Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Moje harcerskie i szkolne przygody z lat 1937-1949
Tadeusz Gabor


„Jak szybko mijają chwile jak szybko mija czas”

to fragment piosenki, którą często sobie nucę, spoglądając jednocześnie w kalendarz. Odnoszę wrażenie, że zegar ustawicznie przyspiesza swój bieg, wymazując zapisane przed laty karty mojej pamięci. Dlatego póki jeszcze pamięć dopisuje, pragnę podzielić się swoimi wspomnieniami z okresu mojej przynależności do wadowickiego harcerstwa w latach 1937-1939 i 1945-1949, jak również z czasu niemieckiej okupacji, którego w moim opowiadaniu nie mogę pominąć. Był to okres pełen wrażeń i niebezpiecznych przygód, które na trwale utkwiły w mojej pamięci.

Mam nadzieję, że te wspomnienia będą drobnym uzupełnieniem dotychczasowych opracowań, zarówno w zakresie faktów jak i zapomnianych nazwisk niektórych druhów wadowickiego Hufca ZHP.

Mieszkałem przy ul. 3-go Maja naprzeciwko koszar 12. Pułku Piechoty. Wtedy w tym urbanistycznym zespole mieszkaniowym wraz z oficynami, mieszkała liczna grupa młodzieży uczęszczającej do Szkoły Podstawowej oraz do Gimnazjum. Przed tymi koszarami i pomnikiem odbywały się defilady, które zawsze dzień wcześniej wieczorem, poprzedzane były uroczystym capstrzykiem. Defilowało wojsko, kolejarze, straż pożarna, szkoły, hufce P.W, harcerze oraz zuchy. Szczególnie doniosłe były defilady w dniu 3-go Maja oraz 11 listopada. Pochód przy dźwiękach orkiestry maszerował z rynku w dół ulicy pod koszary 12. Pułku Piechoty.

Byłem szczęśliwy, że mieszkam przy ulicy 3-go Maja, gdyż mogłem z bliska podziwiać maszerujące oddziały. Zostałem zauroczony harcerstwem nie tylko z racji defilad oraz różnych imprez, ale z interesujących opowiadań moich sąsiadów, harcerzy I drużyny gimnazjalnej, mianowicie: Kazimierza Strzeszyńskiego, braci Jerzego i Zygmunta Łabudzińskich.

W szkole podstawowej istniała II drużyna im. Stefana Czarnieckiego, do której wstąpiłem 20.07. 1937 r.

Był to początek mojej wspaniałej przygody harcerskiej w rodzinnym mieście.

Organizowane były wycieczki krajoznawcze, festyny, zabawy i gry zręcznościowe, okolicznościowe ogniska, podchody na Łysej Górze, Gorzeniu i Leskowcu. Uczyliśmy się orientacji w terenie bez kompasu oraz sygnalizacji alfabetem Morse'a. Naszym opiekunem, który cieszył się wśród nas dużym autorytetem był druh Zbigniew Siłkowski.

Jedno z takich nocnych ćwiczeń połączonych z podchodami zaplanowane było na dużą skalę w rejonie Łysej Góry oraz Ponikwi. Drużyna gimnazjalna im. Stanisława Żółkiewskiego miała bronić polany z krzyżem na szczycie Łysej Góry. Drużyna im. Stefana Czarnieckiego ze Szkoły Podstawowej miała zadanie przedostania się pod ten krzyż. Żeńska drużyna gimnazjalna sprawowała opiekę sanitarną nad uczestnikami ćwiczeń.

Gimnazjaliści zajęli stanowiska obronne na szczycie Łysej Góry. Druga drużyna rozczłonkowała się u jej podnóża i na rozkaz każdy na własną już rękę miał rozpocząć zdobywanie polany z krzyżem. Ja z Ludwikiem Madydą ruszyłem stromym zboczem pod górę. Czołgaliśmy się cicho, jak węże w całkowitych ciemnościach między krzewami. Była ciepła i bezchmurna noc. Nagle jakaś niewidoczna gałązka strąciła mi czapkę harcerską. Długo jej szukaliśmy na stromym zboczu. Wreszcie udało mi się j ą odnaleźć kilka metrów niżej. Uszczęśliwiony włożyłem ją ponownie na głowę i zapiąłem pasek pod brodą. Ponownie ruszyliśmy na szczyt. Kiedy wyczołgaliśmy się z gęstego lasu, ujrzeliśmy przed sobą krzyż oraz polanę oświetloną jak w biały dzień, przez księżyc w pełni, który świecił jak reflektor. Słyszeliśmy jak zostają wyłapywani poszczególni druhowie naszej drużyny umownym słowem „stój".

Okazało się, że przez ten gęsty kordon obrońców utworzony wokół krzyża nikt się nie przedostał. Podobno my dotarliśmy najbliżej celu. Zakończenie ćwiczeń odbyło się w Szkole Podstawowej w Ponikwi. Rano nastąpił powrót do miasta i do naszych domów.

Braliśmy udział w defiladach organizowanych z okazji różnych uroczystości. Z dumą nosiłem mundur harcerski. Miałem nadzieję, że zdobędę kiedyś dużo sprawności, których krążki przyszyj ę sobie na rękawie bluzy.

Kończył się 1938 r. Święta Bożego Narodzenia przywitała śnieżna zima. W oknach migotały światełka na choinkach. Kiedy w ten zimowy wieczór składaliśmy sobie życzenia łamiąc się tradycyjnie opłatkiem, nikt nie przypuszczał co nam przyniesie następny rok. Pamiętam, że na gwiazdkę otrzymałem nową „finkę", którą z dumą nosiłem na pasku.

