Jego zdrowia. Tymczasem los chciał inaczej. Dosłownie nazajutrz po powrocie do Kopenhagi dotarła do nas depesza informująca, że Włodek nie żyje. Ta straszna wiadomość wstrząsnęła mną dogłębnie, a otoczenie widząc, w jakim znalazłem się stanie radziło mi, bym zrezygnował z kolejnej tak dalekiej podróży. I tak na pogrzebie Brata nie byłem. Za to teraz, kiedy odwiedzam Jego grób, tłumaczę się Mu zawsze z tego mojego zaniedbania...

Zdzisiek. Brat Zdzisław przyszedł na świat w 1932 roku jako czwarte dziecko w rodzinie. Uchodził w wieku dziecięcym za pechowca. Stale spotykały go jakieś komplikacje, czy też małe nieszczęścia. Pewnego razu włożył palec w tryby tzw. wialni. Zmiażdżyło mu go, więc wspólnie z Włodkiem owinęliśmy mu ten palec tamponem z waty nasączonym ... jodyną. Ponieważ bardzo krzyczał i płakał (to zrozumiałe, bo go okropnie piekło), więc woziliśmy go dla pocieszenia na wózku, który Ojciec zrobił. Niewiele to pomogło. Dopiero Mama wykonała mu właściwy opatrunek, ale jodyna tak bardzo spaliła tkankę, że po zagojeniu palec okazał się znacznie cieńszy. Innym razem pszczoły rojące się u sąsiada pokłuły Zdziśka szczególnie mocno - jednym słowem rósł chłopak wśród dodatkowych cierpień, których los oszczędził nam pozostałym. Ale wyrósł na postawnego mężczyznę i było mu dane służyć w Wojsku Polskim, w jakiejś jednostce na Pomorzu, gdzie dosłużył się stopnia kaprala. Przed służbą wojskową uczył się zawodu krawieckiego, kończąc zarówno praktykę jak i szkołę zawodową w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tam prowadził swój zakład krawiecki. Ożenił się z Walentyną Zawilską, zbudował w Kalwarii dom i wychował w nim dwoje dzieci: córkę Mirosławę, absolwentkę Uniwersytetu Jagiellońskiego (resocjalizacja) i syna Bogdana, który skończył technikum stolarskie i prowadzi własny zakład w mieście stolarzy, jakim jest niewątpliwie Kalwaria.

Grobowiec brata Włodzimierza w Barwałdzie


Zdzisław ma podobne uzdolnienia praktyczne, manualne - jak Włodek. Odznacza się poza tym nerwowością, ale i dużym poczuciem humoru, który ujawnia przy różnych okazjach towarzyskich. Ten jego życiowy pech znalazł zwieńczenie w jego chorobie i kilku operacjach, w następstwie których został dość wcześnie rencistą, choć nigdy nie porzucił swego zawodu.

Gustaw. Najmłodszy brat Józef Gustaw, a właściwie Gustaw Józef (znowu pomyłka w metrykach), urodził się w 1935 roku. Kiedy umierała Mama, miał zaledwie 12 lat, a więc był jeszcze dzieckiem. Było mu chyba dlatego najtrudniej. Całe szczęście, że brak Mamy wypełniła mu siostra, która matkowała zresztą także i mnie, bo jej dom rodzinny stał się dla nas wszystkich ostoją, dokąd zdążaliśmy na rodzinne spotkania u korzeni. Ale wyobrażam sobie, że dla Gustawa Olga była szczególnie bliska. U niej przecież mieszkał do ukończenia szkoły podstawowej i później, kiedy chodził do wadowickiego liceum.

Trzech Budrysów: Zdzisek, Włodek i Gustaw (ok. 1943 r.)


W szkole średniej rozstrzygnięto o dalszym jego życiu. Część młodzieży klas maturalnych namówiono, aby zapisała się na kurs pedagogiczny, boć to zawsze może przydać się, a potem krakowskie kuratorium całą tę grupę młodzieży objęło nakazami pracy. To oznaczało obowiązek podjęcia pracy w szkolnictwie podstawowym. Brat mógł wprawdzie uniknąć tego losu, przyjmując propozycję studiów wyższych w ZSRR. Nie zdecydował się na nie, lękając się zarówno rozłąki z rodziną jak i dalszych konsekwencji takich studiów. I poszedł uczyć cudze dzieci...

Los rzucał go po różnych zabitych deskami wsiach. Wiem, że rozpoczął pracę nauczycielską w Zawoi pod Babią Górą w tych czasach, kiedy chodziło się tam kilkanaście kilometrów piechotą z Suchej lub Makowa, potem uczył w innych szkołach podstawowych w miejscowościach, których nazw nie pamiętam. Ostatnią placówką, którą kierował była Szkoła Podstawowa w Zakrzowie. Potem przeszedł do pracy w szkolnictwie średnim, zostając profesorem matematyki w Liceum w Wadowicach. Tam pracował do emerytury. Wykonując swój niełatwy zawód cały czas kształcił się. Ukończył studium nauczycielskie, potem Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Krakowie, studium podyplomowe, podjął również trud studiów doktoranckich, uzyskując ostatecznie tytuł doktora nauk matematycznych.

