Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Rozdział 6

ŻYCIE UCZUCIOWE I RODZINNE

Jest to dla mnie najtrudniejszy odcinek wspomnień, dotyczy bowiem kwestii bardzo osobistych i intymnych. Łatwo więc popaść w ekshibicjonizm lub w przesadną powściągliwość. Próbuję wybrnąć metodą złotego środka. Na ile mi się to udaje - zechcą ocenię ewentualni Czytelnicy.

Emocjonalne dorastanie. Kiedy sięgam pamięcią w lata dzieciństwa, uświadamiam sobie, że byłem chłopcem o dość bujnej wyobraźni. W chwilach samotności lubiłem oddawać się marzeniom o różnych przeżyciach i fantastycznych przygodach, które często nie miały nic wspólnego z realną rzeczywistością. Pamiętam, że w wieku szkoły powszechnej, w drodze do kościoła lub szkoły rozmyślałem o przygodach, których natchnieniem były lektury lub czysta fantazja. Dość wcześniej w tych dziecięcych marzeniach pojawił się motyw na poły erotyczny, świadczący o budzeniu się zainteresowania płcią przeciwną, jakieś fantastyczne romanse z wyimaginowanymi dziewczynami, cierpienia we dwoje, niezwykłe czyny itp.

Dość wcześnie zacząłem interesować się anatomią ciała ludzkiego. W domu rodzinnym była bogato ilustrowana książka lekarska, chowana przez Mamę przed dziećmi. Pamiętam, że po kryjomu wynosiłem ją z domu, aby z ciekawością oglądać zamieszczone tam rysunki i tablice poglądowe. Przyszła wojna, która radykalnie zmieniła nasze życie. Nie było czasu na takie głupstwa. Trudna sytuacja rodziny, działalność konspiracyjna skierowała moją uwagę na inne tory.

Wiera - moja młodzieńcza fascynacja. Sytuacja wojenna w latach 1944-1945 zmieniała się dość szybko. Latem 1944 r. Niemcy byli w nieustannym odwrocie, zmuszeni przez Armię Czerwoną do ciągłego wycofywania się. Południowy odcinek frontu ustalił się gdzieś na linii Sanu, a może nawet tę linię przekroczył. Bliskość frontu było widać na drogach, po których sunęły na zachód kolumny samochodów wojskowych. Pojawiali się cywilni uciekinierzy ze Wschodu. Wtedy właśnie pojawili się u nas Mądraccy, o których już wcześniej wspominałem.

W podobny sposób przybyły do naszych sąsiadów - do rodziny Żaków-Janusiewiczów - dwie kobiety. Starsza z nich była siostrą matki (ciotką) mojego szkolnego i konspiracyjnego kolegi - Władka Janusiewicza, druga, znacznie młodsza - była Rosjanką lub Ukrainką, a miała na imię Wiera. Obie panie poznały się gdzieś na Wschodzie, w jakich okolicznościach - nie bardzo pamiętam. Kto wie, czy nie pracowały razem w jakimś szpitalu, a Wiera dotarła na miejsce pobytu swojej starszej koleżanki w transporcie ewakuacyjnym z terenów ZSRR. Potem dowiedziałem się, że jej miastem rodzinnym był Dniepropietrowsk na Ukrainie, skąd Wiera uciekała - przymuszona przez Niemców -z jakimś szpitalem wojskowym aż na ziemie polskie. Poznała ciocię Władka i zaprzyjaźniła się z nią, a kiedy Niemcy rozpoczęli kolejną ewakuację na Zachód, obie postanowiły uciec, by dołączyć do rodziny w Barwałdzie.

Bywałem często w domu Władka (przyjaźniliśmy się od dawna) i oczywiście nie mogłem nie poznać Wiery. Mówiła wtedy już dość dobrze po polsku, nie było więc trudności w porozumiewaniu się. Była to piękna dziewczyna. Tak ją wtedy widziałem (i zresztą nie tylko ja). Bardzo zgrabna, drobnej, delikatnej budowy, śliczna buzia i niezwykle urokliwe oczy, rzęsy i brwi. Jej oczy zwracały uwagę wszystkich. Byłem urzeczony urodą Wiery. Ujmowało mnie również to, że i ona zwracała na mnie większa uwagę, jakby wyróżniała mnie w jakiś sposób spośród chłopców, którzy bywali w domu jej pobytu.

Być może uwagę i sympatię Wiery powodował mój szczególny wygląd. Byłem po ciężkiej chorobie i pobycie w szpitalu OO. Bonifratrów, źle wyglądałem, byłem blady, a moja czupryna uległa mocnemu przerzedzeniu. Może widziała we mnie towarzysza niedoli, boć sama wiele przeszła... Ale to tylko moje przypuszczenia, które rodzą się we mnie jako reakcja na mój kompleks mniejszej wartości czy niższości, jaki mnie zawsze - także później - prześladował w sferze moich stosunków z płcią odmienną.

Wiera


Tak czy owak - zakochałem się w Wierze swoją pierwszą wyidealizowaną młodzieńczą miłością, która do dziś pozostaje jednym z najwspanialszych wspomnień mojego życia. Wszystko robiłem, aby bywać jak najczęściej w domu Władka, bo tam mogłem patrzeć na Wierę, podziwiać jej urodę, rozmawiać z nią... Przemyśliwałem nad tym, co zrobić, aby jej pobyt w Barwałdzie był bezpieczny, aby mogła pozostać wśród nas jak najdłużej.

Wiedziałem o tym, że nasza konspiracyjna organizacja zajmuje się także legalizowaniem pobytu różnych osób w celu uchronienia ich od niemieckich prześladowań. Nawiązałem więc kontakt z moim przełożonym Wałkiem Więckowskim i przedstawiłem mu spraw-ę. Odniósł się do niej ze zrozumieniem i przyrzekł, że sprawę załatwi. Dostarczyłem mu fotografię Wiery i jej dane personalne. Wkrótce odebrałem tzw. Kennkartę czyli dowód osobisty każdego mieszkańca Generalnej Guberni na nazwisko Weroniki Wolskiej, urodzonej w 1926 r. gdzieś w okolicach Tarnopola i zamieszkałą w Barwałdzie. Kennkarta wyglądała na całkowicie autentyczną i chyba tylko specjalistyczne badanie kryminalistyczne mogłoby ujawnić fałszerstwo. Dokument przekazałem Wierze, która była zarówno zaskoczona jak i uradowana.

W styczniu 1945 roku Barwałd został uwolniony spod hitlerowskiej okupacji. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że ta wolność będzie taka ułomna... Wiera była nadal wśród nas. Pewnego dnia wybraliśmy się w czwórkę pieszo do Wadowic: Wiera, Władek, jego siostra Helena i ja. Było to dla mnie wspaniałe przeżycie - być z Wierą tak długo. W drodze powrotnej mnie i Władka spotkała dość przykra przygoda. Na moście na Skawie zatrzymali nas rosyjscy żołnierze i przymusili do pogrzebania ciała żołnierza w mundurze formacji rosyjskich współpracujących z Niemcami. Pewnie go rozstrzelali. Zwłoki leżały na brzegu rzeki wśród wiklinowych zarośli. Całe szczęście, że nieszczęśnik leżał blisko rowu strzeleckiego, do którego wepchnęliśmy go i na polecenie asystującego nam radzieckiego starszyny - pogrzebali. Była to jedyna praca, jakiej żądali od nas żołnierze. Dziewczyn się nie czepiali. Czekały na nas przy moście i mogliśmy udać się spokojnie w drogę powrotną.

Rozstanie. Najbliższe tygodnie przyniosły jednak zmiany, jakich nie oczekiwałem". Znajoma Wiery postanowiła wraz z mężem wyjechać w Poznańskie, aby objąć tam jakieś gospodarstwo rolne. Wiera zdecydowała - niestety - wyjechać z nimi. W Barwałdzie nie miała nikogo z bliskich, a nie śmiała być ciężarem dla obcych ludzi. Pojechała więc i zaczęła pisać listy gdzieś spod Wrześni. Pisała po polsku, popełniając wiele błędów, ale te listy były dla mnie najpiękniejszą lekturą... Do jednego z listów dołączyła wiersz, napisany ołówkiem po rosyjsku. Znalazłem radzieckiego żołnierza i poprosiłem go o odczytanie tej poezji. Był to liryk poświęcony naszemu uczuciu. Jakżeż byłem szczęśliwy! Widząc zaś, że pisanie po polsku sprawia mojej miłej tyle kłopotu, postanowiłem sam pisać listy po rosyjsku i w ten sposób wypróbować swoją znajomość tego języka, nabytą w krótkim czasie z niemieckiego podręcznika, który jakimś cudem zdobyłem. Okazało się, że piszę nieźle i tak toczyła się nasza internacjonalistyczna miłosna korespondencja już tylko w języku rosyjskim.