Zgodnie z tradycją 3-go Maja w 1939 r. nasza II drużyna im. Stefana Czarnieckiego wchodząca w skład hufca wraz z zuchami wzięła również udział w tej uroczystej defiladzie. Zastęp zuchów prowadził mój kolega Emil Rzycki. Maszerując ul. 3-go Maja nie przypuszczałem, że te radosne chwile zostaną za kilka miesięcy brutalnie przerwane na długie lata. Nic tego jeszcze nie zapowiadało, ale już na zbiórkach omawiane były przez starszych druhów sposoby zachowań i zabezpieczeń na wypadek wojny. Mieliśmy sobie przygotować z gazy i waty tampony, które miały nas chronić w razie ataku gazowego. Ćwiczyliśmy zwołanie zbiórek na dany rozkaz. Jeden z takich nocnych alertów szczególnie zapisał się w mojej pamięci. Zwołanie zbiórki nie było trudne, gdyż znaczna część naszej drużyny mieszkała przy ul. 3-go Maja, bądź w jej pobliżu. Byli to druhowie: Ludwik Madyda Kazimierz i Władysław Bogunia Janusz Bandura Józef Garbień Władysław Byrski Jerzy Majka Stanisław Targosz Stanisław Skrzyński Jerzy Lipowski Antoni Kęcki Stanisław Putyra Tadeusz Łyczkowski Jerzy Pieszczota Ferdynand i Jacek Kasperkiewicz Stanisław Erb i jego brat Mieczysław, który w czasie ucieczki we wrześniu 1939 r. zginął podczas bombardowania.

Wymieniłem tych, których dobrze pamiętam, ale było nas znacznie więcej. Niektórzy należeli do zuchów jak Emil Rzycki, Jerzy Dworzański, Klauzner, Zdzisław Janik, Marian Madyda, Tadeusz Wicher, Marian Gzela i wielu innych.

O tym rozkazie zgodnie z kolejnością miałem zawiadomić o godz. 24.00 Władysława Byrskiego, który mieszkał przy ul. Tatrzańskiej ~ 400 m. od cmentarza w kierunku Gorzenia.

Dla niespełna 10-letniego chłopaka taka nocna trasa w pobliżu cmentarza nie należała do przyjemnych. Muszę przyznać, że miałem duszę na ramieniu, kiedy ruszyłem spod koszar, nieoświetloną polną drogą w kierunku cmentarza. Odcinek trasy przy cmentarzu postanowiłem pokonać biegiem. Biegłem ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Cisza nocna zakłócona została tylko odgłosem moich stóp, oraz przyspieszonym biciem serca. Choć strach miał „wielkie oczy", swoje zadanie wykonałem zgodnie z otrzymanym rozkazem. Na zwołaną zbiórkę wszyscy stawili się z gotowymi już tamponami.

Wtedy nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które miało wkrótce nadejść.

Kiedy na rynku przed kościołem poświęcane były karabiny maszynowe, ufundowane przez mieszkańców rozpierała mnie patriotyczna duma.

Wierzyłem w hasła „Silni! Zwarci! Gotowi!" itp. głoszone na plakatach, które były rozklejane na budynkach oraz szybach witryn sklepowych. Nadeszły oczekiwane ferie. Upalne lato zapowiadało piękną słoneczną jesień. Nikogo jednak pogoda nie cieszyła. Wszyscy dyskutowali czy dojdzie do wojny. Czuło się ogólne podniecenie i nerwowe wykupywanie towarów, szczególnie żywności. Żyliśmy nadzieją, że do wojny nie dojdzie. Niestety 1.09. 1939 r. zawyły syreny, które rozwiały wszelką naszą nadzieję.

Wybuchła II Wojna Światowa.

Jedni zaklejali paskami papieru szyby w oknach, inni przygotowywali się do ucieczki. Ludzie opuszczali swoje domy. Na ul. 3-go Maja panował duży ruch ludzi i pojazdów. Coraz więcej wojska wycofywało się w kierunku Kalwarii Zebrzydowskiej.

W cały ten nurt uciekinierów włączyłem się wraz z moją rodziną. Byliśmy może 500 m. za Skawą, kiedy nastąpił potężny huk. To saperzy wysadzili most drogowy na Skawie.

Żołnierze starali się zawrócić ten tłum twierdząc, że tarasuje drogę wycofującemu się wojsku. Słyszałem wybuchy bomb, które niemieckie samoloty zrzuciły w rejonie Kleczy Dolnej.

Nasza ucieczka zakończyła się niedaleko w Łękawicy. Po powrocie do domu, w obawie przed rewizją zniszczyłem wszystkie dokumenty oraz pamiątki świadczące o mojej przynależności do harcerstwa.

Wrzesień w 1939 r. był wyjątkowy. Słońce grzało jak w pełni lata. Do miasta przybywało coraz więcej niemieckich oddziałów różnych formacji. Koszary 12 P. Piechoty zajęte zostały przez niewielki oddział żołnierzy, w fioletowych mundurach. Rozlokowali się oni w kilku izbach od strony ul. 3-go Maja.

Dzisiaj po 69 latach nie pamiętam kto wpadł na ten szatański pomysł, aby do tych koszar udać się na „wycieczkę". Razem z Zdzisławem Sitarzem i jeszcze dwoma rówieśnikami pokonaliśmy dwumetrowe ogrodzenie i bramą gospodarczą weszliśmy do środka koszar.

