Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

WŁADYSŁAW PIEKARCZYK zm. 6.08.2012


MOJE WSPOMNIENIA
Z LAT SŁUŻBY W WOJSKU POLSKIM 1949-1990


W maju 1949 r. zdałem maturę w Państwowym Liceum i Gimnazjum im. Marcina WADOWITY w WADOWICACH. Swoje przeżycia z okresu przedmaturalnego opisałem w krótkim opracowaniu ,,Moje wspomnienia z lat nauki w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im. M. Wadowity w WADOWICACH w latach 1945-1949”.

Chciałem być inżynierem. Postanowiłem studiować na Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Mineralnym w KRAKOWIE. W miesiącu wrześniu zdałem pomyślnie egzaminy i zostałem przyjęty na uczelnię. Ale nie było mi dane na niej studiować, a to dlatego, że w 1949 r. byłem rocznikiem poborowym. W tym roku obowiązywały w wojsku przepisy, że zdanie przez poborowego egzaminu na wyższą uczelnię nie zwalnia go od odbycia skróconej jednorocznej służby wojskowej w Szkolnej Kompanii (Baterii) Oficerów Rezerwy. Podobnie szkolono podchorążych rezerwy przed 1939 r.

Nie pomogły żadne tłumaczenia i prośby w WKR WADOWICE. Otrzymałem kartę powołania na dzień 26 września 1949 r., a następnie skierowanie do odbycia jednorocznej służby wojskowej w Szkolnej Baterii Oficerów Rezerwy Artylerii (SBORA) w INOWROCŁAWIU. Miała ona nr 15. Szkolna Bateria Oficerów Rezerwy Artylerii funkcjonowała przy 74 pułku artylerii haubic, który wchodził w skład 13 Brygady Artylerii Ciężkiej.

W skład baterii wchodziły trzy plutony, każdy po 35 żołnierzy. Pierwszy pluton był najwyższy wzrostem natomiast trzeci pluton najniższy. Wynikło to stąd, że przy podziale na plutony ustawiono nas wszystkich według wzrostu. Ja byłem w drugim plutonie. Przy moim wzroście 175 cm. należałem do najwyższych w plutonie. Natomiast mój przyjaciel z WADOWIC z Gimnazjum i Liceum Adam NOWAK był w trzecim plutonie. Nasza przyjaźń trwa do dziś.
Dowódcą baterii był por. MUSIAŁKIEWICZ – od 22.07.1950 r. kapitan;
Dowódcą pierwszego plutonu por. ŚWIĄTKIEWICZ – później ppor. CZYŻ;
Dowódcą drugiego plutonu por. CZERKAWSKI;
Dowódcą trzeciego plutonu por. LITWIN – później ppor. JARCZEWSKI;
Zastępcą dowódcy ds. politycznych kpt. BERLIK;
Szefem baterii był ogniomistrz PAWŁOWICZ;
Ponadto w baterii było jeszcze dwóch podoficerów zawodowych (plutonowi) oraz pięciu podoficerów (kaprale) służby zasadniczej.

Był to dla mnie zwłaszcza w pierwszych miesiącach bardzo trudny okres w moim życiu. Zostałem ,,oderwany” od rodziny, znajomych i ,,wtłoczony” w zupełnie mi obce i specyficzne środowisko. Służba w SBORA była trudna. Ogrom nauki przy surowej dyscyplinie wojskowej i rygorystycznie przestrzeganym porządkiem dnia od godziny 6.00 do 22.00.

Program szkolenia w SBORA obejmował 18 przedmiotów. Najwięcej czasu przeznaczone było na przedmioty najważniejsze takie jak: instrukcja strzelania, topografia, działoczyny, znajomość sprzętu. Gros przedmiotów prowadził dowódca plutonu pan porucznik Henryk CZERKAWSKI – oficer inteligentny, posiadający dużą wiedzę fachową, wymagający, ale sprawiedliwy i rozsądny dowódca. Szanowaliśmy swojego dowódcę. Przedmioty takie jak łączność, trakcja motorowa, kwatermistrzostwo prowadzili oficerowie z 74 pah lub z brygady artylerii.

W plutonach było prowadzone współzawodnictwo. Co miesiąc wykonywane były i omawiane zestawienia ocen otrzymywanych przez podchorążych. Starano się zachęcić nas do intensywnej nauki. Przypominano nam, że możemy być przeniesieni do dwuletniej służby wojskowej, a wtedy stracimy wszystkie przywileje w tym i urlopy dziekańskie.

Szkolenie odbywało się zasadniczo do południa i w dwóch godzinach po obiedzie. Potem było czyszczenie broni, praca świetlicowa i inne przedsięwzięcia.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych w wojsku były jeszcze stosowane elementy tak zwanej ,,pruskiej dyscypliny”. W SBORA stosowali je podoficerowie służby zasadniczej – nasi bezpośredni przełożeni. Polegało to na:

  • organizowaniu różnych uciążliwych prac porządkowych zbiorowych i indywidualnych;
  • wykonywanie różnego rodzaju zbiórek często po godzinie 22.00;
  • wyszukiwanie nie istniejących usterek np. przy czyszczeniu broni, układaniu ,,kostek” z umundurowania przed snem na taboretach, ustawianiu w rzędzie butów na korytarzu itp.;
  • stosowaniu różnych nieregulaminowych kar dyscyplinarnych.

Wyżywienie było dobre, bo SBORA miała wyżywieniowy dodatek specjalny. Ale zjedzenie posiłku pomimo określonego czasu w porządku dnia zależało (zwłaszcza w początkowym okresie szkolenia) od podoficera dyżurnego (służby zasadniczej), który przyprowadził pluton (nas) na stołówkę i jego humoru. Często według podoficera niejednocześnie usiedliśmy przy stołach, nierówno odpowiedzieliśmy ,,smacznego” i powtarzał te czynności kilkanaście razy kosztem czasu przeznaczonego na posiłek. W rezultacie pomimo wielkiego pośpiechu nie zawsze zdążyliśmy zjeść posiłek w całości.

Zakwaterowanie SBORA początkowo złe, bo budynek był bez sanitariatów, które były na zewnątrz, bardzo się poprawiło gdy przeniesiono nas do innego wyremontowanego bloku. Ale ogrzewanie w nim było piecowe. Palenie w piecach gdy było się dyżurnym też było kłopotliwe i stwarzało wiele problemów.

Ze wszystkich uciążliwości dnia codziennego w SBORA mnie najbardziej dokuczało ,,zimno”. Mocno je odczuwałem przy minusowych temperaturach, ubrany tylko w bieliznę osobistą, mundur i nie nowy już płaszcz wojskowy. Nic innego nie można było nosić. Sweter to było marzenie nie do zrealizowania.

Przysięgę wojskową mieliśmy 4 grudnia 1949 r. w dzień św. Barbary patronki nie tylko górników ale i artylerzystów. Pod wezwaniem św. Barbary był też w INOWROCŁAWIU kościół garnizonowy, do którego chodziliśmy w szyku zwartym ze śpiewem w niedziele i Święta. Krótkie modlitwy odmawialiśmy codziennie po apelu porannym i wieczornym. Rano śpiewaliśmy ,,Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem ,,Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Modlili się oczywiście chętni do modlitwy, a tych była zdecydowana większość.

Po zdaniu egzaminów z umiejętności praktycznych oraz teorii z dwóch pierwszych miesięcy nauki i złożeniu przysięgi wojskowej przysługiwał nam tytuł podchorążego. Na mundurze wyjściowym nosiliśmy – na kołnierzu metalowe oznaki, na naramiennikach biało-czerwony oplot, a na rękawach białą naszywkę (pasek) z czerwonym wężykiem pośrodku. W dniu przysięgi byłem po raz pierwszy na przepustce poza koszarami. Mimo, że nie byłem ,,złym” podchorążym to na przepustce byłem może 6-8 razy. Natomiast na urlopie ani jednego dnia. W SBORA urlopów nie udzielano.

Poza koszary kilka razy wychodziłem w składzie chóru jaki mieliśmy w baterii, do którego należałem. Jego organizatorem i dyrygentem był kol. GÓRALSKI. Mieliśmy kilka występów w mieście.

Na początku maja w 1950 r. wyjechaliśmy na toruński poligon artyleryjski w rejon SUCHATÓWKI. Zostaliśmy zakwaterowani w namiotach. Warunki bytowe były trudniejsze, a szkolenie bardziej intensywne. Odbyliśmy planowe strzelania artyleryjskie i praktyki w jednostkach wojskowych.