Po kilku miesiącach tej korespondencyjnej sielanki coś się jednak zmieniło w losie Wiery. Pisała, że już nie jest razem ze swoją starszą koleżanką, że przebywa w obozie zbiorczym dla podobnych do niej radzieckich uciekinierów i prosiła, abym pisał pod nowy adres, który mi podała. Był to adres jakiegoś mężczyzny o nazwisku Nowak, który podobno z nią pracował, a miejscowość (jej nazwy nie pamiętam) leżała gdzieś za Szamotułami. Z listów wynikało, że Wiera nosi się z zamiarem zerwania z polskim epizodem swojego życia i chce wyjechać do ZSRR. Ogarnęła mnie rozpacz i lęk przed utratą ukochanej. W kolejnych listach pisałem do niej, aby wykorzystała wyrobiony jej dowód osobisty i przyjechała do nas, że coś na miejscu wymyślimy i rozwiążemy jej problem. Z treści coraz smutniejszych listów wnosiłem jednak, że Wiera nie zmieni zamiaru.

Postanowiłem zatem pojechać do niej. W 1945 roku było to przedsięwzięcie trudne, bo przecież sieć kolejowa nie funkcjonowała jeszcze normalnie. Podjąłem krótkie przygotowania do podróży. Mama, która potępiała mój niewinny związek z Wierą i często gwałtownie występowała przeciwko moim kontaktom z tą dziewczyną - tym razem wykazała zupełnie inną postawę. Przygotowała mnie do drogi i upiekła jakieś ciasto, bym nie jechał do dziewczyny z pustymi rękami. Spakowałem do plecaka co niezbędne na drogę i wyjechałem w daleką podróż. Dotarłem do Poznania, a stamtąd pojechałem pociągiem na Szamotuły. Jechałem nocą i bałem się, że przeoczę tę małą stacyjkę - chyba jakieś 10 km za Szamotułami. Ostatni odcinek drogi przebyłem stojąc na korytarzu wagonu blisko drzwi, aby móc szybko wysiąść, kiedy tylko pociąg zatrzyma się.

Było jeszcze ciemno, gdzieś chyba około piątej nad ranem tego dnia późnego lata 1945 roku, gdy wysiadłem na małej stacyjce nieznanej mi miejscowości w Poznańskim. Nie pozostało nic innego, jak poczekać dnia. Kiedy rozwidniło się, ruszyłem na poszukiwanie adresu podanego przez Wierę. Okazało się, że było to osiedle domków zamieszkałych przez pracowników dużego majątku ziemskiego, który zajęły radzieckie władze wojskowe, zamieniając je na obóz przejściowy dla swoich obywateli, zgłaszających się do repatriacji.

Przedstawiłem się gospodarzowi i wyjaśniłem cel swej wizyty. Poszedł do dworu i po jakimś czasie przyszedł z Wierą. Przywitaliśmy się. Była ogromnie zaskoczona moim przyjazdem. Przekazałem jej ciasto od Mamy, a ona zdecydowała się na zaproszenie mnie do siebie czyli do dworu. Zaprowadziła mnie do jakiejś izby wypełnionej piętrowymi łóżkami mieszkanek, wśród których było też i jej łóżko. Kilka krzeseł, stół pod ścianą - to całe wyposażenie pokoju. Wiera nie mogła być długo ze mną, bo czekały na nią jakieś obowiązki. Zostawiła mnie w pokoju, a sama poszła. Nie było jej długo. Zainteresowałem się leżącą na stole książką w języku rosyjskim. Był to swego rodzaju katechizm ateistyczny, w którym nagromadzono argumenty przeciwko religii. Zmęczony długą nocną podróżą przysnąłem na stole i w takiej pozycji zastała mnie po powrocie Wiera. Obudziła mnie, a ponieważ miała trochę wolnego czasu, poszliśmy jeszcze raz do domku Nowaków, gdzie gospodarze zostawili nas sam na sam w jednej izdebce. Próbowałem ją przekonać, aby jechała ze mną, ale nie byłem w stanie nakłonić ją do tego kroku. Była zdecydowana wracać do ZSRR, do Dniepropietrowska. Przyrzekła tylko, że będzie pisać. Przyszła więc pora smutnego, dla mnie wręcz tragicznego rozstania. Po raz pierwszy w czasie naszej znajomości rzuciliśmy się sobie na szyję i oboje gorzko zapłakali... Z trudem oderwałem się od dziewczyny, którą pokochałem moją pierwszą, wyidealizowaną młodzieńczą miłością.

Wiera napisała z Dniepropietrowska. Dopiero wtedy dowiedziałem się, jak nazywa się naprawdę: Wiera Andriejewna Kuziewa. Mieszkała w Dniepropietrowsku przy ul. Awiacjonnaja 2. Pisaliśmy do siebie długie listy, pełne bratersko-siostrzanych uczuć. Ona nazywała mnie w swych listach braciszkiem, ja odwzajemniałem się jej mianem siostrzyczki. Było to uczucie na odległość, całkowicie platoniczne. Przysłała mi stamtąd zdjęcie w towarzystwie jakichś oficerów. Potem korespondencja nagle urwała się. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale nic nie mogłem na to poradzić. Byłem przekonany, że coś się odmieniło w jej życiu i że już więcej listów od niej nie otrzymam.

Okazało się jednak, że jeszcze wymienimy kilka listów, ale zadecydował o tym następujący przypadek. Otóż moja sława jako człowieka znającego języki rozeszła się widać po Barwałdzie, bowiem pewnego razu zjawił się u nas w domu pewien znajomy Ojca, który przyniósł ze sobą list z prośbą o tłumaczenie. Rodzina oczekiwała na powrót brata z Niemiec i przypuszczała, że list jego dotyczy. Nie mogli tylko zrozumieć, dlaczego napisano go w obcym języku. Kiedy zagłębiłem się w lekturę, rychło zrozumiałem o co chodzi. List, pełen miłosnych zaklęć, pisała po rosyjsku kobieta o imieniu Olga do mężczyzny prosząc go, wręcz wzywając do przyjazdu do niej, gdzieś na Białoruś. Łatwo się było domyślić, że była ona na robotach w Niemczech, tam poznała owego mężczyznę, zakochała się w nim, a on musiał jej wiele naobiecywać, chyba łącznie z małżeństwem. Kiedy to wszystko wyłuszczyłem, adresat listu wybuchnął oburzeniem na brata. Był to bowiem człowiek żonaty, mający dwoje dzieci, które z mamą mieszkały w Krakowie.

Na prośbę zainteresowanego napisałem do Olgi. wyjaśniłem całą sytuację prosząc, aby sobie nie zawracała głowy mężczyzną, który jest żonaty. Przy okazji wspomniałem jej o mojej znajomości z Wierą i o tym, że jestem zaniepokojony jej milczeniem. Poprosiłem również, aby zechciała napisać pod wskazany adres w Dniepropietrowsku i poinformowała mnie o tym, co potrafi ustalić w drodze korespondencji. Po jakimś czasie przyszedł list od Olgi, w którym dziękowała mi za informacje o kochanku-zdrajcy. Donosiła również, że nawiązała korespondencję z Wierą, która nadal mieszka pod tym samym adresem i była podobno zdumiona, że skarżę się na brak listów od niej.

Po tej interwencji otrzymałem znowu list od Wiery, równie serdeczny i ciepły jak poprzednie. Czas i odległość robiły jednak swoje. Nasze uczucie powoli wygasało. Zimą lat 1946-1947 siedziałem kilka miesięcy w więzieniu, latem 1947 roku wyjechałem na Wybrzeże. W ten sposób korespondencja urwała się. Przerwa nastąpiła ze strony Wiery, ja - znalazłszy się w nowym środowisku - jakoś łatwiej zniosłem tę przerwę w wymianie listów. A jesienią 1947 roku poznałem dziewczynę mojego życia - Stenię, która w dodatku była tak blisko...

Moje szkolne sympatie. O moim pierwszym uczuciu, jakie żywiłem do Wiery - pisałem już wcześniej. Później również zdarzyło mi się ulegać oczarowaniu urokiem czy urodą niektórych koleżanek, jakie przyszło mi spotkać w moim młodzieńczym życiu.