Boso, ostrożnie na palcach, wędrowaliśmy korytarzami po piętrach zaglądając do izb, które niestety świeciły pustkami. Jedynym „skarbem" jaki udało nam się zdobyć była piłka nożna. Był to dla nas prawdziwy skarb, który zastąpił nam podwórkową „szmaciankę". Zapadł już zmrok, kiedy zadowoleni ze zdobyczy postanowiliśmy wrócić tą samą drogą, którą przyszliśmy. Niestety, bramę zastaliśmy już zamkniętą. Mieliśmy drogę powrotu odciętą, ponieważ od frontu przy głównej bramie stał wartownik z pistoletem maszynowym. Pomieszczenia po lewej stronie głównego korytarza zajęte były przez Niemców, prawa strona była zupełnie pusta.

W ciemności na palcach podeszliśmy bliżej bramy i usiedliśmy w pustej izbie pod ścianą. Słyszeliśmy rozmawiających Niemców po drugiej stronie korytarza. Odwagi nam nie brakowało (przecież często ćwiczyliśmy nocne podchody) ale wraz z upływem godzin malała ona coraz bardziej. Niektórym oczy się zaszkliły, gdyż siedzieliśmy pod ścianą kilka godzin. Było już bardzo późno, kiedy nastąpiła zmiana warty. Nowy wartownik zaczął spacerować wolnym krokiem po chodniku przed koszarami. Za każdym razem znikał nam za pomnikiem na kilka sekund. Była to nasza iskierka nadziei na ucieczkę. Pozostali Niemcy chyba już spali, bo ucichły wszelkie głosy.

Kiedy wartownik zniknął na moment za pomnikiem, wyszliśmy cicho przed bramę. Słyszeliśmy miarowy stukot butów. Wiedzieliśmy, że jeszcze kilka kroków i wartownik wykona zwrot. Dlatego w pełnym biegu, niczym rasowi sprinterzy przebiegliśmy ulice i zniknęliśmy w ciemnej bramie. Natychmiast rozproszyliśmy się do swoich mieszkań, w których panował już duży niepokój.

Niewątpliwie nasza ciekawość została wystawiona na ciężką próbę. Jedyną nagrodą tej nierozważnej wycieczki była prawdziwa piłka nożna, marzenie wszystkich chłopców.

Przez wiele lat jeżdżąc do Kalwarii z sentymentem patrzyłem na tę historyczną dla mnie bramę, która przypominała mi młode lata związane z ul. 3-go Maja, oraz pierwsze dni niemieckiej okupacji.

Powoli kończyła się ciepła, kolorowa jesień. Nadchodziła zima, która nie zapowiadała jeszcze koszmarnego okresu prawie 6-letniej hitlerowskiej okupacji. Nastały ciężkie i niebezpieczne czasy, których nie mogę pominąć z uwagi na kilka epizodów, które mogły zadecydować o moim dalszym życiu.

Otóż na Gotowiznie oraz w Śródmieściu mieszkało wielu byłych piłkarzy K.S. „Skawa". To właśnie oni, nie zastanawiając się nad konsekwencjami postanowili zorganizować w 1942 r. mecz piłki nożnej między tymi dzielnicami. W obu drużynach połączono rutynę z młodością. W drużynie Gotowizny wystąpili: Zenon Janik, Stefan i Jan Góra, Idzi i Józef Ćwięk, Józef Skowronek, Marian Żak, Ryszard Maga, Franciszek Piecek. Drużyna Śródmieścia, którą mimo młodego wieku miałem zaszczyt reprezentować, składała się z następujących zawodników: Kazimierz i Bobek Banaś, Stanisław Jach, Kazimierz i Władysław Gronkiewicz, Ludwik Madyda, Andrzej Kasprzycki, Marian i Zygmunt Mania, Ryszard Kanik, Henryk Fiałkowski, Eugeniusz Baran.

Mecz rozgrywany był na boisku przy Sokole, gdzie obecnie istnieje osiedle mieszkaniowe. Nic nie zapowiadało naszych kłopotów. Kończyła się przerwa, gdy nagle ujrzałem jak kilkunastu niemieckich żandarmów oraz celników otacza boisko. Próbowałem uciekać, ale kiedy już byłem na siatce ogrodzenia chyba intuicyjnie obejrzałem się za siebie i wtedy znieruchomiałem, gdyż zobaczyłem jak żandarm sięga po pistolet. Grzecznie wróciłem na boisko, gdzie już stali otoczeni przez żandarmów wszyscy piłkarze. Zaprowadzono nas do Arbeitsamtu. Tam kazano nam zapłacić po 2 marki kary. Następnie w asyście żandarmów poszliśmy na dworzec kolejowy i przez cały dzień musieliśmy rozładowywać wagony z węglem. Był to pierwszy oraz ostatni mecz jaki rozegraliśmy w czasie okupacji.

W tym czasie w mieście „szalał" niemiecki żandarm o nazwisku Bruckner postrach wszystkich Polaków, który po wojnie był poszukiwany listem gończym.

Widziałem jak Niemcy przy ul. Zatorskiej zamurowują ulice tworząc Getto dla miejscowej i okolicznej ludności żydowskiej. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to dla nich „przystanek" w drodze do KL-Auschwitz.

Aby uniknąć „wywózki" na roboty do Niemiec w wieku 14 lat podjąłem pracę w miejscowym kinie „Deli-Lichtspiele". Byłem palaczem w kotłowni, która ogrzewała cały kompleks składający się z kina, restauracji oraz mieszkania na piętrze, w którym mieszkała właścicielka kina. Miałem również obowiązek pomagać w operatorni, przywozić i odwozić filmy, po dokładnym ich sprawdzeniu i przewinięciu na szpule.

