Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

WŁADYSŁAW PIEKARCZYK zm. 6.08.2012


MOJE WSPOMNIENIA
z lat nauki w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym
im. Marcina Wadowity w WADOWICACH w latach 1945 - 1949


W pierwszej połowie lutego 1945 r. dowiedziałem się, że wadowickie Gimnazjum i Liceum wznawia swoją działalność. Zgłosiłem się do Szkoły, zdałem egzamin wstępny i zostałem przyjęty do pierwszej klasy gimnazjalnej.

Z przerażeniem stwierdzam, że upłynęło już ponad sześćdziesiąt lat jak rozpocząłem swoją edukację w Gimnazjum. Jest to szmat czasu. Dlatego niektóre zdarzenia z tamtych Jat zaczynają się już zacierać w mojej pamięci. Proszę więc o wyrozumiałość w tym względzie. Chciałbym przedstawić zdarzenia z tamtych lat, tak jak je dziś pamiętam. Z góry zastrzegam, ze tym co piszę nie chciałbym nikogo dotknąć, a tym bardziej obrazić.

Należę do uczniów, którzy dnia 24 lutego 1945 r. rozpoczęli naukę w pierwszej klasie gimnazjalnej w budynku szkoły żeńskiej przy ul. Sienkiewicza w Wadowicach. Klasa była liczna, bo o ile dobrze pamiętam to było nas około czterdziestu. Uczniowie rodzaju męskiego. Byliśmy w różnym wieku. Różnica wynosiła nawet trzy lata. Widać było na nas ślady wojny, która zresztą jeszcze się toczyła. Byliśmy wynędzniali i słabo ubrani. Połatane ubrania a nawet koszule na nikim nie robiły wrażenia. Byli wśród nas tacy, którzy przez dłuższy czas jeszcze nosili buty na drewnianych podeszwach (Niemcy przydzielali je robotnikom).

Rzesza (Niemcy) a na wschód Generalna Gubernia. Obowiązywały na tych terenach zupełnie inne ustalenia administracyjne, warunki społeczne i bytowe. W Rzeszy obowiązywał przymus pracy. Wszyscy, którzy ukończyli czternasty rok życia musieli pracować.

Dlatego koledzy z klasy pracowali i to w różnym charakterze. Na roli (tak jak ja) u osiedleńców niemieckich tzw. "bauerów", w zakładach pracy i różnych usługach. Byli i tacy, którzy zostali wywiezieni do pracy w głąb Rzeszy. Byliśmy wszyscy wyzyskiwani, źle opłacani, upokarzani i często głodni. Koledzy zza Skawy lepiej się prezentowali. Byli lepiej ubrani i zamożniejsi.

Mieliśmy też różne przygotowanie do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie gimnazjalnej. Niektórzy z kolegów przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej ukończyli szkołę podstawową inni tylko cztery klasy, jeszcze inni kontynuowali naukę w czasie trwania wojny na tak zwanych tajnych kompletach.

Mimo młodego wieku mieliśmy też różne przeżycia z okresu wojny. Wielu z kolegów uczestniczyło w ruchu oporu w różnych organizacjach i w różnym charakterze stosownie do wieku. Jedni skończyli tą działalność z chwilą wyzwolenia terenów, na których mieszkali spod okupacji niemieckiej inni przez jakiś czas jeszcze ją kontynuowali narażając się na poważne konsekwencje (tych było niewielu). Do Gimnazjum i Liceum uczęszczali uczniowie z terenów nawet znacznie oddalonych od Wadowic. Tak było i w mojej klasie. Byli uczniowie z Andrychowa, Zatora, Kalwarii, Suchej Beskidzkiej. Dojazd do Wadowic był utrudniony. Zniszczone mosty na rzekach w tym Skawie, Sole uniemożliwiały komunikację kolejową. Komunikacja kołowa też była utrudniona, bo drogi wykorzystywało maksymalnie wojsko do przewozu żołnierzy i różnych środków bojowych i materiałowych. Trwała przecież jeszcze Druga Wojna Światowa. Dla uczniów z miejscowości znacznie oddalonych od Wadowic najlepszym rozwiązaniem było mieszkanie na tzw. stancji tj. w wynajętym pokoju w Wadowicach samemu lub w kilku. Ale nie wszystkich było na to stać, ponieważ dochodził tu jeszcze problem wyżywienia.

Ja przez dwa tygodnie chodziłem pieszo z Inwałdu tj, około osiemnastu kilometrów dziennie. Ze względu na warunki zimowe, duży ruch pojazdów wojskowych było to zbyt wyczerpujące i ryzykowne.

Dlatego przez dwa kolejne miesiące mieszkałem na stancji a w maju rozpocząłem dojeżdżanie rowerem. Tak było do czasu uruchomienia komunikacji kolejowe!. Dojazd pociągiem to było duże udogodnienie mimo tego, że dłuższy czas w składzie pociągu połowa wagonów to były wagony towarowe wyposażone w zwykłe drewniane ławki. Ponadto pociągi były bardzo przepełnione i często jechało się w dużym tłoku stojąc. Z czasem sytuacja się poprawiła i w składzie pociągów były nawet wagony z napisem "Dla młodzieży szkolnej".

W klasie też było początkowo ubogo. Siedzieliśmy na długich od sześcio do ośmio osobowych ławkach czasami różnej wysokości, które czasami w trakcie lekcji - podejrzewam, że celowo z trzaskiem składały się wywołując spore zamieszanie. Pamiętam też, że i tablica stojąca na dużym trójnogu była pęknięta. Bywało, że przy bardziej energicznym ruchu lub nacisku kreda spadała na podłogę.