W okresie licealnym byłem pod urokiem dwóch koleżanek: Krysi Chrząszczewskiej i Ewy Kornelak. Szczególnie ta druga była bardzo ładna. Darzyły mnie te dziewczyny jakąś sympatią i dały temu wyraz dedykacjami na fotografiach, które mi ofiarowały. Gdybym był wtedy bystrzejszy, pewnie spostrzegłbym (jak dziś), że te dedykacje były interesowne i wyrażały tylko sympatię, a brzmiały jednakowo: Sympatycznemu koledze, w dowód wdzięczności za łacinę. A więc w grę wchodziła ... łacina i nic więcej ...

Poważniejszy epizod młodzieńczy wiąże się z osobą Gabrieli (Gabi) Olakówny, którą poznałem - dzięki Krysi Chrząszczewskiej - w czasie studiów w Krakowie. Właśnie wróciłem na uczelnię po wyjściu z więzienia, kiedy Krysia przedstawiła mi Gabi, a ta okazała żywe zainteresowanie moją osobą. Okazało się, że mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Była to inteligentna dziewczyna, prowadziliśmy więc w czasie długich spacerów po Krakowie ożywione rozmowy na różne tematy.

Ojciec, moja żona, stryj Wałek i Mirek w Goleszowie, w oknie druga żona Ojca


Kiedy rok akademicki 1946/1947 dobiegł końca, Gabi pojechała do swojej matki do Jeleniej Góry, bo tam razem mieszkały. Miałem okazję nawet ją tam odwiedzić. Stało się to za sprawą mojego stryja Walentego z Krakowa. Przyjechał pewnego dnia do Barwałdu i namówił mnie, abym wybrał się z nim na Zachód, bo chciał zobaczyć Ziemie Odzyskane, a w dwójkę byłoby nam raźniej. Pojechaliśmy zatem przez Katowice do leżącego w gruzach Wrocławia, stamtąd do zupełnie nie dotkniętej wojną Jeleniej Góry. Przy ul. Panieńskiej 37 odwiedziłem Gabi. Jej mama użyczyła nam noclegu na ten krótki dwu- lub trzydniowy pobyt. Pospacerowaliśmy trochę z Gabrielą po mieście, ale zauważyłem, że nie była tak serdeczna jak w Krakowie. Nie wiem, jaka była przyczyna tego oziębienia uczuć.

Na studia do Krakowa już nie wróciłem, wyjechałem do Gdyni. Po wielu latach spotkałem Gabrielę w Gdańsku - znowu z inicjatywy Krysi Chrząszczewskiej. Bywała ona z dziećmi na wczasach na Wybrzeżu i pewnego razu zaproponowała mi wizytę u Gabi, która mieszkała w Gdańsku, o czym w ogóle nie wiedziałem. Skończyła studia rusycystyczne i była pracownikiem naukowym w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Wyszła za mąż, także za naukowca, mieszkali w jednym z falowców na Przymorzu. Kupiłem kwiaty i pojechałem tam z Krysią. Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy, trochę powspominali i to wyczerpało moją znajomość z Gabrielą. Od tego czasu już więcej jej nie spotkałem.

Stenia - moje przeznaczenie. W czasie pracy w Morskim Urzędzie Zdrowia poznałem dziewczynę mojego życia. W listopadzie 1947 roku u kierownika wydziału chorób tropikalnych dra Gordziałkowskiego podjęła pracę nowa sekretarka-maszynistka. W pokoju dra Gordziałkowskiego stała duża szafa pancerna, która służyła również naszej rachubie. Codziennie, pod koniec dnia pracy nasza kasjerka Ajka Richter zanosiła do tej szafy podręczną kasetę z gotówką. Pewnego dnia Ajka oświadczyła mi z tajemniczym uśmiechem, że u doktora jest nowa i zaproponowała, bym następnym razem zaniósł kasetę do szafy. Odtąd często chodziłem do tej szafy i przyglądałem się nowej.

Była niezła. Zgrabna, bardzo ładna, włosy upięte w warkocz spleciony z tyłu, sympatyczny uśmiech i ogromnie miłe i ujmujące obejście. Spodobała mi się bardzo. Miała na imię Stefania, dojeżdżała do pracy z Rumi-Zagórza. W miarę upływu czasu Stefania (Stenia) zapoznawała się z otoczeniem i zaczęła odwiedzać nasz pokój. Podjąłem nieśmiały flirt. Pisałem karteczki, które wkładałem za wałek maszyny, której używała. Musiała więc każdą karteczkę znaleźć i pewnie ją przeczytać, bo ujawniała zainteresowanie moją osobą w czasie odwiedzin w naszym pokoju. Moje teksty podobały się jej chyba, bo dawała mi to do zrozumienia zachowaniem. Wkrótce zaczęła pracować w naszym wydziale, bo było tu dużo pisania, a robiła to świetnie.

Ajka Richter i Tadzio Boratyński wyraźnie sprzyjali naszemu zbliżeniu, wręcz do tego nas zachęcali. Zbliżeniu służyły także wspólne wyjazdy wycieczkowe na Hel, do Ustki, Darłowa i do innych małych portów, gdzie Morski Urząd Zdrowia miał swoje Urzędy Portowe i gdzie można było także przenocować. I tak doszło do etapu narzeczeństwa. W czerwcu 1948 roku Stenia zaprosiła mnie do swojego domu. Pojechałem więc z Orłowa do Rumi. Byliśmy umówieni i Stenia wyszła przede mnie na stację kolejową, bym nie błądził. Jak się okazało, trafiłem na przyjęcie rodzinne z okazji imienin (szwagier Steni - Władysław, bratowa - także Władysława).

Wkrótce poznałem bliżej rodzinę narzeczonej. Oboje jej rodzice byli rdzennymi mieszkańcami Ziemi Kaszubskiej. Kim byli protoplaści rodu, można jedynie domniemywać. Według jednej hipotezy - mogli to być osadnicy niemieccy, według innej - napoleońscy żołnierze z czasów pobytu wojsk cesarza w Gdańsku, którzy osiedli na stałe w tej okolicy. W ciągu wieków ścierała się i wzajemnie przenikała na tej ziemi słowiańska ludność Pomorza z żywiołem niemieckim. Mama Steni miała nazwisko brzmiące z niemiecka (Lehmann), ale mówiła pięknym kaszubskim językiem.

Ojciec był człowiekiem zamożnym, posiadał szereg nieruchomości, a przy tym był wysokim urzędnikiem kolejowym, pełniąc funkcję dyżurnego ruchu w węźle gdyńskim. Mieszkali w obszernym, dość wygodnym i ładnie położonym domu przy ul. Batorego w Rumi Zagórzu. Budynek nie miał jednak wodociągu i kanalizacji, a na piętrze były pojedyncze okna, więc w pomieszczeniach było zimą zimno a latem gorąco. Później dom modernizowano, ale działo się to już wtedy, gdy mieszkaliśmy w Orłowie na swoim.

Wojna przyniosła rodzinie wiele nieszczęść. Dom był przedmiotem rabunków, a potem kilkakrotnie ucierpiał od alianckich bombardowań. Część ziemi w Rumi Niemcy zabrali pod budowę osiedla mieszkaniowego, a władza ludowa usankcjonowała ten zabór i tak pozostało do dziś. Zarówno ojciec Adam Voigt jak i najstarszy syn Alojzy (rocznik 1919) pracując na lotnisku w Rumi, uwikłali się w konspirację, przynależąc do tajnej organizacji "Gryf Pomorski". W 1942 roku gestapo wpadło na trop tej organizacji i aresztowało trzech jej członków, którzy zostali wywiezieni do obozu w Stuthoff. Brat Alojzy został w porę ostrzeżony i udało mu się uciec. Do końca wojny ukrywał się w bardzo ciężkich warunkach, tracąc zdrowie. Od tej pory dom rodzinny był nieustannie inwigilowany przez gestapo, a rodzina gnębiona i prześladowana częstymi rewizjami i przeszukiwaniami.

Ojciec Steni zmarł nagle na wylew krwi do mózgu. Stało się to wkrótce po wojnie, w październiku 1945 roku. Aby zapewnić rodzinie egzystencję zarówno Stenia jak i jej brat Alojzy (na co dzień Ali) podjęli pracę zarobkową. Z powodu przynależności do "Gryfa Pomorskiego" Alojzy był po wojnie szykanowany przez UB. Nawet był krótko aresztowany, a potem pozostawał przez długi czas bez pracy. Rodzinę utrzymywała jego żona Władysława. Te prześladowania trwały do 1956 roku i ustały po odwilży jaka nastała w kraju. Ali zmarł w 1967 roku w wieku 47 lat w następstwie nieudanej operacji wyrostka robaczkowego i osierocił cztery córki i żonę.