Od najmłodszych lat miałem zamiłowanie do rysunku, malarstwa i przyrody, dlatego może przewijaj ąc filmy w operatorni wycinałem z nich często kadry o tematyce wojennej i przyrodniczej. W domu wykonałem sobie rzutnik i wyświetlałem te pojedyncze zdjęcia na ścianie.

Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że moje życie zawisło na włosku.

Operatorem filmowym był w tym czasie Tadeusz Zając, syn Niemca i Polki. Znaliśmy się od najmłodszych lat. Właśnie to on zwrócił mi uwagę, że z Katowic przychodzą alarmujące pisma, iż z wadowickiego kina odsyłane są uszkodzone zupełnie nowe filmy.

Kiedy to usłyszałem krew spłynęła mi do nóg. Szybko pobiegłem do domu i wszystkie ślady mojej „zabawy" w kino zniszczyłem, a filmy spaliłem. Tak szczęśliwie dla mnie zakończyła się moja zabawa w kino, a Tadek Zając chyba uratował mi życie.

W tej pracy przydarzył mi się jeszcze jeden przykry wypadek. Otóż jako młody i niedoświadczony palacz nie dopilnowałem wygaszenia ognia w piecu. Pozostawiłem ogień lekko przysypany popiołem, aby długo utrzymane było ciepło w kotle. W nocy w mieszkaniu Niemki, w kinie i restauracji zaczęły „strzelać" kaloryfery, a w piwnicy z kotła buchała para. Wtedy właścicielka kina wraz z niemieckim kapitanem musieli ratować sytuację aby nie dopuścić do większej awarii.

Miałem ogromne szczęście, że nie rozerwało kotła, bo byłbym na pewno posądzony o sabotaż. Otrzymałem jedynie naganę, ale w operatorni na podłodze leżały potargane wszystkie moje polskie książki z wyjątkiem autorstwa Karola Maya.

Właścicielka kina doszła jednak do wniosku, że nie mogę dalej pracować w kinie, w którym wyświetlane są filmy zabronione dla Polaków. Zostałem więc przeniesiony do miejscowej „Druciarni" i zmuszony wraz z kilkoma rówieśnikami do ciężkiej fizycznej pracy. Pracowałem tam razem ze Stanisławem Dąbrowskim oraz Kazimierzem Górą (późniejszym kolegą z ławy gimnazjalnej) aż do wyzwolenia Wadowic.

Pod koniec 1944 r. byłem wielokrotnie wraz z innymi Polakami wywożony w rejon Barwałdu, gdzie kopaliśmy rowy przeciwczołgowe.

Kilka dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Wadowic, Niemcy kazali nam demontować maszyny i ładować je na wagony kolejowe. Nie zdążyli jednak tych części wywieźć, gdyż cały transport został zatrzymany w rejonie Zatora oraz Spytkowic i ponownie wrócił do fabryki. Zakończyła się praca w „Druciarni". Niemcy opuszczali w popłochu miasto. Coraz głośniejsze odgłosy wybuchów świadczyły o zbliżającym się froncie. Widziałem nadlatuj ące nad miasto rosyjskie myśliwce, które zrzuciły kilka małych bomb w rejonie rynku i kościoła. Zostały one ostrzelane z działek przeciwlotniczych ustawionych na Małym Rynku (dzisiaj Plac T. Kościuszki).

Przypuszczałem, że był to lotny zwiad, dlatego mieszkając przy ul. Spadzistej pobiegłem ul. Tatrzańską w kierunku cmentarza. Uciekałem możliwie jak najdalej od centrum miasta i tych działek, ale tuż przed cmentarzem z przerażeniem zobaczyłem kolumnę wojska wycofującego się od strony Gorzenia. Były to wozy z żołnierzami, kilka aut przeciwpancernych i czołgów. Nawet nie zdążyłem pomyśleć, że wpadłem z deszczu pod rynnę, gdy nagle usłyszałem warkot nadlatujących samolotów. Była to eskadra 9-ciu Iłów rosyjskich. Niemcy uciekali z wozów oraz pojazdów opancerzonych chowając się do murowanych domów, ja w drugą stronę do ogrodu. Zatrzymałem się dopiero pod pochyłym drzewem jabłoni. W tym momencie usłyszałem przejmujący świst spadających bomb. Strach nie pozwolił mi zamknąć oczu. Patrzyłem przerażony jak niedaleko przede mną w kierunku szpitala wyrastaj ą jeden po drugim „ogniste pióropusze" wybuchów. Pęd powietrza szarpnął mną pod tym drzewem, którego się kurczowo trzymałem, dzięki temu spadające wokół kawałki zmarzniętej ziemi nie wyrządziły mi krzywdy. Ponownie dopisało mi szczęście. Gdyby bomby były zrzucane o sekundę wcześniej tych wspomnień na pewno bym już nie pisał.

W czasie tego bombardowania został ranny w rękę kolega Emil Rzycki, który właśnie przebywał na nartach w tym rejonie, na pobliskich pagórkach.

Kiedy toczył się bój o miasto, siedzieliśmy z kilkoma rodzinami w piwnicy domu przy ul. Spadzistej. W nocy z 25 na 26 stycznia do piwnicy weszło 4-ch uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Usiedli na schodach w białych skafandrach i wymówili tylko słowa, które dobrze zapamiętałem: „Bitte Kaffee." Wypili kawę, którą dostali i nad ranem szybko uciekli.