Wszyscy jednak byliśmy żądni wiedzy i pełni zapału. Po dwóch tygodniach poszczególni profesorowie zaczęli sprawdzać co z tego co mówią zostaje w naszych głowach. Okazało się jednak, ze nie wystarczają tylko dobre chęci i wysłuchanie wykładów ale, że trzeba się uczyć i to systematycznie. Niektórym kolegom trudno było "wejść" w rolę ucznia. Dużo przeżyli i wiele ciekawych rzeczy działo się dookoła. Było o czym mówić, było co obserwować a to nie wymagało wysiłku.

Zasadniczym utrudnieniem w nauce był brak podręczników. Bazowaliśmy na tym co zanotowaliśmy na lekcjach. Z czasem ale to już w następnych klasach notatki na lekcji robiliśmy we dwóch. Były tylko między nami sygnały "Ty-Ja". Potem po lekcjach odczytywaliśmy notatki składaliśmy w całość i przepisywaliśmy do zeszytów. W Gimnazjum obowiązywała łacina i jeden z języków zachodnich. Początkowo może przez jakieś dwa tygodnie uczyłem się języka niemieckiego.

Potem język niemiecki zamieniono na francuski i tak już pozostało do matury. W innych klasach obowiązywał zamiast języka francuskiego angielski. Lekcje zaczynały się i kończyły modlitwą. Z pomocą znajomych udało mi się odtworzyć treść modlitw. Przed lekcjami brzmiała:

"Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze dodaj nam otuchy i zdolności aby ta nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa Pana Naszego - Amen."


Po lekcjach:

"Dzięki Ci Boże za światłość tej nauki, pragniemy abyśmy nią oświeceni mogli Cię zawsze wielbić i wolę Twoją wypełniać przez Chrystusa Pana Naszego - Amen".

Profesor, który rozpoczynał lekcje (profesorem tytułowaliśmy wszystkich, którzy z nami prowadzili lekcje) w zależności od swych przekonań religijnych albo się z nami modlił, albo stał obok katedry. Jeżeli nie uczestniczył w modlitwie to po wejściu do klasy stawał przy katedrze i zwracał się do klasy - "proszę". My odmawialiśmy modlitwę i zaczynała się lekcja. Po dzwonku kończącym lekcje rytuał się powtarzał. Profesor wychodził z klasy dopiero po zakończonej przez nas modlitwie. Gdy pierwszą lub ostatnią lekcją był język francuski to modlitwę odmawialiśmy po francusku (oczywiście po jej opanowaniu).

Do rytuału należało też, że dojeżdżający pociągiem idąc z dworca kolejowego (stacji) do Gimnazjum wstępowali po drodze do Kościoła (obecnie Bazylika Mniejsza) na krótką modlitwę. Tak samo było po lekcjach gdy wracaliśmy na dworzec kolejowy. Skróconą pierwszą klasę gimnazjalną zakończyliśmy w dniu 31 lipca 1945 r. Jeśli dobrze pamiętam wszyscy otrzymaliśmy nominację do następnej klasy. Po powrocie z wakacji 1 września 1945 r. w naszej klasie nastąpiły zasadnicze zmiany. Z klasy na tak zwane "kursy dla dorosłych" odeszli wszyscy koledzy, którzy ukończyli osiemnasty rok życia. Na kursach według specjalnego programu w ciągu jednego roku szkolnego realizowane były dwie klasy.

W miejsce tych co odeszli przyszli nowi koledzy, a co najważniejsze koleżanki. Staliśmy się klasą koedukacyjną. W tym składzie bez większych zmian ukończyliśmy czwartą klasę gimnazjalną. Drugą i trzecia klasę przerobiliśmy w ciągu jednego roku szkolnego. Natomiast nauka w czwartej klasie trwała cały rok szkolny i ukończyliśmy ją w czerwcu 1947 r.

W klasie mieliśmy uzdolnionych sportowo i muzycznie kolegów. W piłkę nożną w wadowickim klubie, który jak pamiętam miał różne nazwy od SKAWY do KOLEJARZA grało trzech. naszych kolegów. TADEUSZ GABOR na prawym skrzydle (późniejszy architekt). Niewysoki ale bardzo szybki i "bramkostrzelny". Był też dobrym siatkarzem i pingpongistą. RYSZARD KANIK grał w środku ataku, dobry organizator gry i dobry strzelec (późniejszy przewodniczący Powiatowego Wydziału Kultury Fizycznej i Sportu) . KAZIMIERZ GRONKIEWICZ - bramkarz (późniejszy lekarz medycyny). Naszym kolegą klasowym był dojeżdżający z Andrychowa MIECZYSŁAW GAJCZAK. "Zapalony" kibic "Beskidu" Andrychów a niechętny klubowi wadowickiemu. Mięciu był postacią oryginalną w klasie. Elokwentny nieco krzykliwy i umiejący znaleźć "dziurę w całym". Dlatego od poniedziałku do środy były "zacięte" dyskusje o meczach, które odbyły się w niedziele, a ód czwartku do soboty o wynikach, które "padną" w nadchodzącą niedzielę. Szkoda, że wtedy nie było jeszcze techniki nagrywania takich dyskusji, bo dziś byłby to "rarytas". Natomiast umuzykalnionymi kolegami byli:
- STANISŁAW PAŹDZIORA (późniejszy inżynier leśnik)
- MARIAN SORDYL (późniejszy architekt).
Staś PAŹDZIORA grał na pianinie i akordeonie oraz ładnie śpiewał.

