Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Opracował: Henryk Ramęda

Szczecin, 01 kwiecień 2011 r.


Jak życie i posługa Sługi Bożego Jana Pawła II
wpłynęły na życie uczniów, absolwentów, nauczycieli i pracowników
I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowicach


Do Liceum Ogólnokształcącego w Wadowicach uczęszczałem w latach 1956 - 1960, w roku 1960 zdałem maturę. Przez wszystkie cztery lata, nauczycielem religii był ks. dr Edward Zacher i on prowadził również wszystkie, przypadające w tych latach, rekolekcje wielkopostne. Nauki rekolekcyjne wzbogacał bardzo sugestywnymi przykładami, ten o matczynej miłości, pamiętam do dziś.

Ks. dr Edward Zacher był człowiekiem o wielkiej erudycji i wyróżniającej się, silnej osobowości, jak prawie wszystkie osoby ówczesnego, licealnego zespołu profesorskiego. Posiadał sposób bycia, który otwierał partnera do rozmowy przyzwalającą pogodą oblicza. Czasy współczesne nam, komentował, że istnieje przepowiednia - nie pamiętam czyja - że w latach 40 - tych i 50 - tych, zostanie uwolniony z więzi szatan i będzie szalał po świecie. Poważnie traktował każde postawione mu pytanie, a jest to sposób, którym zawsze zdobywa się zaufanie ludzi.

U ludzi młodych otrzymana odpowiedź staje się często drogowskazem weryfikującym postępowanie w dorosłym życiu, „zlokalizowanym" nieraz tuż po przestrogach samych Rodziców. Kiedy jedna z dziewczyn zadała mu pytanie, czy malowanie się nie jest grzechem, odpowiedział jej wyczerpująco i z niezwykłą sympatią. Domniemywał głośno, przy rozbawionej klasie, że jeżeli Pan Bóg świadomie dał dziewczętom urodę, to jej ewentualne korygowanie w kierunku uzyskania jeszcze lepszego efektu, nie jest sprzeczne z zamierzeniem samego Boga - Stwórcy, a więc nie może być grzechem. Na koniec zaapelował jednak o umiar w tym upiększaniu buzi, o rozsądną interpretację swojego wywodu.

To od księdza profesora Edwarda Zachera usłyszeliśmy pierwsze informacje i w najwyższym stopniu znakomitą opinię o Karolu Wojtyle, gdy w 1958 roku został biskupem krakowskim. Mówił, że jest on człowiekiem niezwykle utalentowanym, o wyjątkowych zaletach umysłu i serca, jest dobrze zapowiadającym się filozofem i jest absolutnie przekonany, że o jego znaczącej roli w kościele, na pewno usłyszymy w przyszłości. Ksiądz Zacher wygłaszał kazania w kościele parafialnym w Wadowicach po każdym kolejnym stopniu, na jakie wspiął się Karol Wojtyła w służbie kościoła, a po otrzymaniu godności kardynalskiej podobno dodał znacząco, że czeka go jeszcze jeden taki „trud'. I doczekał się i wygłosił kazanie, witając najpierw Karola Wojtyłę słowami, które zdawało się, że każda osoba dostępująca tego wyjątkowego zaszczytu, może je wysłuchać tylko raz w życiu - „habemus Papam".

W 1960 roku, w Choczni, wraz z moimi rówieśnikami, w obecności, nieżyjących już, moich najwspanialszych Rodziców, siostry Zosi z rodziną i nieżyjącego już brata Aleksandra, z rąk biskupa Karola Wojtyły otrzymałem sakrament bierzmowania. W uroczystości tej brali udział, jako gospodarze parafii Chocznia - mądry i szanowany ksiądz proboszcz Adam Bogucki oraz darzony niezwykłą sympatią zarówno przez dorosłych jak i przez młodzież ksiądz katecheta Stanisław Nowak, obecny arcybiskup częstochowski. Uczestniczyli również ks. dr Edward Zacher oraz niezłomny wobec prześladowców, chocznianin ks. prof. Czesław Skowron. Jako alumn, obecny był również chocznianin ks. prof. Edward Staniek.