Rano 26 stycznia, kiedy ucichły strzały wyszedłem na ulicę. W powietrzu unosił się zapach spalenizny, ściany budynków były podziurawione od pocisków, a na chodnikach leżało dużo szkła okiennego. Był to bardzo przykry widok. Wszędzie leżało dużo niewypałów oraz porzuconych przez Niemców artyleryjskich pocisków i min. Na środku rynku leżał pęknięty duży pocisk z katiuszy z widoczną żółtą siarką. Dopalał się fragment budynku na rogu Rynku i ul. Mickiewicza trafiony pociskiem z katiuszy. Ten ranek był tragiczny dla kolegi Kazimierza Gronkiewicza przyszłego bramkarza K.S „Skawa". Jego mama ledwo wyszła z bramy budynku, została śmiertelnie ugodzona w głowę odłamkiem, może ostatniego pocisku jaki spadł na Wadowice.

Wadowice wolne


Powoli odradzało się życie w naszym mieście. Po kilku dniach dotarła do mnie smutna wiadomość, że w miejscowości Podolsze niedaleko Oświęcimia poległ bohaterską śmiercią starszy kolega Jerzy Łabudziński chorąży AK, druh I- gimnazjalnej drużyny harcerskiej z 1939 r. Zginął ostrzeliwując wycofujących się Niemców. Jego imieniem nazwana została szkoła w Podolszu.

Mimo, że była jeszcze zima, życie w mieście już nabierało rozpędu. Ludzie wracali do swoich zajętych poprzednio przez okupanta domów. Organizowano naukę w szkołach, ogłaszając jednocześnie nabór do Gimnazjum. Miałem duże wątpliwości czy przystąpić do egzaminu wstępnego. Na szczęście spotkałem księdza dr. E. Zachera, który mnie zapytał, dlaczego nie zapisałem się na egzamin? Odpowiedziałem, że się boję, gdyż przez te lata okupacji jedynym „pokarmem" intelektualnym były dla mnie książki o tematyce przygodowej oraz z Dzikiego Zachodu. Wtedy usłyszałem zbawienne słowa: „powtórz sobie coś nie coś i będzie dobrze". Zdałem i zostałem przyjęty do klasy uczniów opóźnionych.

Otóż w pierwszych dniach po wyzwoleniu na brzegu Choczenki w okolicy jazu leżało dużo porzuconych przez Niemców artyleryjskich pocisków. Aby wyciągnąć pocisk z łuski i wydobyć z niej proch uderzałem pociskiem o drzewa z jednej i drugiej strony. Z tego prochu w niemieckim hełmie robiliśmy sobie fajerwerki. Wprawdzie pociski były zabezpieczone metalowymi kapturkami ale takie silne wstrząsy mogły być nieobliczalne w skutkach. Podobną „zabawę" urządzaliśmy sobie nad Skawą gdzie obok mostu leżały miny oraz pociski do granatników. Koledzy przyglądali się z ukrycia kiedy wykręcałem z nich zapalniki, z których wydobyte spłonki rozbijałem kamieniami. Kiedy po jednym takim „eksperymencie" wybuch spłonki rozciął mi nogę zrozumiałem, że jest to chyba ostrzeżenie. Jeszcze dzisiaj kiedy te fakty wspominam przeszywa mnie lodowate zimno. Zastanawiam się, który to już raz dopisało mi szczęście. Celowo przytaczam te nierozważne działania, aby przestrzec dzisiejszą młodzież przed tak lekkomyślnym postępowaniem.

Pierwsze miesiące nauki odbywały się z konieczności w Szkole Podstawowej przy ul. Sienkiewicza, do której przenosiliśmy pomoce naukowe z budynku dawnego Magistratu (obecnie Urzędu Miasta).

Wraz z rozpoczętą nauką zaczęło się odradzać wadowickie harcerstwo. Do Gimnazjum trafiło dużo młodzieży, która należała przed II wojną do zuchów i harcerstwa. W pierwszych latach po wojnie wadowicki Hufiec wchodzący w skład Chorągwi Krakowskiej należał do dominującej organizacji młodzieżowej w mieście. Był widoczny nie tylko w święta, ale również w każdą niedzielę, kiedy nauka odbywała się już przy ul. Mickiewicza. Wtedy ze sztandarem wyruszaliśmy na szkolną Mszę świętą do Domu Kościelnego (zwanego potocznie Plebanią). Mszę świętą zwykle odprawiał nasz profesor ks. dr. E. Zacher.

Zadaję sobie pytanie dlaczego o tym okresie, szczególnie o latach 1945-1949 tak mało zostało napisane? Sądzę, że w Wadowicach żyje wiele osób z tego okresu, które mogłyby wzbogacić moje wspomnienia.

Osobiście uważam ten okres za najaktywniejszy w działalności Hufca ZHP w Wadowicach, który nie sposób pominąć.