Razem z kolegami z równoległej klasy Andrzejem KARPIEM (ukończył AM w Krakowie) i Stanisławem SKRZYŃSKIM (późniejszy lekarz medycyny) stworzyli "Kwartet Szkolny", Śpiewali bardzo ładnie i uświetniali swoim? występami akademie i różne uroczystości. Śpiewali piosenki patriotyczne i aktualne przeboje. Mieli też na swoim koncie własne kompozycje. Jedna z nich pamiętam nosiła tytuł "Nie płacz Basiu ma". Adresowana była do konkretnej osoby obdarowywanej sympatią przez kompozytora. Byliśmy dumni z naszych kolegów, a tak w skrytości to im zazdrościliśmy. Mieli duże powodzenie u naszych koleżanek i w ogóle płci pięknej. Uczniowie mieli obowiązkowy przedmiot przysposobienie wojskowe - PW. Obejmował on podstawowe wiadomości, które należało opanować teoretycznie i praktycznie z musztry, regulaminów, taktyki, terenoznawstwa, znajomości i posługiwania się bronią. Za PW odpowiadał pan prof. STANISŁAW KNAPIK - oficer rezerwowy. Szkolenie prowadzili instruktorzy wojskowi. Odbywało się ono w godzinach popołudniowych. Chodziliśmy na nie w specjalnych wiatrówkach koloru khaki i furażerkach. Oprócz godzin lekcyjnych mieliśmy różne kilkudniowe szkolenia w terenie. Gdy z nich wracaliśmy w szyku marszowym ze śpiewem to witały nas nasze koleżanki z klasy. Czasem były nawet kwiaty.

Utkwiły mi w pamięci szczególnie ćwiczenia z PW jakie odbyły się na wiosnę 1946 r. Maszerowaliśmy marszem ubezpieczonym w kierunku miejscowości WIEPRZ. Na wzgórzach obok tej miejscowości zajęliśmy obronę. Naprzeciw nas obronę zajęło PW z miasta KĘTY - nasz przeciwnik. W 1946 r. można było jeszcze w terenie znaleźć lub łatwo zdobyć amunicję do broni strzeleckiej. Nie wiadomo dlaczego w pewnym momencie między ćwiczącymi stronami wywiązała się strzelanina ostrą amunicją. Kule gwizdały i nie było żartów. Sytuacja stawała się bardzo niebezpieczna. Dzięki szybkiej i zdecydowanej interwencji instruktorów wojskowych i przełożonych, strzelanina jak nagle wybuchła tak szybko ustała.

Całe szczęście, ze nic się nikomu nie stało. O ile wiem to winnych też nie wykryto. Między Szkołą a stacjonującym w Wadowicach 18 kołobrzeskim pułkiem piechoty panowały dobre stosunki. Wynikało to z wieloletniej obecności Wojska Polskiego w mieście i różnych koligacji. Ponadto część kadry pułku uczęszczała lub uzupełniała swoje wykształcenie w naszej Szkole na kursach dla dorosłych. Na święto Wojska Polskiego byliśmy zapraszani do pułku z czego chętnie korzystaliśmy. Nieoczekiwany "zgrzyt" nastąpił gdy do Szkoły na jesieni 1948 r. z prelekcją przyszedł oficer ale niefortunny prelegent. Mówił z mocnym akcentem wschodnim i nie zawsze poprawnie gramatycznie. Mówił o faktach, które my znaliśmy tylko inaczej je interpretował. Poza tym posiłkował się dziwnymi zwrotami. Jeden z nich pamiętam do dziś a brzmiał on : "dziadzio Piłsudski porwał się na młodą Republikę Radziecką". Wywołało to śmiech i różne krytyczne uwagi z sali. Zdenerwowany prelegent ostro reagował i sytuacja stawała się nieprzyjemna. Musiał interweniować pan dyrektor. Ale sprawa jakoś "przyschła" bo we wzajemnych stosunkach nic się nie zmieniło.

W listopadzie 1946 r. w Szkole miało miejsce bardzo przykre wydarzenie. Podczas lekcji na kursach dla dorosłych zostało przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Wadowicach aresztowanych sześciu uczniów. Trzech z nich znałem, w tym STANISŁAWA MYDLARZA z Inwałdu, który był moim kolegą. Byłem tym faktem bardzo zaskoczony i zmartwiony. Aresztowanie nastąpiło w związku z prowadzoną przez nich akcją ulotkową. Ulotki były pisane na maszynie i rozprowadzane między innymi wśród uczniów. Grupa miała prawdopodobnie kontakt z organizacją "Wolność i Niepodległość". To co piszę znam z relacji braci Stanisława. W dniu 17 marca 1947 r. aresztowani stanęli przed wojskowym sądem w Krakowie. Wszyscy otrzymali wyroki skazujące a Stanisław Mydlarz dwa lata więzienia. Na poczet kary zaliczono mu okres aresztowania oraz skorzystał z amnestii. Dzięki temu po rozprawie wyszedł na wolność.

Następnie wyjechał do brata do Bytomia gdzie w lipcu 1948 r. zdał maturę. Dwaj znajomi z Wadowic również wrócili do domu i do Szkoły. W 1948 r. tez zdali maturę i poszli na studia.

W tej trudnej sprawie dużej pomocy udzielił mieszkający przed 1939 r. w Inwałdzie BERNARD MARMUR. W 1946 r. był majorem WP i pracownikiem Wojskowej Prokuratury w Krakowie.

Uczyliśmy się solidnie. Oczywiście oceny otrzymywaliśmy różne ale większych wpadek i niepowodzeń nie pamiętam. Zaliczaliśmy kolejne klasy. Dorastaliśmy. Zaczęliśmy się podkochiwać w swoich koleżankach. Przelotne uczucia przeradzały się w mocne i trwałe. Z gimnazjalnego okresu naszej klasy wywodziły się późniejsze małżeństwa PAŹDZIORÓW (ona z domu Droździewicz), JANKOWSKICH (ona z domu Kruszyńska). Niestety obaj koledzy już nie żyją.

Czwartą klasę gimnazjalną ukończyliśmy dnia 28 czerwca 1947 r. Otrzymałem "Świadectwo Ukończenia Gimnazjum Ogólnokształcącego" ze zdjęciem opieczętowanym pieczęcią Szkoły i podpisami wszystkich profesorów, którzy mnie uczyli.