Wszyscy obecni na tej uroczystości, niezależnie od stopnia uduchowienia, zwrócili uwagę na sylwetkę i niezwykłą dynamikę ruchów biskupa Wojtyły. Był szczupły, młody, opalony, poruszał się ze swobodą osoby uprawiającej gimnastykę przyrządową. Znaki krzyża dla obu stron szpaleru kreślił tak, jakby chciał przekazać niczym nieograniczoną obfitość dobra, zawartego w tym znaku. Pionowe ramię znaku krzyża rozpoczynała jego dłoń uniesiona na całą długość ręki, a dla szerokości poziomego ramienia, jedynym ograniczeniem była sama powaga tego gestu.

W 1968 roku kupiłem aktualne wydanie „Historii filozofii" Władysława Tatarkiewicza i byłem ogromnie usatysfakcjonowany, że znalazłem potwierdzenie słów ks. dr Edwarda Zachera - w bibliografii tego wielkiego dzieła została zacytowana również praca Karola Wojtyły z 1959 r., z zakresu fenomenologii, jego pierwszego obszaru naukowej penetracji. Kiedy w październikowy wieczór 1978 roku oglądałem telewizyjny dziennik z ośmioletnim Arusiem noszonym na „barana", na ekranie ujrzałem twarz, która wydała mi się twarzą znaną. Uruchomiony błyskawicznie proces pamięciowy zdążył mi postawić jedyne pytanie - „czy to możliwe", na które otrzymałem natychmiastowe potwierdzenie spikera - tak, kardynał Karol Wojtyła został papieżem.

Od tego wieczoru rozpoczęła się duchowa przemiana Polaków, a potem niespotykana dotąd fascynacja jego osobą, która w szybkim tempie udzieliła się reszcie świata. To wtedy po raz pierwszy Polacy wyszli spontanicznie ze swoich domów, bez inspiracji i bez kontroli służb nadzorujących ich czyny i owoce ich myśli. Ludzie wyszli, żeby podzielić się pierwszymi wrażeniami, żeby tę wiadomość uwiarygodnić w rozmowie z kimkolwiek, bo tak wydawała się ona niewiarygodna. O godz. 21.00 w kościołach zaczęły bić dzwony. To właśnie wtedy w Polsce, u każdego człowieka, wówczas spętanego, nastąpiło odzyskanie bezwzględnej potrzeby bycia wolnym, determinacji wykluczającej jakikolwiek sens życia w niewoli. To wtedy rozpoczęła się bezradność totalitarnej władzy i polska, pokojowa droga do wolności.

Od tamtej pory, przez 27 lat byliśmy uczestnikami i obserwatorami zmian, jakie dokonywały się w ludziach w Polsce i na świecie, za sprawą tego nieoczekiwanego, ale jakże mądrego wyboru, dokonanego przez kościół. Karol Wojtyła, jako papież, od pierwszego do ostatniego dnia pontyfikatu był fenomenem popularności, a jego autorytet i powszechna akceptacja, przez cały ten pontyfikat miała przy tym przebieg wznoszący. Jan Paweł II całym swoim pontyfikatem wykazał, jak ogromne było zapotrzebowanie społeczne na prawdę i na poczucie godności każdego człowieka, a w krajach zniewolonych, jak Jego Ojczyzna, było zapotrzebowaniem nadrzędnym.

Zakres zaproponowanej w temacie refleksji jest interesujący, ale ze względu na światowy wymiar roli kościoła, ten temat musi mieć również światowy kontekst. W swoim życiu, na utrzymanie własne i mojej rodziny, z różną częstotliwością zarabiałem również na morzu, stąd miałem możliwość dokonania własnych obserwacji zachowań państw i ich mieszkańców, wobec nowego papieża. Gdy Jan Paweł II podczas swej pierwszej pielgrzymki przebywał w Irlandii, byliśmy w drodze do któregoś z portów angielskich. W godzinach przedpołudniowych, w Kanale Kilońskim, zobaczyliśmy, że na jednym z telewizyjnych kanałów niemieckich działa studio, w sposób ciągły obsługujące wyłącznie tę wizytę. Protestanccy w większości Niemcy, nieżyczliwi Polsce niemal z natury, nadali tej wizycie wielokrotnie większą rangę informacyjną niż mógł ją nadać licencjonowany rząd Ojczyzny papieża.