Braliśmy udział w różnych imprezach organizowanych w mieście, takich jak: Biegi Narodowe, zawody narciarskie na Dzwonku, mistrzostwa Wadowic w tenisie stołowym. Dla zdobycia środków na obozy pomagaliśmy w organizacji zabaw w sali „Czytelni". Druhny wykonywały kotyliony oraz inne niespodzianki sylwestrowe, z których dochód przeznaczany był na organizację obozów. Należy przypomnieć nazwiska druhów, którzy w latach 1945-1949 pełnili funkcję opiekunów naszego Hufca ZHP. Nie pamiętam dokładnie kolejności, ale na pewno byli to: harcmistrz J. Magiera, harcmistrz Stanisław Łyczkowski, harcmistrz Stanisław Glanowski. Opiekunem II drużyny był druh Adam Krawiec. Natomiast drużynowym I drużyny był Tadeusz Szefer, który przekazał następnie na początku 1947 r. drużynę Stanisławowi Nowosielskiemu. Istniał bowiem taki niepisany zwyczaj, że kilka miesięcy przed maturą drużynę przekazuje się druhowi z niższej klasy. Ja w tym kilkuletnim okresie pełniłem funkcje zastępowego, chorążego, przybocznego, aby w roku 1948 przejąć od Stanisława Nowosielskiego drużynę, którą następnie przed maturą w 1949 r. przekazałem Tadeuszowi Łyczkowskiemu.

Aby zbytnio nie uprzedzać późniejszych faktów wrócę do roku 1945, gdyż już 6. sierpnia zorganizowana została w Jaszczurowej 7-dniowa kolonia harcerska. Komendantem był Tadeusz Szefer. Obok zajęć praktycznych i zdobywania sprawności oraz krajoznawczych wycieczek, uprawialiśmy różne gry i zawody sportowe.



Największą popularnością cieszyła się piłka nożna, oraz tenis stołowy. Najlepsi grali w szkolnej drużynie piłkarskiej, którą opiekował się prof. Cz. Panczakiewicz, później prof. S. Knapik. Dzięki życzliwości Dyr. J. Królikiewicza mogliśmy podnosić swoje umiejętności piłkarskie. Po roku gry w drużynie szkolnej kilku z nas zasiliło miejscowy klub sportowy „Skawę". Na marginesie pragnę dodać, że jako zawodnik „Skawy" w 1949 r. zostałem razem z Marianem Żakiem powołany do reprezentacji Podokręgu Bielskiego P.N.

Drużyna szkolna przy P.W. rozgrywała mecze z Zatorem w Zębrzycach i w Kętach. W następnym roku wyjechaliśmy na obóz stały do Mszany Dolnej. Ten letni obóz trwał 17 dni. Zakwaterowani byliśmy w Szkole Podstawowej, która była naszą bazą wypadową. Zdobywaliśmy pobliskie górskie szczyty: Luboń Wielki oraz Turbacz o wys. 1310 m., z którego roztaczał się wspaniały widok naszych Tatr. Zwiedziliśmy Mszanę Górną, Kasinkę Małą i Wielką. Podobnie jak w Jaszczurowej obóz prowadził Tadeusz Szefer. Jego zastępcą był Stanisław Nowosielski, ja pełniłem funkcję skarbnika. Druga drużyna w tym czasie była na obozie w Lądku Zdroju.



Niezależnie od różnych dyscyplin sportowych jakie uprawialiśmy latem i zimą, dużą popularnością cieszył się tenis stołowy. Trenowaliśmy w miejscowej Bursie. Braliśmy udział w organizowanych turniejach oraz mistrzostwach Wadowic w tenisie stołowym. Organizatorami tych imprez byli: Stanisław Ilnicki, Stanisław Zembaty oraz F. Czajowski.

Wraz z J. Pieszczotą, M. Gzelą, J. Zemanem, J. Ogiegło należałem do czołowych zawodników tenisa stołowego w mieście. Pod koniec 1946 r. zostaliśmy zaproszeni do Oświęcimia na rozegranie meczu z drużyną Salezjańskiego Gimnazjum. (Nie przypuszczałem, że dokładnie za 10 lat Oświęcim stanie się moim docelowym miejscem pracy i pobytu). Niestety mecz w Oświęcimiu przegraliśmy, ale do Wadowic wróciliśmy wzbogaceni o cenne piłeczki produkcji angielskiej, którymi nas księża obdarowali.

Ta mała celuloidowa piłeczka odegrała później doniosłą rolę w moim życiu. Dzięki niej w ramach meczu Wadowice-Kalwaria Zebrzydowska poznałem moją przyszłą żonę.

Wracając do wątku harcerskiego należy wspomnieć Mszę św. na Placu Kościuszki w 1946 r. Wtedy ministrantem był Emil Rzycki druh I drużyny im. St. Żółkiewskiego. Był on później wójtem w naszej klasie licealnej. Służył również do Mszy św. podczas wszystkich naszych zjazdów rocznika 1949. jakie co 5 lat odbywamy.

Natomiast w lutym 1947 r. odbyły się zawody narciarskie o mistrzostwa hufca harcerskiego w biegu na 6 km w kategorii seniorów. W tym biegu zająłem III miejsce, za Józefem Kłaputem i Stanisławem Nowosielskim. Dyplomy podpisali harcmistrz St. Łyczkowski i K. Strzeszyński.



Po tych mistrzostwach nasza trójka wytypowana została na narciarskie mistrzostwa Chorągwi Krakowskiej do Zakopanego. Brak doświadczenia oraz właściwego sprzętu nie pozwolił na odniesienie przez nas sukcesu w tych mistrzostwach.

O naszych zdolnościach sportowych może świadczyć otrzymany w Zembrzycach dnia 8.07.1947 r. puchar na którym widnieje napis: „Nagroda przechodnia dla najlepszego zespołu sportowego Hufca Harcerzy w Wadowicach."

W czasie letnich wakacji w 1947 r. wyjechaliśmy na Dolny Śląsk do Bystrzycy Górnej pod namioty, które otrzymaliśmy z UNRRA. Dwa 12-osobowe namioty postawiliśmy w zagajniku obok strumyka. Teren obfitował w lasy iglasto-liściaste. Niedaleko było jezioro z zaporą na Bystrzycy, w którym często pływaliśmy.