Jest to moment kiedy drogi wielu z nas z klasy tak ze sobą zżytej zaczęły się rozchodzić. Spowodowane to było planami osobistymi każdego z nas. Jedni chcieli szybciej zdać maturę i pójść na studia, dlatego przenieśli się na kursy dla dorosłych jak Kazimierz Gronkiewicz, Stanisław Chrapla czy Eugeniusz Zwoliński. Inni chcieli szybciej zdobyć zawód by się usamodzielnić lub być lepiej przygotowanym na planowanym kierunku studiów, jak Franciszek Widlarz, Władysław Guzdek, Stefan Bernacik czy Stanisław Jankowski. Najwięcej koleżanek i kolegów przeniosło się do różnych szkół średnich w Bielsku - Białej.

Ja postanowiłem pozostać w Liceum Ogólnokształcącym w Wadowicach na Wydziale Przyrodniczym. Wiele koleżanek i kolegów z Gimnazjum postąpiło podobnie. Różnice były tylko w wyborze Wydziału.

Przyrodniczy czy Humanistyczny. Zostały zorganizowane dwie pierwsze klasy licealne. Jedna, do której ja chodziłem z wydziałami Przyrodniczym i Humanistycznym, a nauka w tej klasie odbywała się w godzinach przedpołudniowych. Druga tylko z wydziałem Przyrodniczym, a nauka w tej klasie odbywała się w godzinach popołudniowych.

Moja klasa miała nowy skład osobowy. Zaczęliśmy się poznawać i "dopasowywać" do siebie. Ja usiadłem przy przedostatnim stoliku w pierwszym rzędzie od drzwi wejściowych razem z Emilem RZYCKIM i tak przesiedzieliśmy do matury. Przyjaźń wtedy zadzierżgnięta trwa do dziś.

Teraz chciałem poświęcić nieco uwagi niektórym z tych "nowych", którzy przyszli do klasy. W klasie jako nasza koleżanka znalazła się księżniczka Cecylia Czartoryska - autentyczna księżniczka. Brunetka o niebieskich oczach, średniego wzrostu i dość korpulentna. Osoba bardzo skromna i miła. Niczym nie wyróżniała się spośród pozostałych koleżanek. Nawet tak szczerze mówiąc nie "pasowała" mi do tego czego się naczytałem o księżniczkach w książkach i czasopismach. Chodziła z nami tylko do pierwszej klasy licealnej.

Był w klasie Jerzy MAJKA człowiek miły, koleżeński i zdolny. Ale w naszej klasie nie "zagrzał" długo miejsca. Mimo, ze był od nas młodszy bardzo spieszyło mu się do matury i postanowił zdawać ją eksternistycznie. Maturę oczywiście zdał i już w 1948 r. rozpoczął studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Ale coś mu tam nie "pasowało" i przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński. Ale to też nie było to. Nie wiem co skończył bo już nigdy się z nim nie spotkałem. Wiem, że pracował na odpowiedzialnych stanowiskach był też redaktorem naczelnym kilku czasopism. Zmarł młodo jako redaktor naczelny Trybuny Ludu.

Wspomnę tez Jerzego PĘKALĘ dojeżdżającego z Andrychowa, późniejszego między innymi prezydenta Miasta Krakowa i ambasadora PRL w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Człowiek bardzo skromny, miły i koleżeński.

W Liceum jak i w Gimnazjum uczyli mnie wspaniali nauczyciele oddani młodzieży i Szkole. Chylę przed nimi głowę bo wiele im zawdzięczam. Chcę napisać przede wszystkim o tych, którzy szczególnie zapisali się w mojej pamięci. Jestem daleki od jakiejkolwiek uszczypliwości. Ale każdy z profesorów miał swoją osobowość i ja ją chcę może niezdarnie ale przedstawić.

Dyrektorem Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego był pan prof. Jan KRÓLIKIEWICZ. Człowiek przez uczniów powszechnie szanowany. Zawsze elegancko ubrany, energiczny i zdecydowany. Z godnością pełnił swe odpowiedzialne obowiązki. Wzbudzał wśród nas respekt i szacunek. Był również dobrym wykładowcą. Miałem przyjemność słuchać jego wykładów z propedeutyki filozofii. Wydaje mi się, że umiał i lubił "celebrować" różne uroczystości. Do dziś ze szczegółami pamiętam zachowanie pana Dyrektora gdy zapoznawał nas z treścią tematów do pisemnego egzaminu maturalnego z języka polskiego. Punktualnie o godzinie 8.00 wszedł do sali gdzie my "rozsadzeni" każdy przy oddzielnym stole czekaliśmy na rozpoczęcie egzaminu. W ręku trzymał zalakowaną kopertę i energicznym krokiem wszedł na podwyższenie obok tablicy. Przywitał się z nami i powiedział: "Zaraz wszystko będzie wiadome". Następnie pedantycznie, spokojnie otworzył kopertę i wyjął arkusz papieru z trzema tematami. Podszedł do tablicy i odczytując kolejny temat pisał go na niej. Gdy przeczytał temat trzeci - ostatni na sali rozległ się jęk zawodu. Zaniepokoiło to dyrektora. Odwrócił się do nas z pytaniem - o co chodzi?. Przecież tematy są dobre a on jest przekonany, że z naszą wiedzą damy sobie z nimi z łatwością radę. Życzył nam powodzenia i z sobie właściwą elegancją wyszedł z sali. Dyrektor nie wiedział bo wiedzieć nie mógł skąd ten jęk zawodu. W naszej klasie był kolega - szczególna postać, który swoim najbliższym powiedział, że będzie znał tematy z języka polskiego. Jego najbliżsi mieli swoich bliskich i tak o tematach wiedziało liczne grono kolegów. Po długim nerwowym wyczekiwaniu tematy zostały "zdobyte" ale późnym wieczorem w przeddzień egzaminu.