Uczył młodzież matematyki, a jego kwalifikacje w tym względzie potwierdzał doktorat, ale cały czas miał słabość do historii. Byłby zresztą może i wcześniej został historykiem, gdyby nie wpływy ideologii i polityki na tę humanistyczną dyscyplinę. To skłoniło brata do podjęcia specjalizacji w matematyce, która wydawała mu się najbardziej odporna na ideologię i politykę. Swej historycznej pasji oddał się szczególnie mocno po przejściu na emeryturę, co miało miejsce - dzięki korzystnym przepisom Karty Nauczyciela - bardzo wcześnie, bo już w 1986 r. Miał wtedy dopiero 51 lat, ale 36 lat pracy w zawodzie. I dziś mój najmłodszy braciszek jest historykiem amatorem, który stale wertuje stare dokumenty, opracowując uzyskane efekty tak, aby można je było drukować. Opublikował dwie książki, kilka poważnych opracowań i dziesiątki artykułów i szkiców. Jestem dumny z mojego najmłodszego brata! Więzy rodzinne łączyły nas wszystkich, ale muszę wyznać, że do mojego najmłodszego brata mam szczególną atencję.

Gustaw ożenił się z nauczycielką Anielą Lompart ze Starego Sącza, z którą ma dwoje już dorosłych dzieci: córkę Urszulę, magistra ekonomii i pracownicę banku oraz syna Janusza, magistra inżyniera, współwłaściciela zakładu poligraficznego.

Mój wczesny wylot z rodzinnego gniazda rozluźnił nieco więzy rodzinne. Gdynia leży daleko od Barwałdu, a dojazd do rodziny wymagał czasu i pieniędzy. To chyba sprawiło, że musiałem zrezygnować z udziału w uroczystościach weselnych zarówno mojego Ojca, który ożenił się w 1950 roku po raz drugi, oraz z wesel siostry Aleksandry, braci - Włodka i Zdziska. Było mi głupio i żal tych wyjątkowych okazji rodzinnych. Dlatego kiedy otrzymałem zaproszenie na ślub najmłodszego brata, postanowiłem pojechać do Starego Sącza. Załatwiłem sobie jakąś delegację, bo w owym czasie organizowałem w mojej firmie zaopatrzenie na potrzeby floty morskiej i ruszyłem w drogę. Dotarłem tam kilka godzin przed ślubem kościelnym i po odszukaniu domu weselnego włączyłem się w orszak ślubny. Byłem oczywiście na samym weselu, które odbyło się w domu rodzinnym panny młodej. Było miło, rodzinnie i wesoło.

Z tym moim pobytem w Starym Sączu łączy się dość ciekawe wspomnienie. W czasie tej weselnej nocy zaczął padać deszcz. Kiedy kładliśmy się spać, padało umiarkowanie. Rano okazało się, że kilkugodzinne intensywne opady spowodowały katastrofalną powódź na Popradzie. Przyspieszyła ona chyba nawet wyjazd rodziny z Barwałdu, która odjechała pierwszym porannym pociągiem. Ja miałem zostać trochę dłużej i po śniadaniu ruszyć w drogę. Tymczasem okazało się, że powódź uszkodziła tory i pozrywała mosty, w związku z czym zostały odwołane wszystkie pociągi z Krynicy do Nowego Sącza i dalej na Tarnów i Kraków. Zostałem nieoczekiwanie uwięziony w Starym Sączu - bez możliwości powrotu do Gdyni.

Autor z bratową w Starym Sączu (1958 r.)


Poszliśmy z Gustawem nad Poprad. Był wezbrany ponad oczekiwania, tocząc brudne fale i niosąc na ich grzbietach kopy siana, drzewa z korzeniami, a nawet jakieś zwierzęta. Rzeka zerwała również wiszącą kładkę. W ciągu dnia sprawdzaliśmy nieustannie sytuację na kolei, ale nic nie zapowiadało przywrócenia ruchu pociągów na tym odcinku. Dopiero w późnych godzinach wieczornych dowiedzieliśmy się, że odjedzie pociąg ze Starego do Nowego Sącza, a tam znajdzie się jakieś połączenie dalej do Krakowa. Brat odprowadził mnie na stację kolejową, pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyłem w drogę. Dotarłem do domu we wtorek rano, spóźniając się jeden dzień do pracy. Musiałem dobrze gimnastykować się, aby uzasadnić to opóźnienie! Ale dzięki tej powodziowej przygodzie ślub mojego najmłodszego brata wbił się tym mocniej w moją pamięć.

[Słowo wstępne] [Rozdział 1] [Rozdział 2] [Rozdział 3] [Rozdział 4] [Rozdział 5] [Rozdział 6]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.