Był to okres żniw, dlatego z całą drużyną pomagaliśmy miejscowym gospodarzom w układaniu zboża w snopki. Było bardzo gorąco, więc zdjęliśmy wszyscy koszule i tak pracowaliśmy do wieczora. Kiedy poszliśmy się obmyć do pobliskiego strumyka nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasze pokłute zbożem ciała będą piekły jak poparzone pokrzywami. W nagrodę dostaliśmy od rolników bochen ciemnego swojskiego chleba, świeże masło oraz garnek zsiadłego mleka. Zapach i smak tego wspaniałego chleba pamiętam do dnia dzisiejszego.

Na tym obozie mieliśmy również przygodę sportową. Otóż w tym czasie w Świdnicy, oddalonej od obozu niespełna 12 km, istniał K.S. Polonia, którego juniorzy zdobyli właśnie mistrzostwo Polski w piłce nożnej. Udało się nam z tym klubem nawiązać kontakt, gdyż jednym z juniorów tego klubu był chłopak z Wadowic. Sprzęt piłkarski załatwił nam mój kuzyn, który mieszkał w Świdnicy i był zawodnikiem klubu OMTUR.

Byliśmy uradowani gdyż okazało się, że nasze umiejętności nabyte w drużynie gimnazjalnej wystarczyły do pokonania 2:0 świeżo upieczonego mistrza Polski juniorów roku 1947. Mnie udało się strzelić te dwie zwycięskie bramki. Drużyna wystąpiła w składzie: Stanisław Nowosielski - kapitan drużyny Tadeusz Gabor Marian Żak Władysław Byrski Józef Cwięk Andrzej Glamowski Jerzy Pieszczota Tadeusz Łyczkowski Kazimierz Bogunia Marian Gzela Emil Rzycki

Opromienieni zwycięstwem ze śpiewem na ustach wracaliśmy ze Świdnicy do obozu. Zahartowani w marszach pokonaliśmy pieszo 12 km nie czując nawet zmęczenia po rozegranym meczu. W obozie miał na nas czekać ugotowany makaron z masłem i cukrem. Będąc już blisko obozu z przerażeniem ujrzeliśmy płynący strumykiem nasz oczekiwany makaron. Okazało się, że kucharz ugotował makaron w zimnej wodzie. Głodni, posileni jedynie kromką chleba z dżemem, musieliśmy zaraz wyruszyć na poszukiwania biednego kucharza, który zniknął bez śladu. Nadchodził zmrok, byliśmy zaniepokojeni, gdyż w pobliskich domach jeszcze mieszkali Niemcy. Kiedy zapadła noc kucharz zjawił się w obozie. Drużynowy za karę wyznaczył mu gotowanie przez następne dwa dni.

Po 18 dniach obozowania wypoczęci i pełni wrażeń wróciliśmy pociągiem towarowym do Wadowic.

Ferie jeszcze trwały, dlatego postanowiłem wraz z siedmioma druhami wyjechać nad morze do Gdyni. Był to mój pierwszy kontakt z morzem. Przygody wyraźnie mnie nie opuszczały.

Na wysokim brzegu nad morzem ustawiliśmy dwa namioty złożone z trójkątnych wojskowych pałatek. Wieczorem zaczął mżyć drobny deszcz, dlatego namoknięte ściany namiotów zaczęły mocno przeciekać. Leżeliśmy do samego rana dosłownie w wodzie. Moja wiatrówka - dar UNRRA (Administracji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy) koloru ciemnozielonego, „puściła" kolor, niszcząc moją harcerską bluzę. Dlatego aż do powrotu musiałem w tej wiatrówce paradować. Rano jedna z życzliwych mieszkanek Gdyni, widząc jak jesteśmy przemoczeni, poczęstowała nas gorącą kawą, która nas trochę rozgrzała.

Deszcz przestał padać, postanowiliśmy więc wybrać się statkiem na Hel. Z portu wypłynęły dwa statki „Panna" i „Wilk". Na każdym z nich znajdowało się ponad 100 pasażerów. Weszliśmy wszyscy na statek o imieniu „Panna". Wypłynęliśmy pierwsi, za nami, z tyłu, w odległości około 50 m płynął „Wilk". Siedząc na dziobie statku, bawiąc śpiewem wycieczkowiczów, nie zwróciliśmy uwagi na nadawane sygnały dźwiękowe. Były to ostrzeżenia dla szwedzkiego statku, który niewłaściwym kursem zmierzał do portu w Gdyni.

Nasz statek uderzył mocno w prawy bok szwedzkiego statku. Mieliśmy ogromne szczęście, że nie wpadliśmy do wody, tylko jak żaby sunęliśmy na brzuchach po metalowym pokładzie statku. Ledwo się podnieśliśmy nastąpiło drugie uderzenie, ponieważ nasz statek odbił się bokiem od płynącego z tyłu „Wilka". Byliśmy przerażeni, bo nie wiedzieliśmy co się faktycznie stało. Słychać było jedynie płacz dzieci i krzyki dorosłych. Kapitan przez megafon uspakajał wszystkich nawołując o zachowanie spokoju. Widziałem jak szwedzki statek, z rozbitym bokiem płynie do portu. Po chwili wszystko się uspokoiło i nasze statki popłynęły dalej na Hel. Dopiero po wyjściu na ląd zobaczyłem jak pogięty był dziób naszego statku. Wróciliśmy szczęśliwie do Gdyni i za kilka dni odjechaliśmy do Wadowic.