I tak przyszedł miesiąc sierpień, a wraz z nim zaczęły napływać złe wiadomości, że niektórzy z nas zostaną zatrzymani do pełnienia zawodowej służby wojskowej. Potrzeba taka wynikała z komplikującej się sytuacji międzynarodowej. Jednocześnie zbliżały się końcowe egzaminy w SBORA. Byłem w rozterce. Co robić?. Zatrzymają najlepszych – co nie w pełni się potwierdziło. A z drugiej strony nie chciałem zawieźć dowódcę plutonu i ,,łapać” same trójki. Ostatecznie z dużymi wewnętrznymi oporami zdałem końcowe egzaminy uzyskując 9 lokatę na 100 podchorążych. Zostaliśmy też wszyscy przebadani przez komisję lekarską w Okręgowym Szpitalu Wojskowym w TORUNIU. Na komisji muszę się przyznać, że symulowałem. Nie paliłem w ogóle papierosów. Po wypaleniu trzech przed badaniem lekarskim, serce ,,waliło” mi tak mocno, że sami lekarze się dziwili, że wytrzymałem ten rok w SBORA. Otrzymałem odpowiednie ,,paragrafy” ale to nie zmieniło mojej sytuacji.

W związku z zaostrzającą się sytuacją międzynarodową i planowaną rozbudową armii, 15 kwietnia 1950 r. Sejm PRL przyjął uchwałę, że Rada Państwa na wniosek Ministra Obrony Narodowej może powołać oficera rezerwy do służby zawodowej. I tak się stało ze mną i około 60 kolegami z baterii. Nigdy nie chciałem służyć zawodowo w wojsku. Mówiłem o tym przełożonym przy każdej okazji. Miałem urlop dziekański i chciałem studiować na Akademii Górniczo-Hutniczej w KRAKOWIE.

10 września 1950 r. odbyła się promocja w naszej SBORA. Zostałem najpierw mianowany oficerem – chorążym rezerwy, a następnie jako chorąży rezerwy dekretem Rady Państwa powołany do pełnienia zawodowej służby wojskowej. Nie pomogły żadne protesty ani ,,paragrafy”. Zostałem umundurowany, otrzymałem należne nowo promowanemu oficerowi wyposażenie i skierowanie po miesięcznym urlopie wypoczynkowym do dalszej służby w Śląskim Okręgu Wojskowym. Moja rodzina tak jak i ja nie mogła się z tym pogodzić. Wszystkie moje plany życiowe legły w gruzach.

Po urlopie zameldowałem się w sztabie Śląskiego Okręgu Wojskowego we WROCŁAWIU. Otrzymałem skierowanie do dalszej służby wojskowej w 17 pułku piechoty w MIĘDZYRZECZU WIELKOPOLSKIM. Pułk posiadał bogate tradycje bojowe. W 1945 r. brał udział w krwawych walkach pod BUDZISZYNEM w składzie 5 Dywizji Piechoty 2 Armii WP. Objąłem stanowisko dowódcy plutonu w baterii dział przeciwpancernych 76 m/m. Nadal starałem się o zwolnienie z wojska, ale bezskutecznie. Starania Ojca też nie dały żadnego rezultatu.

Zawodowa służba wojskowa w latach 50-tych była trudna i uciążliwa. Zgodnie z ówczesnym rozkładem dnia w pułku pracowało się od 7.30 do godziny 18.30 z półtora godzinną przerwą na obiad. Praktycznie cały dzień. Dużo czasu zajmowało kadrze pisanie konspektów do prowadzonych zajęć. A konspekty były obowiązkowe. Ja często wychodziłem z koszar przed godziną 22.00. Płace w wojsku w tym czasie były niskie. Ja ,,zarabiałem” mniej niż mój kolega pracujący w szkole podstawowej jako nauczyciel. A o porównaniu naszych prac co do warunków i odpowiedzialności trudno było mówić.

W pamięci utkwił mi mój pierwszy wyjazd z plutonem na zimowy poligon do m. WENDRZYN (koło Sulęcina). Co prawda szef artylerii pułku o tym wyjeździe coś tak tajemniczo mówił, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak. Wyjazd nastąpił na początku lutego 1951 r. W wyznaczonym dla nas miejscu na poligonie znaleźliśmy stertę różnego rodzaju drewna – żerdzi i desek. Wkrótce przybył nasz przełożony i wyjaśnił nam, że jest to materiał na ziemiankę, w której mieszkać będziemy podczas naszego pobytu na poligonie. Mamy ją zbudować jak najszybciej, bo do czasu jej wykonania będziemy biwakować tu gdzie jesteśmy – ogrzewając się przy ognisku. Wyżywienie będzie nam dostarczane z kuchni polowej. Po ogólnej naradzie w plutonie i przemyśleniu sprawy zabraliśmy się z całą energią do pracy. Pierwszą noc przebiwakowaliśmy przy ognisku. Praca trwała nieprzerwanie na zmiany i następną noc spaliśmy już w ziemiance. Ziemianka ogrzewana była żelaznym piecykiem tzw. ,,kozą” a oświetlana lampami naftowymi. Broń i całe nasze mienie mieliśmy ze sobą w ziemiance w prowizorycznych stojakach. Spaliśmy jeden obok drugiego – ja na czele plutonu. Toaletę poranną i wieczorną wykonywaliśmy korzystając ze strumyka, który płynął w pobliżu. Wygód nie było, bo ciasno, duszno, ciemno i wilgotne ściany ziemianki. Po wykonaniu strzelań artyleryjskich i zaplanowanych przedsięwzięć wróciliśmy do garnizonu. Teraz warunki bytowe w koszarach wydawały nam się prawdziwym luksusem. Po raz drugi na tym poligonie znalazłem się na początku maja. Był to poligon ,,letni”, który trwał do połowy września. Ale warunki bytowe były już znacznie lepsze. Żołnierze kwaterowali w przystosowanych budynkach gospodarczych, a kadra w budynku koszarowym po kilku w pokojach. Pobyt na poligonie to ciężka harówka. Intensywne szkolenie, strzelania, ćwiczenia z wojskami, alarmy, sprawdziany. Praca od świtu do nocy, często również w niedzielę. Życie osobiste kadry ograniczone jest maksymalnie.

Po powrocie z poligonu we wrześniu 1951 r. zostałem wyznaczony na dowódcę baterii. Nie chciałem objąć tego stanowiska. Znacznie więcej obowiązków, większa odpowiedzialność, a rekompensata finansowa była wtedy bardzo mała. Skończyło się reprymendą szefa sztabu pułku i rozkazie natychmiastowego przyjęcia obowiązków. I tak zostałem dowódcą baterii dział przeciwpancernych 76 m/m . Przez następne dwa lata z baterią przeżyłem wiele trudnych chwil i sytuacji, ale także miłych, radosnych. Odniosę się tylko do niektórych.

W czasie pierwszych zajęć z nowo wcielonymi żołnierzami–jesień 1951 r. stwierdziłem, że 4 z nich nie pisze – nie robi notatek. Zapytałem o powód – milczeli opuściwszy głowy. Po zajęciach poprosiłem ich kolejno do kancelarii. Odpowiedzieli, że dawno nie pisali i mylą się im litery – Byłem zaskoczony – zapomnieli pisać!. Postanowiłem, że ich nauczę. Wyznaczyłem żołnierza starszego rocznika, który najbardziej nadawał się na nauczyciela i zamiast na pracę świetlicową szli na naukę pisania. Mieli na to dwa miesiące czasu. Gdzieś po miesiącu, gdy byłem wieczorem w kancelarii zapukał i wszedł jeden z tych żołnierzy. Zapytany o powód – zameldował, że już nauczył się pisać i jako dowód miał ze sobą napisany list. Prosił abym go przeczytał. Tłumaczyłem mu, że korespondencja to jest jego sprawa osobista. List był krótki pisany do matki. Widziałem jak z tego powodu duma rozpiera mu piersi. Ja również byłem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Podziękowałem mu i udzieliłem pochwały. Na następny dzień po apelu porannym zwróciłem się do pozostałych, aby postąpili tak jak ich kolega. Polecenie wykonali. Widziałem ich zadowolenie ale ja też miałem satysfakcję – umieli pisać!.

Na zimowym poligonie w lutym 1952 r. już nie spaliśmy w ziemiankach, ale w budynkach koszarowych. Natomiast podczas letniego poligonu mieszkaliśmy w namiotach. Wiąże się to z wieloma niedogodnościami. Wszędzie wciska się piasek. Przy słonecznej pogodzie w namiotach jest duszno, natomiast przy dłuższych opadach mokro i wilgotno. Najgorsze jest to, że nie ma gdzie i jak wysuszyć zmoczonych przez deszcz mundurów. Od tamtej pory nie lubię żadnych biwaków.

Rok 1952 był dla mnie bardzo pomyślny. Wszystko układało mi się bardzo dobrze. W czasie kontroli, sprawdzianów uzyskiwałem osobiście jak i bateria dobre i bardzo dobre wyniki. Ale największym sukcesem było zdobycie pierwszego miejsca w czasie inspekcji pułku. Osiągnąłem najlepszy wynik spośród ponad dwudziestu pododdziałów (kompanii) pułku. Przesądziło o tym strzelanie artyleryjskie baterii do czołgów (makiet) wykonane na celująco. Ten wynik baterii miał wpływ na średnią pułku z inspekcji. Pułk zdobył pierwsze miejsce w dywizji i wysokie w korpusie armijnym. Bateria otrzymała piękny puchar (przechodni), została wyznaczona na kompanię honorową pułku, a ponadto cały stan osobowy baterii łącznie ze mną otrzymał 10-dniowy urlop. Ale najważniejsze, że jako przodujący dowódca pododdziału stałem się kandydatem na studia w przyszłym roku. Moje i baterii zdjęcia można było zobaczyć nie tylko na terenie koszar ale i w klubie garnizonowym.