Były to jednak jakieś dziwne tematy do niczego nie pasujące. Jeden z nich brzmiał, ponieważ miałem go pisać: "Adam Mickiewicz jako socjalista". Nasza łatwowierność wyszła nam "bokiem", bo już na starcie byliśmy zmęczeni nocnymi przygotowaniami i zdegustowani. Ale stało się jak powiedział pan Dyrektor. Z tematami wypisanymi na tablicy daliśmy sobie radę. Dla porządku rzeczy wyjawię, że najgorzej na tym wyszedł kolega, który zdobył tematy. Za bardzo w nie uwierzył i nie poradził sobie z tymi napisanymi na tablicy.

Języka polskiego uczył mnie pan prof. Kazimierz FORYŚ. Wydaję mi się, ze uczył mnie zawsze chociaż w drugiej lub trzeciej klasie gimnazjalnej języka polskiego uczyła mnie pani prof. Halina RYNTFLEJSZ Pan prof. FORYŚ był wspaniałym pedagogiem. Wykładał chodząc między rzędami stołów, przy których siedzieliśmy. Mówił powoli, dobitnie i nie powtarzał się. Z jego wykładów można było robić szczegółowe notatki. Miał bardzo dużą wiedzę i umiał ją przystępnie uczniom przekazać. Cieszył się wśród nas dużym autorytetem.

Prof. FORYŚ znał swoich uczniów. Uważam, że on dokonał podziału naszej klasy na trzy grupy. Pierwszą stanowili piątkowicze ale tych było mało od trzech do czterech. Drugą grupę stanowili czwórkowicze i tych było kilkunastu, do których i ja należałem. Wreszcie trzecią grupę trójkowicze. Przejście do wyższej grupy było bardzo trudne. Nie wystarczyły dwie, trzy błyskotliwe odpowiedzi czy wypracowania. To musiał być bardzo widoczny postęp. Ja ocenę ,"dobrą" z języka polskiego miałem na kolejnych świadectwach i na maturze też taką ocenę otrzymałem.

Prof. FORYŚ miał specyficzny dowcip i stać go było też na drobną uszczypliwość. Pamiętam jak jedna z naszych koleżanek chcąc zwrócić na siebie uwagę jednego z kolegów przyszła na lekcje z rozpuszczonymi długimi włosami. Włosy rzeczywiście były ładne ale my byliśmy tym zaskoczeni. Trudno żeby tego nie zauważył profesor. Po odpowiedzi z przerobionego materiału zapytał koleżankę "niewinnie"; "W jakim przedstawieniu będzie grać anielicę?". Klasa zareagowała śmiechem. Więcej rozpuszczonych włosów nie było.

Prof. FORYŚ nie lubił i pamiętał jeżeli ktoś nie reagował na jego uwagi i zalecenia. Tak było z naszym kolegą. Dwa razy profesor pytał go o "wątek winy i kary w Balladynie" i za każdym razem nie uzyskał poprawnej odpowiedzi. Wtedy stanowczo powiedział: "Proszę przeczytać dokładnie Balladynę". Trzeci raz to samo pytanie padło na egzaminie maturalnym. Rezultat - ocena niedostateczna i niezdana matura. Było nam kolegi bardzo żal ale to była jego ewidentna wina. Maturę zdał w terminie poprawkowym. Między sobą żartowaliśmy, że położył się na "Balladynie" a to na maturze nie uchodzi.

Pan prof. Jan GEBHARDT uczył mnie historii i geografii. Człowiek zawsze bardzo poważny. Uśmiech rzadko gościł na jego twarzy. Bardzo dobry pedagog z dużą wiedzą ale też bardzo wymagający. Dużo nas nauczył. Dopiero znacznie później uświadomiłem sobie, że miał dużo odwagi, ponieważ jeszcze w 1946 r, uczył nas o "Cudzie nad Wisłą". Z geografii po zasadniczym pytaniu otrzymywało się pięć, sześć pytań dodatkowych. Gdzie leży takie miasto i z czego słynie, gdzie płynie taka rzeka lub gdzie są takie góry czy cieśniny morskie. I tu rozpoczynała się wędrówka po kontynentach i oceanach. Pomyłka lub brak odpowiedzi na któreś z pytań oznaczało pewną ponowną wędrówkę za dni kilka przed katedrę pana profesora do poprawkowej odpowiedzi.

Ksiądz prof. dr Edward ZACHER uczył mnie podstaw wiary katolickiej i historii kościoła. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany, krótko ostrzyżony i przeważnie uśmiechnięty. Cieszył się wśród młodzieży dużym autorytetem. Dobrze wykładał i przystępnie tłumaczył różne zawiłości. Wymagał konkretnej odpowiedzi na zadane pytanie. Nie szafował ocenami bardzo dobrymi. Nawet ocenę "dobrą" trzeba było sobie wypracować.

Interesował się bardzo astronomią. Dla relaksu opowiadał nam różne ciekawostki jakie miały miejsce w astronomii. Był również miłośnikiem TATR.

Mimo zachodzących zmian politycznych w kraju i liberalizacji obyczajów zajmował zdecydowane stanowisko gdy uczniowie Szkoły zachowali się niewłaściwie lub przekroczyli pewne granice w swym postępowaniu. Pamiętam, że tak było na jednej z wycieczek uczniów z młodszej klasy na LESKOWIEC. Ksiądz ZACHER ostro potępił zajście jakie tam miało miejsce, Winni nie tylko nie protestowali ale przeciwnie wyrażali skruchę. Liczono się ze zdaniem i opinią ks. prof. ZACHERA. Wtedy jeszcze nie mówiło się, że jego uczniem i wychowankiem był Karol WOJTYŁA późniejszy arcybiskup krakowski, kardynał, a następnie Ojciec Święty Jan Paweł II.