Siostra Steni Elżbieta (rocznik 1921) pracowała w czasie wojny w Gdańsku. W zawierusze ewakuacji niemieckich agend w 1945 roku znalazła się gdzieś w świecie i wróciła na łono rodziny wiosną 1946 roku. Z jakiegoś obozu dla uchodźców w Danii przywiozła męża Edwarda, z którym wyjechała później do Berlina Zachodniego i tam zmarła. Druga siostra Irena (rocznik 1924) miała liczną rodzinę: dwóch synów i trzy córki. Dziś są to już dorosłe osoby, mające własne rodziny, wszyscy sympatyczni i godni szacunku obywatele.

Mama Steni, z którą dość długo mieszkaliśmy, zginęła w wypadku samochodowym w 1959 roku. Był to pamiętny i tragiczny dzień. Akurat przyjechał do nas z wizytą mój Ojciec ze swoją drugą żoną a moją macochą. Wybrali się w zwykłe odwiedziny, a wzięli udział w pogrzebie mojej teściowej. Była to smutna wizyta!

Wróćmy jednak do okresu naszego narzeczeństwa. Był to dla mnie szczęśliwy okres wzajemnego poznawania się, upajania się wzajemną bliskością. Każdy dzień przynosił radość, pozwalał na odkrywanie wzajemnej bliskości dziewczyny i młodzieńca, którzy lgnęli do siebie coraz bardziej, coraz bardziej potrzebowali się wzajemnie. Jestem dozgonnie wdzięczny Steni, że ujawniła w tym okresie - intuicyjnie czy instynktownie - wiele wyrozumiałości i czułości, co pozwalało mi przezwyciężyć moją nieśmiałość w stosunku do płci przeciwnej.

Ten najpiękniejszy czas mojego życia został zakłócony przez powołanie mnie do wojska. We wrześniu 1949 roku musiałem wyjechać do Zamościa. Zegnaliśmy się niezwykle czule i wśród potoków łez na dworcu głównym w Gdyni. Ta rozłąka kosztowała nas obojga bardzo wiele. Jej skutki łagodziłem śląc obficie do Steni listy pisane w koszarach. Wykorzystywałem każdą chwilę na korespondencję z moją ukochaną. Nie nadążała z odpisywaniem, bo co tydzień ekspediowałem do Rumi dwie łub trzy obszerne miłosne epistoły. Uzbierało się ich za czas mojej służby pewnie ponad 150.

Z okazji Świąt Wielkanocnych 1950 roku przyjechałem do Rumi na kilkudniowy urlop, który był okazją do umocnienia naszych więzi. Rosło we mnie przekonanie, że Stenia jest dziewczyną mojego życia i chciałbym z nią być na zawsze. Oboje byliśmy zdania, że jedyne co powinniśmy uczynić - to połączyć się węzłem małżeńskim.

Na ślubnym kobiercu: autor z żoną Stefanią


Kiedy we wrześniu 1950 roku wróciłem do cywila - postanowiliśmy się pobrać jeszcze tegoż roku. Stało się to w grudniu; 5 grudnia wzięliśmy ślub cywilny, w Sylwestra 31 grudnia - ślub kościelny. Znaczna odległość Rumi od moich stron rodzinnych spowodowała, że na tę uroczystość przyjechał tylko Ojciec. Oprócz rodziny Steni było wielu naszych kolegów, w tym Tadeusz Boratyński - mój wypróbowany nauczyciel, przewodnik i serdeczny przyjaciel. W Nowy Rok odprowadziłem Ojca na stację kolejową, a sam wróciłem do mojej nowo poślubionej żony.

Dziś - po 44 latach naszego pożycia małżeńskiego - stwierdzam, że los przeznaczył mi kobietę o niezwykłych zaletach, pod każdym względem mi bliską. Szanuję i podziwiam jej intelekt, sposób widzenia świata i jego problemów, wolny od zaściankowości, ciasnoty horyzontów. Jest osobą głęboko religijną, ale wolną od bigoterii, tolerancyjną wobec innych. Dlatego nasze pożycie małżeńskie było bardzo szczęśliwe. Kochałem swoją żonę namiętnie i głęboko i nadal darzę tę najbliższą mi istotę wielkim uczuciem.

Jako pani domu odznacza się niezwykłą pracowitością, gospodarnością, zapobiegliwością i zamiłowaniem do porządku. Całe życie bardzo dużo i ciężko pracowała. Już w czasie okupacji - natychmiast po ukończeniu szkoły - Niemcy zmusili ją do podjęcia pracy biurowej w tzw. Apparatenbau w Rumi. Była to fabryka o charakterze zbrojeniowym. Nim przyszła do Morskiego Urzędu Zdrowia, pracowała w dowództwie Marynarki Wojennej na Oksywiu, skąd została nagle i brutalnie, z dnia na dzień zwolniona -po ujawnieniu, że jej brat Alojzy należał w czasie wojny do tajnej organizacji "Gryf Pomorski" i w związku z tym był ścigany przez gestapo do końca wojny.

Gdynia, rok 1945. Dh. Stefania Voigt (obecnie moja żona) prowadzi swoją drużynę ZHP do defilady


Los nie poskąpił jej słabości organizmu, co było niewątpliwie następstwem bardzo ciężkich warunków bytowania w okresie wojny i zaraz po niej. Czepiały się jej młodego, osłabionego wojną organizmu różne choróbska, jak np. gruźlica płuc, choroby nerek, a ostatnio słabość serca, arytmia, choroba wieńcowa i tarczyca. To wszystko ujawniło się dramatycznie w 1958 roku, kiedy to ratowano ją przed śmiercią w Szpitalu Specjalistycznym na Grabówku. Gwałtowny atak choroby był prawdopodobnie następstwem szczególnego osłabienia organizmu ciążą zakończoną urodzeniem naszej córki Aleksandry. Dzięki troskliwej i fachowej opiece lekarzy atak choroby został szczęśliwie odparty i żona wróciła do nas, to jest do mnie i do naszej dwójki dzieci: prawie 5-letniego Mirka i 7-miesięcznej Oleńki.

Zły stan zdrowia sprawił, że musiała przejść na rentę inwalidzką III kategorii. Po cofnięciu renty nie wróciła już do pracy w Wydziale Zdrowia, który przejął agendy Morskiego Urzędu Zdrowia. Podjęła natomiast pracę jako sekretarka i kasjerka w biurze Urzędniczej Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej w Orłowie, gdzie w pewnym okresie jej działalności stanąłem na czele zarządu jako prezes. Wtedy byłem szefem Steni także w pracy zawodowej. Pracowała tam na połówce etatu, aż do wyczerpania środków finansowych Spółdzielni, w następstwie czego musiałem ją ... zwolnić.

Po raz kolejny żona pracowała jako sekretarka w Biurze Radcy Handlowego Ambasady Polskiej w Kopenhadze. Zwolniona podstępnie po roku przez radcę handlowego E. Urbanka, wróciła po dwuletniej przerwie do pracy dzięki pomyślnej dla niej decyzji kolejnego radcy pana J. Korzonka. Mimo długich przerw w zatrudnieniu Stenia miała na tyle wystarczający staż pracy zarobkowej, że mogła ubiegać się o emeryturę, którą przyznano jej w 1988 roku. Korzysta z niej do dziś.

Zona ujawnia w trudnych dla siebie okresach szczególną cechę: niezwykłą pracowitość, która staje się dla niej wtedy jakby lekarstwem, ułatwiającym przezwyciężenie czy opanowanie choroby. Pod tym względem jest godna podziwu. Dobroć serca i wrażliwość na biedę sprawia, że angażuje się na rzecz potrzeb innych, uczestnicząc między innymi w działalności charytatywnej na terenie Parafii w Orłowie.

Reasumując ten ważny element mojej biografii mogę stwierdzić, że Opatrzność była dla mnie łaskawa pozwalając mi spotkać na swojej drodze właśnie tę kobietę mojego życia, która dzieliła i dzieli ze mną chwile dobre i złe, okresy radości i trosk, sukcesów i klęsk. Boć byłoby przecież dużym uproszczeniem stwierdzenie, że nasz żywot był wolny od niepowodzeń czy wręcz klęsk. Ważne jednak było to, że potrafiliśmy je wspólnie przezwyciężać, idąc zgodnie razem.

Bez Steni byłoby to o wiele trudniejsze.