Pułkiem od lutego 1951 r. do stycznia 1953 r. dowodził młody 30-letni frontowy oficer major Kazimierz MAKAREWICZ. Dowódca surowy, wymagający, nieprzystępny i wyznający zasadę, że kara jest dobrym środkiem wychowawczym. Nie krzyczał, nie denerwował się, ale karał. Każde nawet najmniejsze uchybienie w naszej codziennej działalności było napiętnowane i karane. Kary były rożne. Od nagany do aresztu zwykłego włącznie. Pozwalały na to nowowprowadzone jesienią 1951 r. regulaminy wzorowane na regulaminach radzieckich. Byli tacy oficerowie i podoficerowie zawodowi, którzy tego aresztu zwykłego ,,nazbierali” ponad 30 dni. A nie byli to żadni ,,nieudacznicy”. Dowódca był szczególnie wyczulony na punktualność i terminowość wykonania zadania, rozkazu. Tu nie było żadnego tłumaczenia. Nie liczyły się żadne obiektywne przyczyny, nieprzewidziane przypadki. Zawsze kończyło się tak samo – karą. Unikaliśmy spotkania z dowódcą, bo zawsze to było niebezpieczne.

Dowódca miał zwyczaj stosowania zbiorowej odpowiedzialności. Jeżeli na przykład stwierdził jakieś według niego poważne niedociągnięcie w pierwszym batalionie, to często zarządzał, że cała kadra pułku od wyznaczonego dnia przychodzi do pracy o 6.00, a opuszcza koszary o 22.00. Trzeba bowiem usunąć to niedociągnięcie, które na pewno jest i w innych pododdziałach. Mogło to trwać kilka dni, tydzień i dłużej. Zdarzały się też przedłużenia ćwiczeń z wojskami w terenie. Pamiętam, że jedno z ćwiczeń miało się zakończyć w sobotę popołudniu, a my wróciliśmy do koszar w niedzielę wieczorem. Miał też dowódca pułku wiele oryginalnych pomysłów. Do takich należał pomysł dokształcenia i umuzykalnienia kadry. Kapelmistrz pułku pan por. Wilk otrzymał polecenie przygotowania kilku koncertów pułkowej orkiestry. Do każdego koncertu był odpowiedni komentarz por. Wilka. Wysłuchiwaliśmy tych koncertów w klubie garnizonowym w kolejne niedziele od 10.00 do 12.00. Po takim koncercie to człowiekowi huczało w głowie przez kolejne dwie godziny. Co piątek w klubie garnizonowym od godziny 20.00 do 22.00 odbywała się obowiązkowa ,,praca kulturalna” dla kadry. Trudne mieliśmy życie w tym okresie w pułku. Nigdy nie można było przewidzieć co może się zdarzyć. Alarm, kontrola ze sztabu, zbiórka czy odprawa. Ogólnie w koszarach panował niesamowity ,,dryt”, a w mieście (garnizonie) surowa dyscyplina z różnymi wymogami w stosunku do kadry. Wszystko to zmieniło się gdy dowódcą pułku na wiosnę w 1953 r. został major STAWSKI. Oficer elegancki, bardzo przystępny, rozważny i mądry dowódca.

Na początku 1953 r. personalny pułku powiadomił mnie, że jestem kandydatem na studia w jednej z akademii wojskowej. Sugerował Akademię Sztabu Generalnego. Zostałem skierowany na komisję lekarską do wojskowego szpitala we Wrocławiu, a następnie na rozmowę kwalifikacyjną – komisyjną do sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego. Wszystko ułożyło się pomyślnie. Zostałem zakwalifikowany na studia w Wojskowej Akademii Technicznej. W związku z tym zacząłem przygotowywać dowódcę plutonu pana chorążego Stanisława NAWROTA do przejęcia po mnie obowiązków.

W drugiej połowie lipca 1953 r. zostałem skierowany na kurs przygotowawczy do studiów w Wojskowej Akademii Technicznej. Po przybyciu na miejsce niespodziewanie powstał poważny problem. Przyjmujący kandydatów na kurs oficer po zapoznaniu się z moimi dokumentami stwierdził, że nie mogę być przyjęty, ponieważ WAT w 1953 r. nie przyjmuje oficerów artylerzystów na studia. Będzie to możliwe w roku przyszłym. Dlatego muszę wrócić do jednostki i starać się o przyjęcie w 1954 r. ,,Zmroziło” mnie. Tyle pracy, wysiłku i to wszystko na marne?. Odpowiedziałem stanowczo, że do jednostki nie wrócę. Nie wiem co będzie w roku przyszłym, a ja chcę studiować. Spór rozstrzygnął przewodniczący komisji p. mjr Peters. Wysłuchał nas spokojnie przyznał rację swojemu oficerowi, ale zastanawiając się powiedział, że jest taka szansa abym pozostał na kursie. Mianowicie, Komendant Fakultetu Wojsk Inżynieryjnych zgodził się przyjmować na kurs przygotowawczy oficerów z innych rodzajów wojsk pod warunkiem, że jeżeli zdadzą egzamin wstępny to będą studiować na Fakultecie Wojsk Inżynieryjnych. Zostaną też zaliczeni do korpusu wojsk inżynieryjnych. Wyraziłem na to zgodę i znalazłem się wśród saperów kandydatów na studia. Egzaminy wstępne zdałem pomyślnie i od 1 października 1953 r. rozpocząłem studia na Fakultecie Wojsk Inżynieryjnych na kierunku technicznym.

Ale przedtem gdzieś około 20 września wróciłem do pułku. Przekazałem baterię chor. Stanisławowi NAWROTOWI, rozliczyłem się, otrzymałem nagrodę i zostałem pożegnany przez przełożonych. Przez kilka dni żegnałem się z kolegami i znajomymi. Najdłużej z moim współlokatorem i serdecznym kolegą porucznikiem Antonim ORGANIŚCIAKIEM – pancerniakiem pochodzącym z OSTRZESZOWA. Żal mi było opuszczać ,,moją” baterię, pułk, kolegów i miasto. Tyle tu przeżyłem. We wspomnieniach z mojej służby wojskowej często wracałem i jeszcze dziś wracam do tamtych lat w 17 pułku.

Studia w Wojskowej Akademii Technicznej według mnie były trudne. Trzeba było opanować zarówno wiedzę techniczną (jak na cywilnych uczelniach) oraz określoną wiedzę wojskową. Szkolenie – kształcenie słuchaczy oparte było na obowiązującym w wojsku systemie. Dzień zaczynał się pobudką o godzinie 6.00 i codzienną 20 minutową gimnastyką za wyjątkiem niedziel i świąt. Następnie toaleta poranna i wyjście na śniadanie do stołówki. O godzinie 7.45 przed budynkiem fakultetu był apel poranny, na którym sprawdzana była obecność słuchaczy. Później było 6 godzin zajęć, a po nich obiad. Od godziny 16.00 do 19.00 na fakultecie obowiązkowa nauka własna. Po 19.00 kolacja i dalszy ciąg nauki, ale już w internacie gdzie mieszkaliśmy, przeważnie po 3 osoby w pokoju (oficerowie i podoficerowie zawodowi). Na pierwszym roku mieszkałem z kolegami: por. Lechem KOWALSKIM i por. Henrykiem JERUSELEM moim serdecznym przyjacielem.

Słuchacze szeregowi i podoficerowie służby zasadniczej mieszkali w oddzielnych blokach i poruszali się (przemarsze) w szyku zwartym. Obowiązywały uciążliwe ustalenia, że w internacie mundur mogłem zdjąć dopiero po 22.00. To samo dotyczyło położenia się na łóżku.

Na pierwszym roku studiów przykładaliśmy się do nauki szczególnie. Chodziliśmy spać przeważnie po 24.00. Za moich czasów w WAT nie powtarzało się roku. Kto nie zdał egzaminów był skreślany z listy słuchaczy i kierowany do dalszej służby w jednostce wojskowej.

Do kina, teatru, na potańcówki do Klubu Oficerskiego lub na wolnym powietrzu (MDM, Mariensztat) chodziliśmy przeważnie w niedziele i święta. Czasami tylko w sobotę. W dni powszednie nie było na to czasu.

Rok akademicki zaczynał się 1 października. Sesja zimowa była w lutym zaś letnia w lipcu. W sierpniu mieliśmy praktyki (w zakładach pracy, jednostkach wojskowych), a we wrześniu miesięczny urlop. Po sesji zimowej był zazwyczaj tydzień urlopu, ale tylko dla tych którzy zdali wszystkie egzaminy. Jeżeli komuś na egzaminach ,,powinęła się noga” – to urlopu nie było. Był to czas na przygotowanie się do egzaminu poprawkowego.