Pan prof. Jan SARNICKI uczył mnie geografii. Człowiek, na którym Druga Wojna Światowa odcisnęła swoje piętno. Był uczestnikiem kampanii wrześniowej, kampanii we Francji, a potem przeszedł przez obozy i więzienia. Był człowiekiem nerwowym i bardzo poważnym. Z pobytu we Francji pozostała mu sympatia do tej ziemi czego często dawał dowody opowiadając nam o Francji. Wykładał dobrze i sprawiedliwie oceniał uczniów. Do odpowiedzi szło się do katedry z zeszytem. Przywiązywał bardzo dużą wagę do jego prowadzenia, wykonywanych wykresów i rysunków. Zwracał szczególną uwagę na znajomość geologii Beskidu Małego i Średniego oraz wszystkiego co wiązało się z rzeką SKAWĄ i jej dopływami. Bez znajomości tych zagadnień nie można było liczyć na pozytywną ocenę.

Lubił i widocznie wyróżniał uczniów pracowitych, którzy mimo różnych trudności z uporem zdobywali wiedzę.

Pan prof. Jan PÓŁGROSZEK uczył mnie matematyki ale przede wszystkim fizyki. Był osobą wyróżniającą się z grona profesorskiego zarówno wyglądem zewnętrznym jak i sposobem bycia. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany z włosami spadającymi na czoło i dziwnym grymasem jakby niezadowolenia na twarzy. Do klasy wchodził energicznym krokiem, kładł z trzaskiem na katedrze mocno zniszczoną czarną teczkę, siadał na krześle i patrząc groźnie na salę wydawał dziwny pomruk: "A - a - a - a". Odczytać to było można jako "Dzień dobry". Wywoływało to początkowo ogólną wesołość klasy zanim przyzwyczailiśmy się do tego specyficznego bycia profesora, który z kolei się denerwował i krzyczał: "Cicho tam - spokój".

Gdy był w złym humorze to pomruk był głośniejszy a grymas na twarzy większy. Kiedy cisza w klasie trwała zbyt długo a profesor się nad czymś zastanawiał, do katedry podchodził "samozwańczy" asystent profesora nasz kolega Mieczysław GAJCZAK. Mówił co było na ostatniej lekcji i pytał co dzisiaj będzie. Profesor często zwłaszcza gdy był w złym humorze zwracał się do niego: "Niech pan siada, niech pan siada" i wydawał groźne pomruki. W końcu ulegał i zrezygnowany mówił co ma być czytane. Czytającego natomiast wyznaczał Mieczysław. W czwartej gimnazjalnej przeważnie czytał wybrany temat z książki do fizyki Staszek Jankowski. Robił to bardzo dobrze niczym spiker radiowy. Profesor rzadko prowadził wykłady. Czasami rozwiązał przykładowo trudniejsze zadanie z fizyki. Pytał na oceny rzadko. Pytania nie były trudne więc wszyscy sobie jakoś radzili. Ale wbrew pozorom profesor orientował się kto co umie. "Asystent" profesora licząc na protekcję nie przykładał się zbytnio do fizyki. Dlatego na świadectwach miał oceny dostateczne. Tej trójki na świadectwie maturalnym nie mógł profesorowi darować. Nawet na komersie mówił profesorowi, ze mogło być tak miło i "obficie" (bo profesor za kołnierz nie wylewał) gdyby nie ta trójka z fizyki.

Profesor Półgroszek mimo groźnego wyglądu był człowiekiem łagodnym i przyjaznym uczniom. Mile wspominam profesora. Ale uważam, że mogłem ze szkoły wynieść znacznie większe wiadomości z fizyki, które potem w przyszłości tak bardzo były mi potrzebne.

Pan prof. Stanisław KNAPIK uczył mnie historii i był odpowiedzialny za wyszkolenie wojskowe - PW. Pamiętam pierwsze lekcje historii i to starożytnej jakie z nami prowadził oraz pierwszą ocenę jaką od profesora otrzymałem. Była to ocena "dobra". Ocena dla mnie bardzo ważna, ponieważ bardzo mnie podbudowała i "ustawiła" w odpowiednim przedziale wśród uczniów w klasie, Wykładał dobrze, zrozumiale i można było z jego wykładów robić notatki. Był człowiekiem miłym, życzliwym uczniom i bardzo opanowanym. Pamiętam prof. Knapika z różnych zgrupowań szkoleniowych PW. Umiał w porę i właściwie zareagować na nasze nie zawsze "mądre" pomysły i wybryki. Tak było podczas pamiętnej strzelaniny na wzgórzach w Wieprzu i wycieczki do Zakopanego gdzie w trudnych warunkach pogodowych wspinaliśmy się na Kasprowy Wierch oraz innych skomplikowanych sytuacjach. Cieszył się wśród młodzieży autorytetem.

Języka francuskiego do czwartej klasy gimnazjalnej uczyła mnie pani prof. Felicja MIDLOCH-ŚWITALSKA a następnie aż do matury pani prof. Stanisława RAMASZKAN. Profesor Midloch pamiętam jako panią bardzo elegancką. Zawsze dobrze ubrana, uczesana z włosami kasztanowymi, odpowiednim makijażem co jak na powojenne trudne czasy nie było rzeczą łatwą. Prawdziwa MADAM!.

Jej przypadł trud wdrożenia nas do nauki języka francuskiego. Robiła to cierpliwie, umiejętnie, zawsze uśmiechnięta i bardzo nam życzliwa. Nauczyła nas Marsylianki, popularnych piosenek francuskich jak "Frere Jaque", które śpiewaliśmy na lekcjach. Nauczyła nas też modlitwy w języku francuskim, którą odmawialiśmy jak już poprzednio napisałem.