Nasze dzieci. Nasze małżeństwo bez dzieci byłoby niepełne. Oboje byliśmy przekonani, że potomstwo będzie uzupełnieniem naszego związku.

Mirek. Pamiętam, jakby to było dziś, oczekiwanie na przyjście pierwszego owocu naszej miłości. Żona przebywała w Szpitalu Miejskim, a ja niespokojny i niecierpliwy czekałem w domu. W tym decydującym dniu zostałem dłużej w pracy, bo młodzież urządziła sobie wieczór karnawałowy przy ciastku, kawie, winie i muzyce. Wtedy zaliczałem się jeszcze do młodzieży, bo miałem 28 lat. Co jakiś czas odchodziłem od towarzystwa, by zatelefonować do szpitala. Niektórzy z obecnych wiedzieli o co chodzi i wypytywali, czy już jestem ojcem. Za którymś razem usłyszałem w słuchawce kobiecy głos informujący, że mam syna. Niektórzy poznali chyba po mojej dumnej minie, że to najważniejsze już nastąpiło, bo rzucili się w moim kierunku z życzeniami. Powstał ogólny tumult, a potem wszyscy odśpiewali Sto lat i spełnili toast za zdrowie mojego syna. Po zabawie pospieszyłem do szpitala z bukietem kwiatów, ale - oczywiście - ani mamy. ani jej syna tego dnia nie mogłem zobaczyć.

Chłopak był duży i zdrowy, więc poród nie był łatwy. Stenia zniosła wszystko dzielnie. Po kilku dniach odebrałem ją ze szpitala i cała rodzina była w komplecie. Synowi nadaliśmy imię Mirosław, jego drugie imię - Andrzej. Rozwijał się dobrze, rósł i był naszą wielką radością. Kłopotów wychowawczych nie sprawiał. Pamiętam, że tylko raz w życiu wymierzyłem mu klapsa. Kiedy byliśmy na leśnym spacerze, pojechał na swoim małym rowerku za swoim kuzynem, starszym o ładnych parę lat Tadeuszem. Jak szalony popędziłem za nim do końca leśnej alei, która wychodziła na dość ruchliwą drogę. Tam też ani śladu po nim. Zdenerwowany i zrozpaczony pobiegłem w kierunku domu, wypytując po drodze wszystkich napotkanych, czy nie widzieli malca na rowerku. Nikt nic nie widział. Pełen najgorszych myśli, zdenerwowany i zdyszany dobiegłem wreszcie do domu, aby zaalarmować rodzinę o nieszczęściu. Na podwórku, okrakiem na rowerku stał uśmiechnięty Mirek. Ucieszyłem się bardzo, ale ogarnęła mnie taka złość na niego za to, że nie reagował na moje wołanie, że zlałem go wtedy ręką po pupie.

Żona z Mirkiem i Oleńką


Mirek chodził do przedszkola w Rumi. Na którymś z zebrań rodziców, mimo moich sprzeciwów, wybrano mnie wręcz na siłę przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego. W tym charakterze musiałem zajmować się różnymi sprawami, by pomóc przedszkolu. Zorganizowałem między innymi w jego pomieszczeniach zabawę karnawałową dla rodziców i ich gości. Jeden z jej pijanych uczestników wywołał ostrą bójkę. Uznałem za swój obowiązek rozdzielenie wałczących. Pozostali uczestnicy zabawy poszli dalej i wyrzucili awanturnika z balu. Ten jednak uznał mnie za osobę odpowiedzialną za doznaną krzywdę i poprzysiągł mi zemstę. Po zabawie musiałem dość długo pozostać w przedszkolu, aby uniknąć spotkania z pijakiem, który... czekał na mnie na zewnątrz...

W szkole powszechnej i w liceum Mirek dobrze się uczył. Bez trudu zdał maturę i podjął studia na Wydziale Budowy Maszyn Politechniki Gdańskiej. Po pomyślnych egzaminach zaczął uczestniczyć w zajęciach pierwszego roku. Byłoby wspaniale, gdyby nie zdarzenia, jakie nastąpiły w okresie sesji egzaminacyjnej po pierwszym semestrze.

Chłopak zaczął czuć się źle. Miał stany rozkojarzenia, nerwowości, a raz zdarzyło się w czasie jazdy kolejką elektryczną na uczelnię, że z ręki wypadła mu teczka, a on nawet tego nie zauważył. Kiedy dowiedzieliśmy się o tym, namówiliśmy go na wizytę u lekarza. Z wielką pomocą pospieszyła nam wtedy dr Aleksandra Rutkowska, żona mojego biurowego kolegi. Zajęła się Mirkiem serdecznie. Badania wstępne nie były pomyślne. Wszystko wskazywało na to, że w jego czaszce jest jakieś obce ciało. Trudno było jednak ustalić, co to takiego. Dr Kutkowska spowodowała przeniesienie syna ze Szpitala Miejskiego w Gdyni do Kliniki Neurochirurgicznej Akademii Medycznej w Gdańsku. Zastosowano specjalistyczne badania polegające na wprowadzeniu pod czaszkę płynu kontrastującego (tomografów komputerowych wtedy jeszcze u nas nie było). To badanie wykazało obecność torbieli z dość dużą ilością wodnistej cieczy. W tym nieszczęściu należało się cieszyć, że nie jest to nowotwór. Ale operacja czaszki była niezbędna.

Przeżyliśmy to strasznie. Pamiętam do dziś tę dramatyczną sytuację. Wyniki badań były znane w piątek około południa. Lekarze orzekli, że operacja musi być przeprowadzona możliwie szybko. Prawdopodobnie było to podyktowane obawą, że osłonka owej nieszczęsnej torbieli może pęknąć pod naporem płynu kontrastującego, co doprowadziłoby do zalania mózgu.

Następnego dnia, w sobotę o godzinie 7.00 rozpoczęła się operacja. Cały czas czekaliśmy z żoną na korytarzu Kliniki Neurochirurgii, a na sali asystowała przy operacji nieoceniona przyjaciółka - dr Kutkowska. Trwało to kilka godzin i udało się. Przeprowadzający zabieg doc. dr Chmielewski powiedział nam, że torbiel zawierała około 3/4 szklanki obcego płynu. Problem polegał teraz na tym - powiedział doktor -aby przesunięte pod naciskiem torbieli płaty mózgu możliwie bezawaryjnie wróciły na swoje miejsce...

Wspominam o tym dość szczegółowo, bo to wydarzenie wycisnęło bardzo silne piętno na życiu Mirka i całej naszej rodziny. Rekonwalescencja przebiegała bardzo dobrze i syn wrócił do normalnego życia. Zmienił jednak kierunek studiów, bo zdaniem lekarzy zawód inżyniera byłby dla niego zbyt trudny. Przeniósł się na studia ekonomiczne (ekonomika handlu zagranicznego) na Wydziale Ekonomiki Transportu Uniwersytetu Gdańskiego.

Był wtedy 1974 rok. Studia trwały 4 i pół roku. Mirek dawał sobie doskonale radę, uzyskując w 1979 roku - z dobrym wynikiem - dyplom magistra ekonomii. Znalazł zatrudnienie w PHZ "Navimor". Była to praca interesująca, związana z eksportem produktów polskich stoczni. Jeździł służbowo za granicę, był w Syrii, w Grecji, we Francji, w ZSRR. Dawał sobie dobrze radę, a pomagała mu w tym znajomość języków. Jeszcze w trakcie studiów zdał dwa egzaminy państwowe z języka niemieckiego i rosyjskiego. Uzyskał w ten sposób uprawnienia do pobierania dodatków za znajomość języków obcych. Zna również dość dobrze język angielski, chociaż z niego egzaminu nie zdawał.

W 1979 roku Mirek ożenił się. Kiedy oboje z żoną pracowaliśmy w Ambasadzie PRL w Kopenhadze, wpadł na pomysł, aby zmienić pracę i zostać taksówkarzem. W kategoriach zarobkowych była to niewątpliwie decyzja nie pozbawiona sensu. Zwrócił się do mnie o pomoc finansową, której mu udzieliłem. Kupił używanego mercedesa, wyremontował go, sporo do tego dokładając.