W październiku 1953 r. nasza grupa techniczna liczyła 25 osób, w tym 9 oficerów (ja miałem stopień porucznika), 1 podoficer zawodowy i 15 słuchaczy tj. kolegów, którzy po maturze zgłosili się na studia w WAT i zostali na nie przyjęci. Zostałem wyznaczony na starszego grupy. Nie było to szczególne wyróżnienie, bo funkcja ta wiązała się z pewnymi obowiązkami. Odpowiadałem za dyscyplinę w grupie, za obecność jej członków na zajęciach – wykładach, nauce własnej, egzaminach itp. Przekazywałem grupie polecenia Kierownika Kursu Technicznego pana mjr. Ryszarda SAWICKIEGO. Po pierwszym roku dołożono mi jeszcze jedna funkcję – starszego kursu technicznego (wszystkich grup technicznych). W tym przypadku najwięcej kłopotów miałem z obecnością wszystkich słuchaczy na gimnastyce porannej, zwłaszcza zimą.

Wykładali nam przedwojenni profesorowie tacy jak prof. Witold POGORZELSKI – matematyk, autor książek z tej dziedziny. Prof. WALIGÓRSKI wykładający geometrię wykreślną. Powojenni profesorowie jak prof. Stefan ZIEMBA i wielu przyszłych profesorów panowie: ŻAKOWSKI, CISZEWSKI, KALISKI i inni. Wielu wykładowców prowadziło wykłady w Wojskowej Akademii Technicznej i na Politechnice Warszawskiej jak np. pan dr Tadeusz WRÓBEL – matematyk. Szczególnie charakterystyczną postacią był pan prof. Stefan ZIEMBA. Wykładał nam Mechanikę Teoretyczną. Pan wówczas około lat 40-stu, średniego wzrostu o charakterystycznym ostrym głosie. Ubierał się raczej skromnie, a teczkę też już nie nową nosił przez ramię na grubym sznurze. Posiadał dwa samochody osobowe, co jak na lata pięćdziesiąte było ewenementem, ale przyjeżdżał często do WAT na rowerze z charakterystycznym dzwonkiem napędzanym przez przednie koło. Krążyły o nim legendy. Przed WAT-em wykładał na Akademii Górniczo-Hutniczej w KRAKOWIE. Miał bardzo bogatą wiedzę, ale korzystaliśmy przede wszystkim ze skryptów przez niego opracowanych. Co najgorsze w czasie wykładu pytał – zadawał pytania. Nie wiadomo było na czym się skupić. Stawiał przy tym oryginalne oceny. Odpowiedź dobra - ,,przytomny” i kreska pionowa. Odpowiedź zła - ,,nieprzytomny” i kreska pozioma. Pamiętam taki przypadek, że jeden z kolegów podczas wykładu oparł głowę na rękach i zamyślił się. Dostrzegł to profesor i natychmiast wywołał go do odpowiedzi. A kiedy otrzymał odpowiedź poprawną, rozradowany powiedział ,,Śpi ale przytomnie – takich to lubię!”. Opowiadał mnie kolega ze starszego rocznika, że w wyznaczonym dniu i godzinie miał się zgłosić do profesora, aby poprawić nie zdany egzamin. Gdy zjawił się przed budynkiem katedry profesor zabierał się akurat do pompowania koła w samochodzie. Gdy go zobaczył powiedział: ,,pompujcie”. Kiedy koło zostało napompowane zaprosił do środka samochodu mówiąc: ,,po drodze was przeegzaminuję”. Padały pytania, ale z odpowiedzi profesor nie był zadowolony. W końcu zatrzymał samochód w połowie ulicy Lazurowej, która wtedy nie była zabudowana, a dookoła były tylko pola uprawne i powiedział ,,wysiadajcie”. ,,Za pompowanie dziękuję – ocena z egzaminu niedostateczna – przyjdźcie jeszcze raz za tydzień”.

Bardzo trudno było zdać egzamin u p. prof. ZIEMBY. Trzeba było znać dobrze materiał i bardzo uważać co się mówi oraz reagować na zachowanie profesora. Wiele oczywiście zależało od humoru profesora i studenckiego szczęścia.

Przeciwieństwem p. prof. ZIEMBY był p. prof. Witold POGORZELSKI – profesor Politechniki Warszawskiej. Starszy elegancki pan. Wykładał bardzo dobrze i egzaminował zawsze z korzyścią dla studenta. Na egzaminie trzeba było ,,palnąć” jakąś bzdurę, aby go wyprowadzić z równowagi. Ale i to nie przesądzało o wyniku egzaminu. Pamiętam, że podczas jednego z wykładów profesor na tablicy wyprowadzał bardzo ciekawy wywód. Ale końcowy wynik był inny od przewidywanego. Podczas gdy profesor się zastanawiał dlaczego tak się stało, jeden z najbliżej siedzący słuchacz powiedział: ,,nie został zmieniony znak w trzeciej pozycji”. Profesor podziękował, ale czuł się tym jak gdyby dotknięty i powiedział do nas. Taki piękny wywód – a tu w tym przypadku to jest tak jak w muzeum. Nie każdy zwiedzający potrafi docenić piękno obrazu, przed którym stoi, ale zadrapanie, dziurę w jego rogu każdy zauważy. W ,,lot” pojęliśmy intencje pana profesora.

Jeszcze innym od panów profesorów był pan doktor Jan CISZEWSKI. Pan w średnim wieku, elegancki i bardzo miły. Wykładał nam – Metaloznawstwo. Wykładał wspaniale, ale był też bardzo wymagającym egzaminatorem. Miał bardzo dużą wiedzę i wspaniałą pamięć czym nam bardzo imponował. Na pierwszym wykładzie szczegółowo omówił program i przedstawił swoje wymogi. Szczególnie podkreślał, że jest wrogiem ,,ściągania”. Ten kogo on na nim nakryje niech liczy się z najgorszymi konsekwencjami. Traktował nas zawsze przyjaźnie, koleżeńsko dlatego u nas takiego przypadku nie było. Poprosił o dziennik lekcyjny i czytając nazwiska zapoznawał się z nami. Na początku drugiej lekcji zrobił to jeszcze raz, a na jej koniec powiedział: ,,To ja już panów znam” i bezbłędnie wyrecytował 18 nazwisk. Byliśmy zaskoczeni.

Pamiętam takie zdarzenie z p. dr Ciszewskim. Był końcowy egzamin z przedmiotu. Profesor uważał, że ocenę bardzo dobrą z metaloznawstwa mogą mieć najwyżej 2 osoby. Większość dobrze i kilka ocen dostatecznych.. Tak się złożyło, że na egzamin wszedłem razem z przewidywanym piątkowiczem. Był to zdolny i mądry student, ale w tym dniu wybitnie mu nie szło. Pan dr Ciszewski był zaskoczony i starał się ratować sytuację. Ale nic z tego nie wychodziło. Zawiedziony i zdegustowany czego dawał dowody wpisał koledze do indeksu ,,dobrze” i przeszedł do egzaminowania mnie. A mnie znów wszystko wychodziło. Pytał mnie długo i wreszcie oświadczył: ,,panie Piekarczyk jak pan odpowie mi bezbłędnie na dwa dalsze pytania to postawię panu 5-kę”. Odpowiedziałem i ocena bardzo dobrze została wpisana do indeksu.

Gdy broniłem pracy dyplomowej to w komisji był między innymi p. dr Ciszewski. Zadał mi dodatkowe pytanie o warunki hartowania pewnego elementu z mego projektu. Odpowiedziałem prawidłowo – ale zaniżyłem nieco górną granicę temperatury. Nie poprawił mnie, a podziękował za odpowiedź. Gratulując mi serdecznie obrony długo ściskał mą dłoń i szeptem powiedział do ucha: ,,Panie Piekarczyk, ale z metaloznawstwa tylko 4-ka”. Pamiętał o tym zdarzeniu na egzaminie sprzed dwóch lat i powiedział to w swoim stylu.

Wspomnę jeszcze o panu majorze (późniejszym generale i profesorze) Sylwestrze KALISKIM. Wykładał nam przez 2 semestry – Wytrzymałość Materiałów. Przedmiot bardzo trudny. Był bardzo dobrym wykładowcą i już wtedy imponował dużą wiedzą. Rzeczą charakterystyczną dla p. mjr Kaliskiego było to, że reagował na ,,salę”, to jest na nas jak my odbieramy wykład. Gdy na sali zaczęły się szepty, albo panowała ,,grobowa” cisza to przerywał wykład i sprawdzał czy rozumiemy co wykłada. Jeżeli stwierdził, że ,,nie” to powtarzał ten fragment wykładu i znów sprawdzał. Ale egzamin u niego był trudny. Składał się z dwóch części. Pierwsza, to cała grupa ,,rozsadzona” na sali rozwiązywała to samo jedno zadanie. Kto je dobrze rozwiązał był dopuszczony do drugiej części egzaminu (składającego się z trzech pytań – trzech zadań) i wychodził z sali. Reszta rozwiązywała zadanie dalej do wyznaczonego przez niego czasu. Pan mjr Kaliski nie lubił ,,mięczaków” to jest słuchaczy, którzy się na egzaminie ,,poddawali”. Lubił ludzi upartych, którzy starali się rozwiązać zadanie i zdać egzamin. Dawał temu wyraz w swoich wypowiedziach: ,,Pracuje, stara się rozwiązać zadanie jest uparty będą z niego ludzie”. Szanowaliśmy i cenili pana mjr Kaliskiego, ale jeszcze w 1955 r. nikt z nas nie przypuszczał, że będzie to tak wielki i sławny uczony.