Pierwszy dzień pierwszej wizyty naszego papieża w Polsce zastał mnie również na morzu. Płynęliśmy promem z Helsinek do Gdańska, gdzie czekała nas cykliczna, wymiana załogi. Wcześniej wszyscy rozmawialiśmy o tym wielkim wydarzeniu z entuzjazmem i oczekiwaniem, co papież nam powie w swoim wystąpieniu. Sądzono, że najlepiej byłoby pojechać do samej Warszawy, żeby tam papieża zobaczyć i usłyszeć. Wtedy jeden z członków załogi powiedział, że do Warszawy nie ma się po co wybierać, bo na ulicach są tłumy ludzi, a za miejsce na balkonie Warszawiacy biorą jakąś zawrotną kwotę, wymienił chyba 10 - krotną wysokość pensji. Zapytany, skąd o tym wie, nie był w stanie podać źródła, jednak każdy mógł się tego domyślić. Tego rodzaju „informatorzy" pracujący w „obu kierunkach" byli stałym, odpychającym folklorem tamtych czasów, modyfikującym nastroje w każdym środowisku.

W mesie pasażerskiej był największy kolorowy telewizor i tam zebrał się cały personel pływający, wolny od wacht i służb oraz część pasażerów. Panował nastrój powagi i wewnętrznej podniosłości, odpowiedni do historycznej wagi tego wydarzenia. Zdarzyły się dwa wyjątki, które bez wcześniejszego uzgodnienia, zostały potraktowane przez załogę ze stanowczością, wykluczającą ewentualne, ponowne naruszenie panującego nastroju. Grający w karty trzej mężczyźni zostali przeze mnie i mojego kolegę poproszeni o zakończenie gry lub wyjście z mesy. Nie posłuchali, przenieśli się do innego stolika, lecz tam spotkała ich, prawdopodobnie, bardziej stanowcza dezaprobata, bo czerwoni na twarzy, udali się w kierunku drzwi. Potem jeden z cudzoziemców rozpoczął grę na automacie, robiąc wrzucanymi monetami dużo hałasu. Wtedy podszedł do niego steward i dyskretnie zrobił mu uwagę, po której cudzoziemiec pokręcił się po mesie i po chwili postanowił spróbować jeszcze raz. Steward podszedł ponownie i bez słowa wyciągnął z gniazdka kabel zasilający automat. Uporczywy amator hazardu popatrzył na wypełnioną salę, oglądającą w skupieniu powitanie papieża i wyszedł, nie domagając się dodatkowego wyjaśnienia.

Kiedy wracałem samochodem z Gdańska do Szczecina, wśród spotykanych łanów zbóż, można było dostrzec małe kokardki, dopięte do łodyg unoszących ciężkie kłosy. Ileż było mądrego pomysłu oraz najczystszej, wzruszającej ludzkiej miłości w tym geście powitania Papieża dojrzewającym chlebem, przyozdobionym kokardką!

Będąc statkiem w Bari we Włoszech, gdzie potem, w ramach wymiany studentów studiowała również moja córka Joasia, doświadczyłem zaskakującej „obecności" naszego papieża w tamtym społeczeństwie. W basenie Morza Śródziemnego istnieje, jako zjawisko dość powszechne, nie przywiązywanie wagi do norm etycznych w zakresie prawdomówności i niefrasobliwe czerpanie z tego materialnych profitów. Zdarza się, że na statkach, paliwa w zbiornikach jest mniej niż powinno być, według zapisów w Dzienniku maszynowym. Aby uniknąć większych kłopotów, armatorzy robią sporadyczne kontrole, przez swoich własnych inspektorów. W takim też celu pojawił się u mnie na statku Włoch, emerytowany oficer marynarki handlowej, żeby sprawdzić, czy przekazana do biura armatora moja informacja o 700 tonach tego nośnika energii, jest prawdziwa.