Zaczął się okres taksówkowania. Znajomość języków i niezły samochód pomagały mu w pozyskiwaniu klienteli spośród businessmanów i turystów zagranicznych, odwiedzających w tamtych czasach Polskę. Ten okres taksówkowej prosperity trwał przez łata 1985-1987, ale został - niestety - przerwany przez zaskakujące dla nas wydarzenie. Jego żona Jola zażądała niespodziewanie rozwodu. Okazało się, że ma kogoś i doszła do wniosku, że Mirek nie jest dla niej dobry. Było oczywiste, że ponosił on znaczną odpowiedzialność za to, co się stało. Z racji wykonywanego zawodu często nie bywał w domu, a jeśli bywał - odsypiał nocne kursy, nie miał czasu dla rodziny itp. Bolesne jednak było to, że stało się to dość nagle i w okresie, gdy próbował jakoś uładzić swoje życie. Jako mąż i ojciec wywiązywał się ze swoich obowiązków, zarabiał o wiele lepiej niż dawniej. Zresztą pomagaliśmy im bardzo wiele, szczególnie w okresie kopenhaskim.

Już po naszym powrocie z Kopenhagi, w listopadzie 1987 roku, doszło do rozwodu. Syn zachował się w powstałej sytuacji - można rzec - bardzo dojrzale. Uwzględniając fakt, że córka Monika została przy matce, przeprowadził się do nas, zabierając tylko rzeczy osobiste. Cały ich wspólny dorobek materialny, łącznie z mieszkaniem na Witaminie, pozostawił byłej żonie.

W procesie przygotowawczym do rozwodu ujawniony został dość znamienny fakt. W rozmowie z przedstawicielką sądu Monika wypowiedziała się zdecydowanie na korzyść ojca, oddając mu w ten sposób sprawiedliwość. To spowodowało, że żona musiała odstąpić od żądania ograniczenia prawa ojca do kontaktów z córką. Sąd podjął decyzję o rozwodzie bez orzekania o winie stron, a synowa w prywatnej rozmowie z Mirkiem przyznała, że poczuwa się do tej winy gdzieś w 40%.

Rozwód Mirka uznaliśmy za wielką klęskę nie tylko dlatego, że nie uznajemy rozwodów, ale przede wszystkim dlatego, że nasza wnuczka została pozbawiona normalnej rodziny. Mamy z nią bardzo żywe kontakty i poświęcamy jej wiele naszej troski i uwagi. Tak się jakoś składało, że była z nami od pierwszych dni swego życia. Na skutek różnych komplikacji okołoporodowych dość ciężko chorowała, a jej rodzice mieszkali wtedy razem z nami. Nanosiłem się wtedy tego malucha na swoich rękach... Dziwne, ale przy mnie jakoś najłatwiej zasypiała. Jeździliśmy z nią od lekarza do lekarza i dzięki tej opiece dziewczynka przezwyciężyła swoje słabości. Wymagało to wiele cierpliwości i troski wszystkich - rodziców i nas.

Mirek i Monika


Dziadzio z ukochaną wnuczką Moniką


Kochamy Monikę bardzo, a ona odwzajemnia nasze uczucia. Pamiętam, jak pewnego razu późnym popołudniem dotarliśmy z Kopenhagi do domu w Orłowie, gdzie witała nas cała rodzinka. Była także Monika, która zrobiła mi niezwykle miłą niespodziankę. Po przywitaniu spontanicznie i głośno na całą ulicę wykrzyknęła: Dziadziu, czy ty wiesz, że ja cię kocham najbardziej z całej rodziny?! Czy nie było to wspaniałe potwierdzenie łączących nas uczuć? Nigdy tego nie zapomnę!

W chwili kiedy piszę te zdania, Monika ma już 13 lat i chodzi do siódmej klasy szkoły podstawowej. Uczy się bardzo dobrze i nie sprawia żadnych kłopotów wychowaczych, choć czasami martwimy się - oby na wyrost - by nie uległa złym wpływom otoczenia i niektórych treści niesionych przez środki społecznego przekazu. Ja osobiście modlę się za naszą wnuczkę, by było jej jak najlepiej.

Napomknąłem już wcześniej, że uczyniliśmy bardzo wiele, aby pomóc młodym w rozwiązywaniu materialnych problemów ich bytu. Udało nam się uzyskać dla nich dwupokojowe rotacyjne mieszkanie o powierzchni 38 m2 w dzielnicy Witomino i załatwić podłączenie do niego telefonu. Wraz z żoną pomagaliśmy w jego wyposażeniu w meble i inne niezbędne rzeczy do normalnego życia. Ubolewałem, że nie było to mieszkanie docelowe o większej powierzchni. Władze spółdzielni mieszkaniowej podjęły nawet decyzję o przydziale takiego mieszkania, ale anulowały ją w następstwie brzydkiego donosu, jaki do nich wpłynął.

Z perspektywy czasu okazało się, że wyszło to na dobre i po rozwodzie młodych pozwoliło rozwiązać kwestię mieszkaniową. Syn zachował kolejkę w Morskiej Spółdzielni Mieszkaniowej w Gdyni, do której należał od czasów studenckich i w 1988 roku doczekał się przydziału M-3 w nowej dzielnicy Gdyni Karwiny. Wylosował parter, co znowu okazało się okolicznością wyjątkowo szczęśliwą, bo mieszkanie ma optymalną powierzchnię prawie 52 m2 i składa się z dwóch pokoi i kuchni z bardzo ładnym balkonem.

Podjęliśmy znowu wspólny trud wyposażenia tego kąta dla Mirka. Niestety, nie bardzo mógł się nim cieszyć, bo w międzyczasie dotknęło go kolejne nieszczęście. W sierpniu 1993 roku uległ wypadkowi, następstwem którego były trzy krwiaki, jakie utworzyły się w jego trepanowanej już głowie. Przez 6 tygodni leżał w szpitalu, potem przez kilkanaście tygodni był na zwolnieniu lekarskim, by wreszcie w lutym 1994 roku zostać inwalidą II kategorii. Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznał mu rentę inwalidzką na zasadach ogólnych, a nie jak za wypadek przy pracy, co wpłynęło na wysokość wymiaru świadczenia. Zwrócił się więc do Sądu Ubezpieczeń Społecznych o zmianę tej decyzji, który dopiero w grudniu 1994 roku przyznał mu rację.

Jeśli ta decyzja się uprawomocni, to jego sytuacja materialna nieco się poprawi, ale przykrym faktem pozostaje to, że w wieku 40 lat nasz syn został już inwalidą. To nie poprawia naszego samopoczucia. Wręcz przeciwnie - jest to źródłem naszego zmartwienia o jego przyszłość, szczególnie wtedy, gdy nas zabraknie na tym padole. To nasze zmartwienie jest tym głębsze, że jego klęski życiowe (rozwód, choroby) wpędzają go w jakieś kompleksy, stany frustracji i depresji i często nie umie sobie poradzić z tym balastem. Próbuje się ratować alkoholem. W ten sposób błędne koło się zamyka. Jedne nieszczęścia pociągają następne... Walczy ze swymi słabościami, ale nie zawsze mu się to udaje. Ogarnia nas żal, bo kochamy go bardzo. Chłopak marnuje się i marnieje na naszych oczach ... A jest przy tym człowiekiem inteligentnym, mądrym i wykształconym, wrażliwym na dobro i zło.

Wielokrotnie z żoną głowiliśmy się nad tym, co jest powodem tej naszej niewątpliwej klęski. Ani w dalszej, ani w bliższej rodzinie nie było złych przykładów... Tymczasem z rozmów z naszym synem wynosimy wiedzę przykrą. Kiedyś wyznał, że po raz pierwszy upił się jako chłopiec... na obozie harcerskim. Jako rosłego wtedy już harcerza starszyzna obozowa wykorzystywała go na posyłki po wino do odległego sklepu wiejskiego. Tak pojmowała swoje obowiązki wychowawcze kadra kierownicza owego obozu, do którego miał pecha przynależeć...

Oleńka. W dniu 27 maja 1958 roku przyszła na świat nasza córka Oleńka. W czasie ciąży Stenia dość poważnie chorowała i przez dość długie okresy przebywała w szpitalu. Mimo to córka urodziła się zdrowa. Kiedy pojechałem z czteroletnim wtedy Mirkiem do szpitala, aby podać żonie kwiaty i jakieś drobiazgi, siostra szpitalna zapytała chłopca: Chcesz zobaczyć siostrzyczkę? Kiedy skinął potakująco głową, zabrała go z sobą - chyba wbrew zasadom - do mamy i siostry. Wrócił do mnie bardzo przejęty, a na pytanie, czy widział siostrzyczkę i jaka ona jest, odparł: Ładna!