W 1954 r. z okazji 10-lecia PRL słuchacze Wojskowej Akademii Technicznej uczestniczyli (w tym i ja) w pokazie gimnastycznym na Stadionie LEGII. Przygotowania i pokaz był akurat w letniej sesji. Ale z tego tytułu nie było żadnych ulg w egzaminach. Podobnie było w 1955 r. gdy uczestniczyliśmy jako Akademia w wielkiej defiladzie na Placu Defilad przed Pałacem Kultury i Nauki.

Po pierwszym roku akademickim nasza grupa szkoleniowa z 25 zmniejszyła się do 18. Było w niej 7 oficerów, 1 podoficer zawodowy i 10 słuchaczy. Tą 18-tką doszliśmy do końca studiów tylko, że już wszyscy jako oficerowie.

Będąc słuchaczem Wojskowej Akademii Technicznej ,,przeżyłem” w Warszawie ,,Polski Październik”. Uczestniczyłem w wydarzeniach jakie miały miejsce na Placu Defilad przed Pałacem Kultury i Nauki. Wysłuchałem przemówienia Władysława GAMUŁKI i byłem świadkiem wydarzeń jakie tam miały miejsce. Wielkie to wydarzenie było poprzedzone wiecami poparcia dla Władysława GOMUŁKI, które odbyły się w zakładach pracy i na uczelniach w Warszawie. Taki wiec poparcia odbył się również na terenie Wojskowej Akademii Technicznej. Do Akademii w jedno z październikowych popołudni przybył znany działacz robotniczy FSO w Warszawie pan GOŹDZIK. Zaczął rozmawiać ze słuchaczami, których zbierało się coraz więcej. Wreszcie zdecydowano przejść na salę kinową. Słuchaczy reprezentował – przewodził słuchacz Fakultetu Lotniczego noszący mundur marynarski kpt. BOŻEK. Podziwialiśmy jego odwagę w wypowiedziach. Zebrani wybrali delegację – po jednym słuchaczu z każdego fakultetu, która udała się do obradującego wówczas Sejmu PRL. Następnie do mieszkania generała Mariana SPYCHALSKIEGO. Fakultet Wojsk Inżynieryjnych reprezentował kolega por. Stefan MENDRUŃ. Po przedstawieniu sytuacji gen. Spychalskiemu delegacja wróciła do Akademii. Po ,,Październiku” w Wojskowej Akademii Technicznej wiele się zmieniło. Przede wszystkim odeszli – wyjechali do Związku Radzieckiego oficerowie radzieccy. Rozpoczął się nowy kierunek działania w życiu Uczelni. W następstwie tych zmian między innymi od sesji zimowej w 1957 r. uruchomiono studia magisterskie. Dotychczas WAT szkolił tylko inżynierów. Nasza grupa na podstawie dotychczasowych indywidualnych wyników w nauce została podzielona na 2 podgrupy.

Pierwsza podgrupa w składzie 10 osób została skierowana na studia magisterskie. Druga podgrupa w składzie 8 osób na studia inżynierskie i na roczną praktykę w jednostkach wojskowych. Ja znalazłem się w pierwszej podgrupie. Prace dyplomowe obie podgrupy wykonywały w tym samym czasie, tylko stopień trudności ich wykonania był różny. Cała nasza grupa 18 – osobowa obroniła prace dyplomowe. Ja swoją pracę magisterską broniłem na początku czerwca 1958 r. Praca została oceniona na bardzo dobrze, natomiast całokształt studiów na ocenę dobrą. Wojskową Akademię Techniczną na początku lipca w 1958 r. opuszczałem w stopniu kapitana z tytułem magistra inżyniera mechanika w zakresie maszyny budowlane, drogowe i środki przeprawowe. Wręczenie dyplomów odbyło się bardzo uroczyście, a cała uroczystość zakończyła się wspólnym obiadem. Obok radości z ukończenia studiów i otrzymania dyplomów było nam smutno. Musieliśmy się rozstać. A przecież przez te 5 lat studiów zżyliśmy się ze sobą. Skierowania do dalszej służby wojskowej obejmowały całą Polskę. Zostaliśmy ,,rozrzuceni” po całym jej terytorium, tam gdzie były jednostki wojskowe. Ja otrzymałem skierowanie do Śląskiego Okręgu Wojskowego. Powiedziano mi w czasie rozmowy ,,kadrowej”, że będę mógł służyć w m. BRZEG lub NYSA, a to mi odpowiadało. Stąd było najbliżej do ANDRYCHOWA i do INWAŁDU, gdzie mieszkali rodzice już w podeszłym wieku, którym chciałem pomagać.

Po miesięcznym urlopie wypoczynkowym zameldowałem się w Oddziale Kadr Śląskiego Okręgu Wojskowego we WROCŁAWIU. Okazało się, że nie ma miejsca ani w BRZEGU, ani w NYSIE, a jest tylko miejsce w KOSTRZYNIE nad ODRĄ, a więc mieście najdalej położonym od ANDRYCHOWA. A to pech!. Nie pomogły żadne prośby i tłumaczenia. Szef kadr był nieugięty. Natomiast szef Wojsk Inżynieryjnych Śląskiego Okręgu Wojskowego pan płk Marian SZERSZENOWICZ przeprowadził ze mną rzeczową rozmowę i przyrzekł, że jeśli będę dobrze pracował, będą dobre wyniki to za 2-3 lata zabierze mnie z KOSTRZYNA. Zacny szef słowa dotrzymał!. KOSTRZYN miasto położone w widłach rzek ODRA i WARTA przed II Wojną Światową liczył około 30 tys. mieszkańców. W czasie działań wojennych został zniszczony w 95%. Ocalał dworzec kolejowy, jeden kompleks koszar, pojedyncze budynki w centrum miasta i kilka grup budynków na obrzeżu. Mieszkańcy pokładali nadzieję w budujących się wtedy Zakładach Chemicznych CELULOZY. W kompleksie koszar stacjonowały dwie jednostki 5 Dywizji Pancernej. 66 batalion saperów i 2 batalion rozpoznawczy. Objąłem stanowisko Pomocnika Dowódcy do Spraw Technicznych. Dowódcą batalionu saperów był pan mjr Bolesław OLSZEWSKI. Dowódca doświadczony, rozważny, przystępny, szanowany przez podwładnych. Miał około 35 lat, średniego wzrostu, korpulentny. Byłem pierwszym inżynierem, który pełnił służbę wojskową w batalionie. Wielu oficerów z batalionu uzupełniało wtedy średnie wykształcenie. Do moich obowiązków należało prowadzenie gospodarki sprzętem inżynieryjno-saperskim, jego eksploatacją oraz gospodarka środkami minersko-zaporowymi.

Po zapoznaniu się z gospodarką i stanem eksploatowanego sprzętu postanowiłem zwrócić większą uwagę na szkolenie i doskonalenie operatorów sprzętu inżynieryjnego. Przecież oni mieli bezpośredni wpływ na jego eksploatację. Moje propozycje zaakceptował dowódca batalionu. Robiłem to w ramach przysługującego na szkolenie czasu. Mobilizowałem, ,,dociskałem” opornych, a nagradzałem najlepszych. Dało to w sumie dobre rezultaty. Nie było większych awarii sprzętu. Poprawiła się znacznie dokumentacja (karty pracy) prowadzone przez operatorów sprzętu. Kontrole na szczeblu dywizji i Okręgu nie miały większych zastrzeżeń.

W 1960 r. w lecie batalion był kontrolowany i oceniany przez komisję ze sztabu SOW na poligonie BIEDRUSKO koło Poznania. Kontrola trwała kilka dni i była zakończona ćwiczeniem z wojskami. W czasie tego ćwiczenia pododdziały batalionu pod moim kierownictwem zbudowały po raz pierwszy most kombinowany (stały łączony z pływającym) pod obciążenie 40t. Po moście przeprawiały się czołgi jednego z ćwiczących pułków. Kontrola oceniła wyszkolenie batalionu i sprawność sprzętu na ocenę ,,dobrze”. Był to sukces całego stanu osobowego batalionu. Czułem się coraz lepiej na swoim stanowisku. Współpraca z dowódcą i kadrą batalionu układała się bardzo dobrze. Tylko nie odpowiadało mi to miasto, zniszczone i wypalone. Całe życie kulturalne skupiało się w Garnizonowym Klubie Oficerskim. Ale do teatru, na dansingi jeździliśmy do Gorzowa Wielkopolskiego.