Przed udaniem się na dokonanie pomiarów, zapytał mnie o narodowość, a kiedy mu powiedziałem, zaczął mi z radością opowiadać, że wczoraj był na spotkaniu z papieżem w miejscowości, którą papież zgodnie ze swoim planem wizyt duszpasterskich właśnie odwiedził. Opowiadał z niezwykłym entuzjazmem, że stał pośród witających tak blisko, że udało mu się pocałować papieski pierścień. Uzupełniłem wtedy, że kończyłem tę samą szkołę średnią w Wadowicach, co papież i religii uczył mnie ten sam ksiądz, a biskup Wojtyła udzielił mi sakramentu bierzmowania. Rozmawialiśmy z pół godziny, po czym poprosił mnie o Dziennik maszynowy i do sporządzanego protokołu przepisał dane z Dziennika. Wobec takich „koneksji", uznał za nietakt, sprawdzanie wykazanej przeze mnie ilości paliwa. Gdybym się okazał człowiekiem nieuczciwym, on straciłby pracę w 100%, a jednak zaryzykował - wykluczył taką okoliczność, żeby rodak uwielbianego przez niego papieża, mógł popełnić niecny czyn.

Trwały wspaniałe lata z papieżem, wizyty w Kraju, spotkania z młodzieżą w różnych miejscach świata. Transmisja modlitwy Anioł Pański w niedzielę, po której, na godzinę 13.00 jeździliśmy do kościoła, stała się w domu obyczajem. Każda pielgrzymka papieża do Ojczyzny miała swój wymiar niezwykły. Uczestniczyliśmy w niej w różnym zakresie. Rekordzistą w rodzinie jest syn Arkadiusz, który był sześć razy na spotkaniu z papieżem - w Szczecinie, w Koszalinie, w Częstochowie na Światowym Dniu Młodzieży, w Gorzowie, w Łowiczu i w Krakowie. Córka Joanna uczestniczyła czterokrotnie w spotkaniach z papieżem - w Szczecinie, w Gorzowie, w Rzymie na Placu św. Piotra podczas modlitwy Anioł Pański i w Krakowie. Ja, tylko dwukrotnie - w Koszalinie i w Gorzowie.

Żeby odpowiedzieć „jak życie i posługa Sługi Bożego Jana Pawła II wpłynęły na absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowicach", należałoby opisać całą Jego obecność w życiu naszych rodzin oraz w życiu publicznym naszego narodu i Państwa. Z poziomu naszych obserwacji, możemy jedynie ukazywać jego elementy składowe, najbardziej charakterystyczne symptomy.

A potem nastąpiło wzruszające odejście naszego papieża. Z córką byłem kościele Serca Pana Jezusa, gdy ksiądz poprosił o przerwanie modlitwy i podał komunikat, któremu nie można było zapobiec, choć przyjąć go można było jedynie z największym żalem i bólem. Córka, która urodziła się w 1980 roku i nie znała innego papieża, zapytała mnie przez łzy - kto nas teraz będzie chronił ? Syn mieszkał wtedy w Choszcznie, dwukrotnie był tego wieczoru w kościele ze swoją Madzią - modląc się o zdrowie umierającego Ojca Świętego, a potem, po usłyszeniu komunikatu o Jego odejściu, aby pomodlić się za Jego duszę.

Pozostał nam testament, jakim było całe nauczanie papieża. Wśród tysięcy słów, są te niezapomniane, te, które przywróciły godność i wolność nam i naszej Ojczyźnie Polsce - „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, Tej Ziemi". Wołanie na lotnisku w Pyrzowicach, że „praca ludzka musi mieć sens" stały się słowami - ciosami tak doskonale rażącymi, że system polityczny i ekonomiczny skierowany przeciwko Bogu, człowiekowi i rozumowi, nie mógł się już podnieść. Słowa „tu wszystko się zaczęło", wypowiedziane w Wadowicach na tle wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy i kościoła parafialnego, były pogodnym spojrzeniem na niedoścignione dokonania życia człowieka - olbrzyma, a z Nim, dokonania Jego Narodu.

Na czasy, kiedy zagrożona była tożsamość duchowa Polaków i ich byt materialny, Bóg dał nam Jana Pawła II - BÓG DAŁ SIŁĘ SWOJEMU LUDOWI.


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.