I taka była nasza Oleńka jako niemowlę i dziecko. Rozwijała się wspaniale, przypominając wyglądem dużą lalkę. Kiedy zabraliśmy ją, w wieku bodajże dwóch lat, na szwedzką rewię na lodzie w hali Stoczni Gdańskiej (tej samej, która spłonęła w 1994 roku), budziła w koło podziw swoimi reakcjami na występy. Biła brawo, krzyczała, gdy coś jej się szczególnie podobało, jednym słowem - była powodem naszej dumy.

W przeciwieństwie do Mirka, Oleńka nie chodziła do przedszkola. Do wieku szkolnego rosła pod okiem mamy. W szkole podstawowej i średniej radziła sobie bardzo dobrze. Gładko zdała maturę w tym samym liceum, do którego uczęszczał Mirek. W roku akademickim 1977/78 rozpoczęła studia ekonomiczne w zakresie finansów na Wydziale Ekonomiki Produkcji Uniwersytetu Gdańskiego, które w 1981 roku na krótko przerwała. W tym czasie Mirek i jego żona Jola ulegli wypadkowi samochodowemu. Kiedy po zakupie mebli do swojego mieszkania jechali fiatem 126p, wpadli na stojący pod światłami autobus komunikacji miejskiej. Skutki tego zderzenia były szczególnie fatalne dla synowej. Dość długo leżała w szpitalu, a w domu została ich maleńka córeczka Monika, która wymagała opieki. Oleńka podjęła się więc tej opieki kosztem studiów, które w ten sposób nieco się wydłużyły. Ostatecznie egzamin dyplomowy zdała we wrześniu 1982 roku, uzyskując tytuł magistra ekonomii.

Córka nie podjęła po studiach pracy zawodowej. Poznała chłopca i wkrótce wyszła za mąż. Okoliczności ich poznania były dość charakterystyczne. Stało się to w trakcie młodzieżowych zajęć i spotkań Duszpasterstwa Akademickiego przy kościele Serca Jezusowego w Gdyni. Tomek - narzeczony Oleńki był wtedy także studentem wydziału zaocznego Akademii Rolniczej w Olsztynie. Pewnego dnia w 1982 roku Tomek wraz ze swoją mamą złożył nam wizytę i oświadczył się o rękę Oleńki. Ich wesele miało bardzo skromny charakter, bo tak młodzi sobie życzyli. Przyjęcie odbyło się w wąskim gronie osób, w przeciwieństwie do wesela Mirka z Jolą, które zorganizowaliśmy w salach Interklubu w Gdyni.

Dość szybko po ich ślubie (15 czerwca 1983 roku) urodził się pierwszy nasz wnuk Maciej. We wrześniu tegoż roku wyjechaliśmy z żoną na cztery lata do Kopenhagi. Zdecydowaliśmy wspólnie, że Oleńka z Tomkiem i dzieckiem pozostaną w naszym mieszkaniu w Orłowie. Tak się też stało. Tomek dojeżdżał do swojego gospodarstwa na Obłuże. Już w czasie naszego pobytu w Danii -28 września 1984 roku - urodził się nasz drugi wnuk Michał, a już po naszym powrocie - Paweł, trzeci syn Tomka i Oleńki, a w ogóle czwarty z naszych wnucząt.

Nie wszystko w życiu naszej córki układało się pomyślnie. Był taki moment, kiedy zdawało się, że osieroci trójkę swoich dzieci.

Orłowo. Oleńka i Tomek w drodze do ołtarza


W 1992 roku dotknęła ją ciężka choroba. Już w okresie Świąt Wielkanocnych - w czasie naszej wizyty u nich - Oleńka narzekała na bóle żołądka czy brzucha. Przypisywała je świątecznemu objadaniu się. Potem to wszystko uspokoiło się. W lipcu sytuacja powtórzyła się. Któregoś dnia wróciliśmy od nich do Orłowa i tego samego dnia około godziny 21-szej odebraliśmy telefon od Tomka, że jest z żoną w szpitalu przy Placu Kaszubskim, dokąd została skierowana przez lekarza pogotowia. Pojechaliśmy tam natychmiast. Oleńka była po wstępnych badaniach i diagnozie, że ma jakąś narośl na narządach rodnych.

Hospitalizowano ją zatem na oddziale ginekologicznym i w tym kierunku poszły dalsze badania i obserwacje, które jednak przeciągały się w czasie. Zdecydowano przeprowadzenie operacji ginekologicznej, a kiedy chirurg-ginekolog otworzył jej wnętrze okazało się, że to żadna narośl, ale ... pęknięty i rozlany wyrostek robaczkowy! Zabieg dokończył chirurg ogólny. Mimo rozlanej ropy z wyrostka - na szczęście - wszystko skończyło się dobrze, a operujący lekarz powiedział córce, że cudem uniknęła śmierci... Uratowały ją prawdopodobnie antybiotyki, które podawano jej wraz z kroplówkami od pierwszych godzin pobytu w szpitalu. Ten parasol ochronny antybiotyków uchronił organizm przed zatruciem wylaną z wyrostka ropą.

Moja żona ma swoją wersję wyjaśnienia tego cudu, dzięki któremu Oleńka nie poszła za bratem Steni Alim, który w kilka dni po operacji zropiałego wyrostka zmarł w wieku 47 lat! To ona właśnie wymodliła łaskę ocalenia naszej córki. Jej gorąca modlitwa została wysłuchana przez Matkę Bożą, która pozwoliła matce trojga dzieci pozostać jeszcze z nimi. Choroba naszej córki wstrząsnęła całą rodziną. Pamiętam, że moja siostra Aleksandra z Barwałdu i bratowa Nela z Wadowic przejechały całą Polskę zaniepokojone wieściami o chorobie Oleńki. Odwiedziły ją w szpitalu, były także oczywiście u nas.

Dla Steni był to czas wielkiej próby, któremu poddała się z całym zaangażowaniem, wychodząc z niej zwycięsko. Przejęła obowiązki mamy i gospodyni domu Oleńki. Codziennie rano już około 6.00 byliśmy w szpitalu, by dowiedzieć się o zdrowie córki, podać jej niezbędne rzeczy i dodać otuchy. Potem jechaliśmy na Obłuże, gdzie Stenia zajmowała się trójką wnuków, gotowała, sprzątała, prała. Oleńka wróciła do zdrowia i była w stanie rok później podjąć trudne zadanie uruchomienia sklepu spożywczego i prowadzenia go. Jest dzielna i daje sobie radę mimo rozlicznych trudności i kłopotów, jakich nie szczędzi skomplikowana rzeczywistość gospodarcza kraju. Pomaga jej w tym mąż Tomek.

Tomek. Nasz zięć Tomek pracuje z wielkim zamiłowaniem na roli. To jest jego żywioł. Jest młodym, inteligentnym, światłym i przedsiębiorczym człowiekiem, który umiejętnie żegluje przez morze kłopotów, jakich nie skąpi codzienność. Obronną ręką wychodzi z niełatwych zmagań z przeciwnościami, na jakie natrafia rolnictwo. Stale pomnaża dorobek swojej pracy. Przynosi ona efekty, oczywiście na miarę istniejących dla rolnictwa możliwości ekonomicznych i łaskawości przyrody. Ta dziedzina gospodarki zależy zarówno od pogody wynikającej z polityki państwa wobec rolników, jak i w znacznej mierze od pogody rozumianej dosłownie, jako warunki klimatyczne.

Podczas naszej nieobecności w kraju podjął budowę domu jednorodzinnego i w listopadzie 1987 roku jego rodzina mogła przeprowadzić się z Orłowa na Obłuże. Wprawdzie dom jeszcze do dziś nie jest całkiem wykończony, ale młodzi mają swoje gniazdo i to jest najważniejsze. W międzyczasie Tomek wybudował obszerny piętrowy budynek gospodarczy, a w 1992 roku - pawilon, w którym otworzyli w lutym 1993 roku sklep spożywczy. Prowadzi go Oleńka, wspomagana przez męża, który w ten sposób para się - oprócz rolnictwa - zaopatrzeniem i handlem. Zatrudniają ponadto trzy ekspedientki.

Ogromnie cenię u Tomka nowoczesne poglądy na wiele spraw i niezwykłe oddanie rodzinie. Kiedy Oleńka była w szpitalu, przeżywał ten dramat bardzo mocno, a na jej szczęśliwy powrót wybudował tuż przy domu półboisko do gry w koszykówkę, stwarzając nie tylko synom nową szanse rozrywki i ćwiczeń sportowych. Obecnie buduje nowy obiekt sportowy: kort do tenisa ziemnego, który uzupełnia istniejące już boisko do gry w piłkę nożną. Synowie mają do dyspozycji dwa stoły do ping-ponga, dzięki czemu odnoszą sukcesy w tej dyscyplinie w zawodach szkolnych. Może kiedy będą mieć także kort tenisowy, pójdą w ślady mamy, która w czasach studenckich zdobyła mistrzostwo w tenisie na Uniwersytecie Gdańskim!