Przyjaźniłem się z lekarzami jednostek (służby okresowej) kolegami: Jerzym MARCINIAKIEM i Maciejem JAGIELSKIM oraz oficerami saperami Ryszardem KWIATKIEM i Stanisławem OSIŃSKIM. Wszyscy byliśmy kawalerami i stanowiliśmy zgraną ,,paczkę”.

Na początku września 1960 r. wezwał mnie do siebie dowódca batalionu i oznajmił, że mam się przygotować do zdania obowiązków, ponieważ odchodzę z jednostki. Tak dowódca jak i ja nie byliśmy z takiego obrotu sprawy zadowoleni. Za 2-3 dni zjawił się w jednostce mój następca kpt. mgr inż. Zygmunt DUSZKA – absolwent WAT z 1960 r. Jemu w ciągu 14 dni przekazałem obowiązki, zostałem uroczyście pożegnany przez dowództwo batalionu i wyjechałem do Wrocławia. Z kolegami i znajomymi żegnałem się codziennie wieczorami przez te 14 dni. Zaprzyjaźniłem się też z moim następcą. Przypadliśmy sobie ,,do gustu” i ta przyjaźń trwa do dziś.

We WROCŁAWIU w sztabie Śląskiego Okręgu Wojskowego zameldowałem się u Szefa Wojsk Inżynieryjnych pana płk Mariana SZERSZENOWICZA. Ten przywitał mnie serdecznie i oznajmił, że stosownie do rozmowy z jesieni 1958 r. zostanę przeniesiony do dalszej służby do BRZEGU do 1-go pułku pontonowego. Aktualnie pułk wykonuje szereg zadań w terenie i nie ma komu przekazać mi obowiązków. Do czasu powrotu pułku do garnizonu pozostanę w Szefostwie i będę pracował w Wydziale Technicznym. Szefem tego wydziału był pan mjr Aleksander KABARA, oficer lat około 35, przystojny, zdolny, wymagający ale przystępny. Studiował wówczas zaocznie na Politechnice Warszawskiej. Wydział zajmował się pracami wojska na rzecz gospodarki narodowej, limitami motogodzin na maszyny i sprzęt inżynieryjny oraz oczyszczaniem terenów SOW z przedmiotów wybuchowych i niebezpiecznych. Do pokoju gdzie pracowałem często przychodził pan ppłk Bolesław WYSOCKI szef Wydziału Operacyjno-Szkoleniowego i jednocześnie zastępca szefa Wojsk Inżynieryjnych SOW. Obserwował jak pracuję i często ze mną rozmawiał na różne tematy.

Gdzieś w połowie listopada wezwał mnie do siebie płk Szerszenowicz i rozmawiając ze mną oświadczył, że jest możliwość abym pozostał na stanowisku w Wydziale Technicznym i nie szedł do Brzegu. Co ja na to?. Propozycję przyjąłem i podziękowałem Szefowi. Domyśliłem się, że to inicjatywa p. ppłk WYSOCKIEGO. Byłem mu za to wdzięczny. W ogóle panu płk Wysockiemu wiele zawdzięczam, bo starał się przekazać mnie jak najwięcej wiedzy, którą posiadał zwłaszcza od strony praktycznej. Często zabierał mnie w teren na różnego rodzaju kontrole i wizytacje, spotkania, gdzie były dyskutowane problemy wykonania zadań przez wojska inżynieryjne.

W Wydziale Technicznym odpowiadałem za prowadzenie oczyszczania terenów SOW z przedmiotów wybuchowych i niebezpiecznych oraz gospodarkę limitami motogodzin na maszyny i sprzęt inżynieryjny. Oprócz tego uczestniczyłem w różnego rodzaju ćwiczeniach i kontrolach. Jesienią 1961 r. odszedł na dowódcę pułku pontonowego do BRZEGU – mjr KABARA. Ja natomiast rok później 12 października 1962 r. otrzymałem awans na stopień majora. Nowym szefem Wydziału Technicznego został pan ppłk Józef JANEK oficer z dużą praktyką liniową i zacny człowiek. Jego cechą charakterystyczną było to, że za dużo palił. W pokoju było sino od dymu z papierosów. Co zadzwonił telefon to Szef zaczynał nowego papierosa. Poza tym straszliwie ,,złożeczył”. Po nim stanowisko to piastował pan ppłk Ludwik KOCIOŁEK. Zaocznie ukończył Wydział Elektryczny na Politechnice Wrocławskiej, a w kolejnych latach obronił pracę magisterską i doktorat. Człowiek bardzo zdolny, energiczny i wielki erudyta. Tryskał humorem, czasami bardzo oryginalnym. Ulubionym jego zwrotem, którym często w różnych okolicznościach się posługiwał było powiedzenie, że ,,nie każde zgrubienie szyi można nazwać głową”.

Ze wszystkimi szefami Wydziału praca układała mi się bardzo dobrze. Przeżyłem z nimi wiele chwil radosnych, ale też i trudnych podczas organizowanych ćwiczeń pokazowych i ćwiczeń z wojskami. Ale nawet z najcięższych opresji wychodziliśmy z tarczą. Dla zobrazowania tych wydarzeń przytoczę niektóre z kilkunastu jakie przeżyłem.

Na jednej z dorocznych odpraw dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego, Szefostwo Wojsk Inżynieryjnych SOW postanowiło zademonstrować pokonanie wąskiej przeszkody wodnej z wykorzystaniem dwóch samochodowych mostów towarzyszących SMT-1. Nie było wtedy jeszcze etatowej podpory PSM-2 do mostu SMT-1. Na podstawie wniosku racjonalizatorskiego została wykonana z kształtowników metalowa podpora klatkowa przewożona na pływającym transporterze gąsiennicowym (PTG). Do jej podnoszenia i ustawiania na przeszkodzie wodnej wykorzystano wciągarkę transportera oraz skonstruowany nieetatowy żuraw przymocowany do burty transportera. Aby przekonywująco uwidocznić wyższość tego rozwiązania – zwłaszcza co do czasu budowy w odległości około 50 m wykonywany był most stały na regulowanych podporach MTR-50 – właściwie dwa ostatnie jego przęsła. Przeszkoda wodna miała około 20 m szerokości.

Kierownikiem i komentatorem pokazu był mój szef ppłk Ludwik KOCIOŁEK. Ja byłem odpowiedzialny za stronę techniczną budowy. Na sygnał ,,Naprzód” ruszyliśmy do budowy. Po przejechaniu około połowy drogi z przerażeniem stwierdziłem, że wysiągnik żurawia jest przełamany – zgięty. Nie mogłem zrozumieć jak się to stało. Tyle trenowaliśmy i wszystko było dobrze. Zdałem sobie sprawę, że ,,zawalimy” pokaz. Nie było sekundy czasu do stracenia. Do działania natychmiast przystąpiła drużyna remontowa. Ja tymczasem odbierałem coraz bardziej nerwowe sygnały ,,Naprzód”. Z gorącym jeszcze wysiągnikiem, ale wyprostowanym ,,wpadliśmy” na przeszkodę wodną. Podpora tym razem ,,siadła” idealnie, a operatorzy bezbłędnie ułożyli przęsła mostów. Tak, że gdy na moście MTR-50 zaczęto układać pokład mostu, po naszym przejeżdżała już kolumna samochodów. Sukces był pełny. Dowódca SOW gen. MOLCZYK długo ściskał dłoń ppłk KOCIOŁKA – chociaż zauważył, że takie długie wyczekiwanie z budową było kapitalne, ale ryzykowne!. Uczestnicy szkolenia byli pełni uznania. Gdy wsiedli do autobusów i odjechali podszedłem do szefa – ppłk Kociołka aby wyjaśnić całe zajście. Ten przerwał mi meldunek podszedł do mnie i trzymając się lewą ręką za głowę, prawą przyciągnął mnie do siebie i w serdecznym uścisku powiedział: ,,Wszystko dobrze się skończyło – bardzo ci dziękuję za to co zrobiłeś”. A potem dodał swój ulubiony zwrot, że ,,jednak nie każde zgrubienie szyi jest głową”.

Przyczyną zgięcia się wysiągnika było to, że załoga obsługi podpory chcąc jeszcze skrócić czas jej ustawiania na przeszkodzie zaczęła już ją podnosić w czasie jazdy transportera, czego w czasie prób – treningów nie robiła!. Wstrząsu transportera na nierówności terenu wysiągnik z podniesioną już podporą nie wytrzymał. Po prostu ,,przedobrzyli”. Skutki tego mogły być fatalne!.

W 1966 r. w ramach zlotu przodowników wyszkolenia żołnierzy służby zasadniczej SOW każdy rodzaj wojsk i służb miał zademonstrować swój najnowszy etatowy sprzęt. Szefostwo Wojsk Inżynieryjnych SOW zdecydowało, że pokaże sprzęt do wykonania przejść w zaporach minowych z odstrzeleniem ładunku wydłużonego dużego – ŁWD – 100/500. Ładunek materiału wybuchowego plastycznego w postaci żyły długości 100 mb i ciężarze 500 kg, silnik rakietowy ze specjalnej wyrzutni na kołach wynosił na odległość 200 m. Ładunek po ułożeniu się na ziemi detonował wykonując zaplanowane przejście w zaporach minowych.