Bazowała na prowadzonych przez nas zeszytach, które często zabierała do sprawdzenia. Robiła to skrupulatnie i stawiała oceny za prace domowe. Niedbale odrobione prace trzeba było poprawiać. Była wymagającym nauczycielem ale wyrozumiałym, życzliwym za co ją bardzo ceniliśmy i szanowaliśmy. Bardzo żałowaliśmy gdy przestała nas uczyć. Klasę przejęła pani prof. Stanisława Ramaszkan. Zupełnie inna osobowość. Ale szybko przekonaliśmy się, że jest nam również życzliwa i chce nas jak najwięcej nauczyć. Robiła tylko więcej klasówek, dyktand co nam się nie bardzo podobało. Jej dobroć serca niektórzy koledzy z klasy nieuczciwie wykorzystywali a zwłaszcza jeden, który w końcu dostał od nas reprymendę. Gdy był nieprzygotowany lub bał się sprawdzianu to z miną zatroskaną i udając bardzo zmartwionego zwracał się do pani profesor o zwolnienie, bo jest wzywany do Urzędu Bezpieczeństwa. W tamtym czasie takie wezwanie niczego dobrego nie wróżyło. Zwolnienie uzyskiwał z widocznym zaniepokojeniem ze strony pani profesor.

Szanowaliśmy i ceniliśmy panią prof. Ramaszkan. Ja jeszcze dziś przypominam sobie jej zatroskaną twarz gdy klasówka wypadła słabo i radosną, gdy dobrze napisaliśmy dyktando. Lubiła młodzież i była jej bardzo oddaną.

"Nauka o Polsce i świecie współczesnym". Był to przedmiot na pewno potrzebny zwłaszcza przy zachodzących w kraju zmianach społecznych i politycznych. Profesor Śmieszek był człowiekiem elokwentnym i zdecydowanym w swym postępowaniu. Elegancki i zazwyczaj uśmiechnięty. Nie mogliśmy tylko zrozumieć dlaczego przyjął taką koncepcję nauczania tego przedmiotu. Nie prowadził wykładów a dyskusje na wybrane przez siebie dowolne problemy, czasami zupełnie do siebie nie przystające. Była dyskusja np. o dyskryminacji rasowej w USA, o stonce ziemniaczanej, rozwodach czy choinkach na Święta Bożego Narodzenia. Oczywiście profesor przy każdej okazji podkreślał, ze należy się interesować wszystkim co dzieje się w kraju i pilnie czytać prasę w tym Trybunę Ludu. Na dodatek na stopnie pytał tragicznie. Np. O czym "mówiła" bulla Jerzego II na Węgrzech, czy też rola i zadania PKWN (Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego). Skąd ja to miałem wiedzieć skoro na lekcjach nie było o tym mowy. No więc padały oceny niedostateczne, potem z trudem poprawione na dostateczne. Na świadectwie z pierwszej klasy licealnej na dwanaście ocen mam siedem bardzo dobrych, cztery dobre i jedną dostateczną od prof. Śmieszka. Tak przedmiot wydawałoby się łatwy do opanowania "stawał" się dla nas przyszłych maturzystów poważnym problemem i wielką niewiadomą. Czuliśmy się pokrzywdzeni a jednocześnie zastraszeni. Baliśmy się prof. Śmieszka bo wiedzieliśmy, że jest aktywnym działaczem partyjnym i człowiekiem wpływowym. Nie lubiliśmy tego przedmiotu a to ze względu na sposób w jaki były prowadzone lekcje i oceniane nasze wiadomości.

Uczyli mnie jeszcze ale krótko wielce zasłużeni profesorowie tacy jak:
- Pan prof. Henryk GAWOR matematyk. Człowiek już w zaawansowanym wieku, który potrafił bardzo trafnie i obrazowo przedstawić skutki pozytywne lub negatywne wykonanych operacji matematycznych.
- Pan prof. Józef HERIADIN - biolog. Nadzwyczaj łagodny i bardzo dobrze wykładający. Jak głosiła "fama" nawet muchy by nie skrzywdził. Ale miał za sobą piękną przeszłość. Legionista, kawaler krzyża Virtuti Militari.
- Pan prof. Tadeusz SZELISKI - uczył łaciny. Starał się nas przekonać do piękna tego języka i jego przydatności. Profesor miał w klasie swoich "wybrańców" zresztą w pełni przez nas akceptowanych, Należał do nich również mój serdeczny kolega Tadeusz FIG WER z Ińwałdu. Miał on wybitne zdolności do nauki języków. Gdy słabsi z nas z trudem i niezdarnie tłumaczyli tekst to profesor był zniesmaczony i niezadowolony. I wtedy padało jego słynne powiedzenie: "Taż, taż tak być nie może" a następnie nazwisko jego wybrańca i polecenie. Proszę to porządnie przetłumaczyć. I gdy tłumaczenie układało się po jego myśli rytmicznie kiwał głową i uśmiech pojawiał się na jego twarzy. Zacny był to człowiek choć może przez nas niedoceniany.

Na koniec nie do wybaczenia byłoby nie wspomnieć o człowieku, który w Szkole witał nas rano i żegnał po lekcjach. Mam na myśli tercjana Szkoły pana DUDKA. Postać wielce charakterystyczna. Średniego wzrostu, tęgi z wąsem, w czarnej czapce i ciemnym ubraniu. Zawsze bardzo poważny. On to dzwonkiem odmierzał czas lekcji i przerw. Szanował swój urząd i nie znosił żadnego sprzeciwu. Ma być tak jak on mówi i koniec. Najczęściej spotkać go było można na parterze budynku w pobliżu drzwi wejściowych. Będąc już w starszych klasach podpytywaliśmy pana Dudka o różne sprawy. Ale trudno było z niego coś wydobyć. W sprawach, o których już wiedzieliśmy zwykł był mawiać: "Ja i pan dyrektor" zdecydowaliśmy lub postanowiliśmy. Mile wspominam pana Dudka.