W międzyczasie do naszych wnuków - Maćka i Michała, dołączył trzeci - Paweł, urodzony 11 października 1989 roku. Jako najmłodszy, stał się oczkiem w głowie całej rodziny. Rodzina córki przysparza nam wiele radości i zadowolenia, a pobyt w jej domu stał się dla mnie jedną z nielicznych przyjemności wieku emerytalnego. Z myślą o wnukach zbudowałem na włościach zięcia dwa gołębniki, gdzie hoduję stado gołębi. Pobyt na Obłużu wykorzystuję między innymi dla ich karmienia i pojenia. Zająłem się również wyposażeniem piwnic w regały, które własnoręcznie zbijałem z różnych odpadów drewna. Robiłem to w pocie czoła, bo - jak wspominałem już wcześniej - od dziecka nie miałem tzw. zacięcia do majsterkowania. Zabrałem się również za małą architekturę wokół domu, plantując różne nierówności i przemieszczając z miejsca na miejsce dziesiątki taczek ziemi. Posadziłem przydomowy żywopłot, a przed frontem założyłem mały skalniak i ogródek kwiatowy. To ostatnie dzieło wymagało szczególnego wysiłku z powodu niewdzięcznego terenu, jaki pozostał - jak zwykle - po budowie domu. Wykonane prace nie są ani wielkie, ani zbyt ambitne -po prostu na miarę moich sił i możliwości. Dołożyłem jednak w ten sposób małą cegiełkę do dzieła urządzania siedziby dla naszych dzieci i wnuków.

Oleńka i Tomek pracują bardzo intensywnie, aby zapewnić sobie i dzieciom zadawalający poziom życia. Ich małżeństwo przekroczyło już pierwsze dziesięciolecie, a współżycie układa się harmonijnie. Jest naszą wielką radością móc obserwować ich życie i brać w nim udział w granicach wyznaczonych dziadkom przez obyczaj! Pomagamy im w miarę swoich możliwości.

Nasz dorobek materialny. Jak napisałem na początku, prawie pół wieku temu przyjechałem z Barwałdu do Gdyni z walizeczką w ręku, zawierającą - obok skromnej odzieży i osobistych drobiazgów - kupon bielskiego materiału na ubranie. Jako sublokator zamieszkałem w pokoju najmowanym przez Tadeusza Boratyńskiego i rozpocząłem życie na własny rachunek. O przebiegu moich studiów i pracy zawodowej, o perypetiach z nimi związanymi - pisałem szczegółowo wcześniej. W tym miejscu nasuwa mi się refleksja związana z moją plamą na życiorysie, która stanowiła poważne ograniczenie w mojej karierze zawodowej. Dziś widzę, że i to miało swoje dobre strony. Ta świadomość -w ówczesnych warunkach - mniejszej wartości dopingowała mnie do zdobywania coraz wyższych kwalifikacji, rozwijania takich wartości jak fachowość, kompetencja, rzetelność i uczciwość, hamowała przed popadaniem w zarozumialstwo i pychę.

To wszystko określało w jakiejś mierze tempo mojego awansu zawodowego i materialnego. Mój materialny dorobek nie jest imponujący. Wspólnie z żoną zabiegaliśmy przez całe życie, aby zapewnić sobie i naszej rodzinie możliwie zadawalący poziom egzystencji. Żona pracowała zarobkowo tak długo, jak długo starczało jej sił. Kiedy była tylko w domu, swoją mrówczą pracowitością i zapobiegliwością pomnażała wspólny dorobek.

Rodzice Steni byli przed wojną ludźmi zamożnymi, jednak wojna zniszczyła ich. Niemcy zagarnęli pod budowę osiedla dużą połać ich ziemi. Na domiar złego jej ojciec tuż po wojnie, w październiku 1945 roku, nagle zmarł. Z majątku pozostał obszerny dom rodzinny w Rumi i prawie 20-hektarowe gospodarstwo rolne w Glazicy koło Szemuda.

Z tego gospodarstwa prawie 10 hektarów (bez zabudowań) przypadło Steni. Kto pamięta stosunki rolne w PRL dobrze wie, że posiadanie wtedy gruntów rolnych było przykrym obciążeniem, niosło ciężary w postaci wysokich podatków i tzw. obowiązkowych dostaw. W rezultacie do tego kawałka ziemi trzeba było właściwie dopłacać z naszych urzędniczych pensji.

Nic też dziwnego, że szukaliśmy pilnie nabywców, a przynajmniej dzierżawców, którzy ponieśliby ciężary świadczeń na rzecz państwa. Wreszcie znalazł się nabywca, niejaki Leon (nomen omen) Lisius, z którym Stenia zawarła ustną (niestety!) umowę o kupnie całego areału za ówczesne 100 tysięcy złotych, płatne w ratach. I tak się zaczęło ... Lisius przynosił co jakiś czas jakąś kwotę, Stenia wystawiała pokwitowanie, a czas biegł. Kiedy wpłat nazbierało się 70 tysięcy złotych, Lisius nagle rozmyślił się. Oświadczył, że ziemi nie kupi i prosi o zwrot zaliczki. W dodatku okazało się, że za tym człowiekiem stoi ktoś trzeci, jakiś wejherowski lichwiarz, który uzyskał od niego pełnomocnictwo do przejęcia jego praw do pieniędzy i zaskarżył Stenię do sądu. Wierząc w uczciwość ludzi i sądów, broniliśmy s;e naiwnie i słabo. W efekcie gdyński sąd orzekł zwrot całej kwoty łącznie z odsetkami - w sumie prawie 100 tysięcy złotych. Wtedy to była bardzo poważna suma Można sobie wyobrazić, jakich rozmiarów klęska uderzyła w nas nagle i nieoczekiwanie.

Na szczęście różne zbiegi okoliczności sprawiły, że mogliśmy tę kwotę spłacać w ratach, ale poszły na to bieżące zarobki i pożyczki zaciągnięte w kasie zapomogowo-pożyczkowej mojej firmy. Całe nasze życie na okres ponad dwóch lat zostało podporządkowane tej sprawie. Ale znieśliśmy i to.

W 1957 roku Opatrzność natchnęła mnie do wstąpienia do Urzędniczej Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej w Gdyni. Po dwóch latach wyczekiwania (!) mogliśmy we wrześniu 1959 roku wprowadzić się do własnego segmentu w Orłowie przy ul. Świętopełka 31. Uzyskaliśmy dzięki temu komfort, jaki był nam niedostępny w Rumi i byliśmy na swoim. Koszty budowy pokryte zostały pożyczką państwową w kwocie 125 000 złotych, płatną w ratach przez 25 lat. Sporo pieniędzy trzeba było wyłożyć na różne prace wykończeniowe i na wyposażenie. Jednak to co uzyskaliśmy, warte było całego naszego wysiłku.

W 1970 roku kupiliśmy pierwszy samochód. Był nim wartburg.

Pieniądze na niego odłożyła jakimś cudem żona. Stało się to przy walnym udziale syna, który ją do tego po kryjomu przede mną nieustannie dopingował. Później były inne samochody: dacia 1300, łada 1500, ford 1.1 escort, opel ascona, nissan sunny diesel, łada 2107 i znowu wartburg 1.3 z silnikiem czterosuwowym. Zaczynałem od wartburga i chyba na nim skończę.

Chyba nie warto przeciągać tego bilansu, ale chciałbym tu dodać, że tak jak kupno samochodu, kiedyś cieszyło mnie nabycie pierwszego radia pionier, kupionego na talon w nagrodę za pracę społeczną, czy też pierwszej pralki wirnikowej z wyżymaczką, nabytej w 1958 roku - również na talon. Zawsze byłem zadowolony z tego, co było w moim zasięgu. I tak, krok po kroku, pomnażaliśmy ten nasz materialny dorobek. Dziś - kiedy jestem już na emeryturze - mam poczucie, że Bóg darzył nas swoimi łaskami. Naszym pragnieniem jest, aby ten dorobek służył naszym dzieciom i wnukom, pomagając im możliwie szczęśliwie ułożyć sobie życie.

[Słowo wstępne] [Rozdział 1] [Rozdział 2] [Rozdział 3] [Rozdział 4] [Rozdział 5] [Rozdział 6]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.