Pokaz odbywał się na poligonie BIEDRUSKO koło Poznania. I znów byłem razem z ppłk L. KOCIOŁKIEM. Całość terenu, na którym odbywały się pokazy zabezpieczała Komenda Poligonu. My wystawiliśmy dwa posterunki obserwacyjne, które na krótko przed odstrzeleniem ładunku zostały ściągnięte.

Pokaz sprzętu przebiegał sprawnie. Start, lot ładunku i jego detonacja były bardzo efektowne. Uczestnicy pokazu z uznaniem i szacunkiem spoglądali na saperów. Dowódca okręgu podziękował za dobry pokaz i zezwolił uczestnikom na zobaczenie miejsca wybuchu ładunku. Zaniepokoiło mnie ich dziwne zachowanie. Przyspieszyłem kroku i wszystko stało się jasne. W odległości jakieś 100 m od czoła zdetonowanego ładunku stał samochód radiostacji R-118. Dokoła niej biegła przerażona obsługa. Badania lekarskie wykazały, że nikt z nich nie ucierpiał. Ucierpiała tylko radiostacja. Byłem bardzo zdenerwowany. Zdawałem sobie sprawę co mogło nastąpić, gdyby start ładunku opóźnił się o kilkanaście sekund. W trakcie wyjaśniania sprawy ustalono, że obsługa radiostacji zabłądziła w terenie i w momencie gdy nasi obserwatorzy opuścili posterunki wjechała w rejon pokazu poza pagórkami niewidoczna z naszego rejonu stania. Wnioski były oczywiste. Teren gdzie odbywają się pokazy i to z wysadzaniem ładunku musi być zawsze dobrze ubezpieczony.

Bardzo niebezpieczny przypadek z ładunkiem wydłużonym dużym ŁWD-100/500 miałem rok później w ŻAGANIU. Na Poligonie Żagańskim ekipa filmowa z Warszawy wykonywała filmy szkoleniowe. W planie miała również ŁWD – 100/500.

Ja byłem odpowiedzialny za stronę organizacyjną, a mjr Tadeusz WIANECKI z Wojskowego Instytutu Techniki Inżynieryjnej za stronę techniczną. W wyznaczonym dniu miał być filmowany, start, lot ładunku i skutki jego działania – czyli wykonane przejście w polu minowym. Oprócz ekipy filmowej obserwatorami byli oficerowie rezerwy (pluton) i szef saperów dywizji. Na mój sygnał mjr Wianecki ,,odpalił” silnik rakietowy ładunku. Ten jednak nie wystartował, lecz powoli przesuwał się po prowadnicy wyrzutni, a następnie upadł obok niej i to tak, że strumień wydobywających się z niego płonących gazów uderzył w wyrzutnię. Było oczywiste, że uzbrojony ładunek za chwilę wybuchnie. Wydałem komendę ,,Od wyrzutni” a następnie ,,Padnij”. Za kilka sekund jak przywarłem do ziemi nastąpił potężny wybuch, a następnie przeraźliwy świst i warkot wyrzuconych w górę części wyrzutni i porwanych sprężyn stabilizacyjnych ładunku. Po pewnym czasie zaczęło to wszystko spadać na ziemię. Osłoniłem głowę rękami. Nie wiem na ile by mi to pomogło?. Gdy wszystko ucichło wstałem i rozejrzałem się dookoła. Z wyrzutni nie było śladu. Zarządziłem zbiórkę i sprawdzenie stanu osobowego. Byli wszyscy i nikt nie odniósł żadnych obrażeń. Wprost niewiarygodne!. Całe zajście zarejestrowała włączona kamera i był to koronny dowód w całej sprawie. Było wnikliwe dochodzenie i wyjaśnienia.

Okazało się, że silnik odrzutowy ładunku miał źle zamontowaną dyszę i nie miał ,,ciągu”. Cała partia tych silników została przez zakład produkcyjny sprawdzona. Nie będę już pisał o ładunku ŁWD-100/500, ale nie była to moja ostatnia z nim przygoda.

Z racji pełnionych obowiązków zwłaszcza kierowania akcją oczyszczania terenów SOW z przedmiotów wybuchowych i niebezpiecznych często bywałem w terenie. Zwłaszcza gdy sytuacja była trudna, skomplikowana. Tak było przy usuwaniu bomb ze stawów w rejonie MILICZA, czy pogłębianiu rzecznych basenów portowych w MALCZYCACH (koło Brzegu Dolnego). Na terenie SOW działało kilkanaście saperskich patroli oczyszczania terenu w tym jeden we WROCŁAWIU!. Patrole te usuwały i niszczyły różnego rodzaju niewypały czasami w bardzo trudnych i skomplikowanych warunkach z narażeniem własnego życia. Dla zobrazowania opiszę jedną z takich akcji. Na wiosnę w 1963 r. otrzymałem z Sekretariatu Dowódcy SOW krótkie kilkuzdaniowe pismo, że zakonnicy jednego z zakonów we WROCŁAWIU proszą o usunięcie niewypału z czasów wojny. Żadna sprawa dla wrocławskiego patrolu saperskiego. Na miejscu okazało się, że jest to potężna kilkusetkilogramowa bomba z angielskimi napisami. Przebiła dach, kolejne stropy i ułożyła się poziomo w piwnicy. Ktoś ją próbował nawet zabetonować. Sprawa okazała się bardzo poważna, trudna i niebezpieczna. Trzeba było wydobyć ją z piwnicy, załadować na samochód i zniszczyć na poligonie w RAKOWIE. Całą zagadkę stanowił stan techniczny zapalników bomby. Saperskim patrolem oczyszczania we WROCŁAWIU dowodził wtedy doświadczony, odważny oficer por. Kazimierz KOZICKI. Opracowaliśmy szczegółowy plan działania dotyczący odkopania bomby, jej podniesienia, ułożenia na specjalnych wózkach, wykonania wykopu, zbudowania specjalnego torowiska i przetransportowania jej z piwnicy na samochód, a następnie przewiezienia na poligon. Zajęło nam to ponad tydzień. Każdą czynność sprawdzaliśmy kilkakrotnie. Współpracowaliśmy ściśle z Milicją Obywatelską, która zabezpieczała akcję. Zaplanowaliśmy rozpoczęcie akcji na godzinę 9.00. W tym dniu zostali ewakuowani z klasztoru zakonnicy i mieszkańcy najbliższych domów. W piwnicy byli tylko dwaj saperzy Kozicki i ja. Popatrzyliśmy na siebie i ja dałem sygnał do rozpoczęcia akcji. Najtrudniejszy był moment podniesienia, ruszenia bomby, bo wtedy wszystko mogło się zdarzyć. Ale nic nieprzewidzianego się nie stało. Wszystko szło zgodnie z planem i po około 5 godzinach na poligonie RAKÓW rozległ się potężny wybuch. To patrol saperski zdetonował bombę kończąc całą akcję. Ta niebezpieczna akcja jak wiele innych zakończyła się pomyślnie. Pisała o niej wrocławska prasa, a zakonnicy w intencji saperów odprawili mszę świętą. Kontynuując ten wątek chcę wspomnieć o tragicznym wypadku rok później, jaki miał miejsce przy ul. Borowskiej we WROCŁAWIU. Młodzież znalazła – wykopała pod ścianą budynku gospodarczego niemiecką minę przeciwtransportową RMi-43. Ma ona kształt podłużnej skrzynki. Ktoś poddał myśl, że w środku mogą być kosztowności. Do jej otwarcia użyto siekiery. Nastąpił tragiczny w skutkach wybuch. Zginęło ośmioro młodych ludzi w wieku od lat 6 do 16, a dalszych sześcioro zostało rannych. Gdy przybyłem na miejsce wypadku to widok był przerażający. Wypadek odbił się głośnym echem w całej Polsce. Pojawiło się w prasie wiele artykułów adresowanych do młodzieży, rodziców i nauczycieli. W szkołach wrocławskich oficerowie saperzy przeprowadzili szereg pogadanek. O wydarzeniach tych wspomina pan Zdzisław BARSZCZEWSKI autor książki pt. ,,Przywrócone Życiu – Rozminowanie ziem Polski”.

W latach 1962-1964 brałem udział w rozpoznaniu rzek na terenie SOW pod kątem możliwości urządzania w określonych rejonach różnego rodzaju przepraw. W pierwszym roku spędziłem w terenie ponad miesiąc, w 1963 r. ponad 3 miesiące i w 1964 r. ponad 2 miesiące. Była to odpowiedzialna praca zakończona wykonaniem obszernej dokumentacji.