Egzamin ustny maturalny zdawałem w specyficznych okolicznościach. Między egzaminem pisemnym a ustnym zawsze była kilkudniowa przerwa. Komisja sprawdzała prace pisemne i wystawiała oceny. Maturzyści przybywali do Szkoły w wyznaczonym przez pana dyrektora dniu i godzinie. Zazwyczaj była to godzina 9.00. Dyrektor informował maturzystów kto został do egzaminu ustnego dopuszczony i kiedy go składa. Tak było i w 1949 r. Ja wybrałem się do Wadowic do Szkoły rowerem. Pogoda była piękna więc ubrany w krótkie spodnie, koszulę z krótkim rękawem, potraktowałem ten przejazd jako relaks. Zabrałem ze sobą tylko pióro i jakąś kartkę na zanotowanie czegoś ważnego.

Pan dyrektor jak zwykle miło nas przywitał i odczytał listę dopuszczonych do egzaminu ustnego. Po tym oznajmił, że przewodniczący komisji ma bardzo ograniczony czas pobytu na egzaminach, dlatego rozpoczną się one nie jutro a dziś o godzinie 10.00. Następnie odczytał nazwiska wybranych do egzaminu sześciu maturzystów. Wśród nich byłem i ja. Było to pełne zaskoczenie. Jak grom z jasnego nieba. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy - nie powiem, że najlepsza to wydostać się z sali, a potem jakoś to będzie. Razem z innymi skierowałem się do drzwi wyjściowych. Ale przy nich stał już pan profesor FORYŚ i widząc mnie zapytał "a pan dokąd panie Piekarczyk" przecież zaraz idzie pan na pierwsze piętro na egzamin. Proszę tu stanąć obok mnie. Wtedy ja zacząłem tłumaczyć profesorowi, ze przecież tak ubrany w krótkich spodniach i takiej koszuli nie wypada iść na egzamin maturalny. Na to profesor, że jest to sytuacja wyjątkowa i uśmiechając się powiedział w swoim stylu: "Nieważne kto co ma na sobie, ważne co ma w głowie". I tak z całą szóstką (sami panowie) zostałem "zaholowany" na salę egzaminacyjną. Zdawaliśmy z kilku przedmiotów przechodząc do kolejnego stolika, przy którym siedział egzaminator. Po pierwszym wstrząsie i uspokojeniu się szło mi zupełnie dobrze. Nie pamiętam abym miał kłopoty z jakimś przedmiotem. Gdzieś koło godziny 14.00 przewodniczący komisji pogratulował całej szóstce zdania egzaminu. Byłem szczęśliwy choć to jeszcze z trudem do mnie docierało. Na korytarzu czekali koledzy, wypytywali o szczegóły i gratulowali.

Do domu wróciłem koło godziny 16.00. Mama czekała na mnie i przywitała mnie z wyrzutem, ze jutro matura a mnie tak długo nie ma. Odpowiedziałem, że już jestem po maturze. Wywołało to u niej niepokój i zapytała zatroskana. Nie zostałeś dopuszczony?. Wtedy zacząłem ze szczegółami opowiadać co się stało i jak to wszystko przebiegało, Kiedy skończyłem Mama uściskała mnie, ucałowała i była bardzo zadowolona. Ja też. Ale czułem taki niedosyt. To nie było to!. Brak mi było tej "otoczki", tej atmosfery jaką przeżywa się przed trudnym egzaminem. To wszystko stało się tak niespodziewanie i przebiegało tak szybko i zwyczajnie!. Na drugi dzień pojechałem do Szkoły i jeździłem przez następne dni dopóki trwały egzaminy mojej klasy. Niestety nie wszyscy dostąpili zaszczytu uścisku dłoni pana przewodniczącego komisji. Czworo z klasy musiało zaczekać na ten moment do, egzaminu poprawkowego na jesieni.

Potem był bardzo udany komers w Czytelni Mieszczańskiej przy ulicy Krakowskiej. Było przyjemnie i radośnie. Trochę nam było żal, że się musimy rozstać ale każdy z nas miał swoje życiowe plany, które chciał realizować. Życie je w stosunku do niektórych boleśnie skorygowało. Tak było właśnie ze mną. Zamiast w Akademii Górniczo- Hutniczej w KRAKOWIE po zdanym egzaminie na Wydział Mineralny "wylądowałem" w wojsku w Szkolnej Baterii Oficerów Rezerwy Artylerii (SBORA) w INOWROCŁAWIU. Był to moment przełomowy w moim życiu!. A stało się to dlatego, że w 1949 r. byłem rocznikiem poborowym. Co więcej, w tym roku zdanie egzaminu na wyższą uczelnię nie zwalniało od odbycia jednorocznej służby wojskowej. Co ciekawe, że w naszej klasie poborowych było dziesięciu, a do odbycia służby wojskowej zostało powołanych tylko trzech. Pozostali z różnych względów uniknęli wojska i w większości poszli na studia.

Po ukończeniu rocznego szkolenia w Szkolnej Baterii Oficerów Rezerwy Artylerii zostałem mianowany oficerem - chorążym rezerwy i mimo mego sprzeciwu (miałem urlop dziekański i chciałem studiować na AGH) dekretem Rady Państwa 10 września 1950 r. zostałem powołany do zawodowej służby wojskowej. Od tego dekretu nie było odwołania. Przekonałem się o tym pisząc raporty a ojciec prośby do MON. W tej sytuacji pomimo różnych trudności i przeciwności losu dopiąłem swego i w 1958 r. ukończyłem co prawda nie AGH ale Wojskową Akademię Techniczną w Warszawie.

Od czasu zdania matury upłynęło sporo czasu. W moim życiu wiele się zmieniało i zmieniło. Ale jedno pozostało niezmienne. Niezmienny pozostał sentyment. Sentyment do mojej wadowickiej Alma Mater.

Warszawa, styczeń 2008 r.
Władysław PIEKARCZYK
Absolwent z 1949 r.


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.