Kończyły się wakacje pełne przygód oraz ciekawych zdarzeń. Rozpoczynał się nowy rok szkolny w Gimnazjum, który jeszcze nie zapowiadał kłopotów w naszym Hufcu Harcerskim.

Z początkiem roku szkolnego odwiedziło Gimnazjum kilku oficerów Wojska Polskiego. Mieli oni za zadanie zachęcać przyszłych absolwentów, aby po maturze zgłaszali się do wojska. Od najmłodszych lat miałem zamiłowanie do lotnictwa. Przed wojną podziwiałem modele latające wykonywane przez studentów na organizowanych zawodach. Często ich naśladowałem, wykonując mniej lub bardziej udane modele. Od 10.12.1947 r. należałem do szkolnego Koła Ligi Lotniczej.

Przed wojną prenumerowane były w domu „Wiarus" i „Morze" - dwutygodniki Wojskowego Instytutu Naukowego, z których kilkanaście egzemplarzy przechowuj ę do dnia dzisiejszego. Byłem pod wrażeniem powieści Juliusza Meisnera o bohaterstwie polskich lotników w bitwie o Anglię. Być może te upodobania skłoniły mnie do napisania już po 4. klasie gimnazjalnej podania o przyjęcie do lotnictwa w Modlińskiej Szkole Orląt w Warszawie.

Ponownie szczęście mi dopisało, gdyż otrzymałem odpowiedź, aby z tym podaniem poczekać do matury. Z propozycji tej już nie skorzystałem, ponieważ w liceum moje zainteresowania uległy radykalnej zmianie. Duża w tym zasługa prof. F. Midlochowej i prof. L. Jacha, którzy rozwinęli moje zamiłowania do rysunku i malarstwa, co niewątpliwie zaowocowało przy egzaminie na architekturę.

Moją drugą pasją był sport, a konkretnie piłka nożna, która miała swoje początki tu w naszym Gimnazjum. Właśnie piłka nożna obok harcerstwa była moją wspaniałą przygodą, dającą dużo satysfakcji i przyjemności przez prawie 15 lat uprawiania sportu wyczynowego. Ale o tej sportowej przygodzie może będzie okazja kiedyś jeszcze napisać.

Dobiegał końca 1947 r. Zajęcia w hufcu odbywały się zgodnie z harmonogramem. Jednak już wyczuwało się w harcerstwie naciski polityczne ze strony lokalnej władzy.

Należeliśmy do pokolenia, które działało w oparciu o przedwojenne wartości zapoczątkowane przez gen. R. Baden Powella. Byliśmy rozśpiewaną drużyną. Śpiew towarzyszył nam przy każdej okazji: na obozach, przy ogniskach oraz innych imprezach. Znaliśmy dużo piosenek harcerskich oraz wojskowych zarówno tych przedwojennych jak i z okresu wojny. Ulubionymi były: „Warszawianka", „Pierwsza Brygada", „Czerwone Maki na Monte Cassino", które niestety nie zostały aprobowane przez ówczesną władzę. Dlatego byliśmy zmuszeni wyłączyć je z repertuaru. Skończyły się również nasze zbiorowe marsze na Msze św. z Gimnazjum do Domu Kościelnego.

W tym czasie byłem przybocznym i często chorążym w drużynie. Na początku 1948 r. dotychczasowy drużynowy Stanisław Nowosielski przekazał mi obowiązek przewodzenia drużyny, z uwagi na konieczność przygotowania się do matury.


Nasza ostatnia defilada.


Zbliżał się dzień 3-go Maja 1948 r. Dzień w którym nie mogło zabraknąć defilujących drużyn harcerskich, zarówno męskich jak i żeńskich. Defilada tym razem odbierana była nie przed koszarami 12 Pułku Piechoty lecz na Rynku.


Z dumą prowadziłem drużynę. Maszerowaliśmy ze śpiewem w dół ul. 3-go Maja. Następnie ulicą Sienkiewicza i z powrotem do Gimnazjum, gdzie nastąpiło rozwiązanie całego pochodu.

W tym czasie organizowano Związek Młodzieży Polskiej. W Gimnazjum powstawały liczne koła ZMP. Nawet K.S OMTUR - „Skawa", którego byłem zawodnikiem piłki nożnej w sierpniu 1948 r. zmienił swoją przynależność przybierając nazwę K.S. ZMP - „Skawa" Wadowice.

Pod koniec 1948 r. zrodził się pomysł, aby przemianować dotychczasowy Związek Harcerstwa Polskiego na Harcerską Służbę Polsce (HSP).

Brak wsparcia dla ZHP oraz rosnące znaczenie ZMP prowadził do systematycznego zaniku zainteresowania harcerstwem w Gimnazjum. Ponad to zgodnie z tradycją na początku 1949 r. przekazałem przed maturą drużynę Tadeuszowi Łyczkowskiemu druhowi z niższej klasy. Podobnie postąpili inni harcerze z klas maturalnych. Z tego tytułu wielu z nas miało kłopoty, gdyż zarzucano nam niechęć do proponowanego przekształcenia ZHP w HSP.

Praktycznie po maturze nastąpił koniec mojej przygody harcerskiej w Wadowicach, chociaż nadal czuję się harcerzem.

Mam nadzieję, że może te zbyt osobiste wspomnienia będą jednak cząstką historii rodzinnych Wadowic z lat młodości mojej oraz moich rówieśników.

Tadeusz Gabor


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.