Od 1964 do 1970 r. byłem członkiem nieetatowego zespołu pana gen. bryg. Zbigniewa OHANOWICZA (Z-cy d-cy SOW ds. Liniowych), który zajmował się przygotowaniem i prowadzeniem różnego rodzaju ćwiczeń z wojskami oraz pokazów organizowanych przez SOW. Odpowiadałem w tym zespole za sprawy zabezpieczenia inżynieryjnego, a często także za pozorację pola walki. Takich ćwiczeń w roku było średnio 3-4. Przygotowanie każdego z nich 10-14 dni. Tyle trzeba było być w terenie, intensywnie pracować. A do tego dochodził jeszcze stres o wynik końcowy. Nie pamiętam aby zdarzyła się na nich jakaś wpadka.

Byłem też wyznaczony do zespołu oficerów pełniących służbę oficera dyżurnego sztabu SOW, a w czasie ćwiczeń sztabowych na Centrum Dowodzenia. Było to wyróżnienie, ale również duża odpowiedzialność i konieczność stałego podnoszenia swej wiedzy.

Jeżeli chodzi o moje sprawy osobiste to 8 stycznia 1966 roku zawarłem związek małżeński z Ireną GRZESIKOWSKĄ zamieszkałą w MOGILNIE (woj. Bydgoszcz) z zawodu magistrem farmacji. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności otrzymałem dwupokojowe mieszkanie przy ulicy Sudeckiej 111 ,,D” we Wrocławiu, do którego wprowadziliśmy się już we wrześniu. 12 października 1966 r. otrzymałem awans do stopnia podpułkownika. W maju 1968 r. urodził nam się pierworodny i jedyny syn – Piotr. Obecnie lekarz medycyny – ortopeda. 12 października 1968 r. otrzymałem Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski co było dużym wyróżnieniem.

W kwietniu 1968 r. nastąpiła reorganizacja Szefostwa Wojsk Inżynieryjnych SOW. W nowym układzie miało następującą organizację:

  • Szef Wojsk Inżynieryjnych SOW;
  • Zastępca Szefa Wojsk Inżynieryjnych SOW;
  • I Wydział Operacyjno-Organizacyjny;
  • II Wydział Szkolenia;
  • III Wydział Zaopatrzenia Technicznego.

Ja zostałem wyznaczony na szefa I Wydziału Operacyjno-Organizacyjnego. Musiałem się ,,zmierzyć” z licznymi obowiązkami jakie realizował Wydział. W jesieni 1968 r. nastąpiła też zmiana na stanowisku Szefa Wojsk Inżynieryjnych SOW. Nasz zacny dotychczasowy Szef pan płk dypl. Marian SZERSZENOWICZ został przeniesiony na Szefa Wojsk Inżynieryjnych Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Stanowisko Szefa Wojsk Inżynieryjnych SOW objął pan płk dypl. inż. Telesfor KUCZKO, były Komendant Oficerskiej Szkoły Wojsk Inżynieryjnych bezpośrednio po studiach w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR. Oficer frontowy z dużą praktyką wojskową, wymagający ale przystępny przełożony i pogodnego usposobienia. Musieliśmy się dopasować do nowego Szefa, który miał i stawiał swoje wymagania. Ogólnie muszę stwierdzić, że praca z nowym Szefem układała mi się dobrze. Nowy Szef wyznawał zasadę z czym się nie krył, że jak zmienia się szef to winno się zmienić i jego najbliższe otoczenie. W tym kierunku czynił starania, ale jak się później dowiedzieliśmy na jego propozycje nie zgodził się dowódca Okręgu pan gen. dyw. Florian SIWICKI. Mimo to Szef chciał zrealizować swoje plany. W 1969 r. w jesieni na dowódcę 1 Brygady Pontonowej w BRZEGU odszedł jego zastępca pan płk mgr inż. Jan TOMASZEWSKI. W 1970 r. też do 1 BPont. odszedł szef II Wydziału pan ppłk mgr inż. Zygmunt DUSZKA. Nikt nie przyszedł do Szefostwa, a pracy wcale nie ubyło. Dużo jej ,,spadło” i na mnie. Pamiętam, że jeżeli nie byłem w terenie to pracowałem od 8.00 do 15.00 a następnie od 17.00 do 21.00. W niedzielę od 10.00 do 14.00. Pracowałem jak to sam oceniam na 95% swoich możliwości i szef to widział, doceniał, chwalił i na tym to się kończyło. W 1970 r. otrzymałem propozycję objęcia stanowiska dowódcy pułku pontonowego w GŁOGOWIE. Ze względów osobistych i rodzinnych zrezygnowałem z tej propozycji. Zdawałem sobie sprawę, że to wyróżnienie i że ta odmowa jest źle widziana przez przełożonych. Pracowałem nadal intensywnie i wszystko układało się dobrze. W 1971 r. na wiosnę otrzymałem propozycję, tym razem przejścia do pracy w Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych Ministerstwa Obrony Narodowej. Rozmawiał ze mną Szef Wojsk i jego Zastępca. Zaproponowano mi odpowiednie stanowisko i szybkie otrzymanie mieszkania w WARSZAWIE. Propozycję przyjąłem.

Żal mi było opuszczać WROCŁAW. Dobrze mi się pracowało w Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych SOW. Zżyłem się z kolegami i współpracownikami. Byłem szanowany i ceniony przez przełożonych, kolegów i współpracowników. Mieliśmy dobrych sąsiadów, żona dobre stosunki w pracy i wielu znajomych. Ale służba nie drużba. Pożegnany przez przełożonych, kolegów i znajomych 17 października 1971 r. opuściłem WROCŁAW i zameldowałem się w Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych MON w WARSZAWIE. Objąłem stanowisko szefa Wydziału Eksploatacji w Oddziale Eksploatacji i Remontu Sprzętu Inżynieryjnego. Szefem Oddziału był płk mgr inż. Henryk JARUSEL – oficer bardzo zdolny i pracowity. Mój kolega ze studiów w WAT. To mnie jeszcze bardziej mobilizowało do pracy. Przyjmując obowiązki postanowiłem, że w ciągu miesiąca ,,przetrawię” obowiązujące dokumenty, aby móc na bieżąco podejmować decyzje w zasadniczych sprawach. Dlatego codziennie zostawałem po pracy w SW Inż. nawet do 22.00. Studiowałem dokumenty i robiłem notatki.

Pracując w SW Inż. SOW często bywałem w jednostkach inżynieryjnych Okręgu i znałem problemy związane z eksploatacją maszyn i sprzętu inżynieryjnego. Wiedziałem z czym się najbardziej borykają. W Wydziale przyjęliśmy zasadę. Maksymalnie ułatwić prowadzenie gospodarki eksploatacyjnej maszyn i sprzętu inżynieryjnego, a jednocześnie zaostrzać wymogi dotyczące jego prawidłowej eksploatacji i bezawaryjności. W tych sprawach ukazało się szereg zarządzeń Szefa Wojsk Inżynieryjnych MON. Opracowaliśmy system pozwalający na zamianę przydzielonych limitów motogodzin w danej grupie sprzętu stosownie do zaistniałych potrzeb. Stale doskonaliliśmy organizację i sposób prowadzenia przeglądu generalnego sprzętu inżynieryjnego.

Rozwiązaliśmy szereg problemów dotyczących wprowadzonego na wyposażenie wojsk nowego sprzętu – mostów towarzyszących na podwoziu czołgu. Najważniejsze problemy dotyczące eksploatacji maszyn i sprzętu inżynieryjnego przedstawiane były na dorocznej odprawie Szefa Wojsk Inżynieryjnych MON.

12 października 1972 r. awansowałem do stopnia pułkownika. Na wiosnę 1973 r. pełniłem służbę oficera dyżurnego Garnizonu Miasta Stoł. Warszawa i prowadziłem uroczystą odprawę wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Było to dla mnie ważne wydarzenie, tym bardziej, że reprezentowałem Szefostwo Wojsk Inżynieryjnych MON. Uroczystość ta zawsze gromadzi dużo publiczności.

Przełożeni byli z mojej pracy zadowoleni. Ale Szef Wojsk Inżynieryjnych MON pan gen. Czesław PIOTROWSKI miał co do mojej osoby inne plany. Widział mnie w pionie operacyjnym Szefostwa. Zostałem wysłany na 3 miesięczny kurs operacyjny do Akademii Sztabu Generalnego, a po jego ukończeniu objąłem stanowisko szefa I Zespołu (Wydziału) w Oddziale Operacyjnym. Szefem Oddziału był płk dr n.w. Bronisław WOŹNICA, oficer bardzo pracowity, wymagający, ale dbający o swych podwładnych. Współpraca z szefem Oddziału układała mi się dobrze. Zasadniczo działalność Zespołu skupiała się na opracowywaniu i prowadzeniu ćwiczeń ze sztabami wojsk inżynieryjnych, opracowywaniu instrukcji, podręczników i norm operacyjnych. Uczestniczyłem w opracowaniu i przeprowadzeniu wielu takich ćwiczeń. Zespół uczestniczył w ćwiczeniach, treningach prowadzonych przez Sztab Gen. WP. i Układ Warszawski. Ćwiczenia takie trwały 8-10 dób i wymagały od ćwiczących dużego wysiłku, bo nieprzespane noce z każdą dobą dawały się bardziej we znaki.

Dużą satysfakcję sprawiło opracowanie norm operacyjnych na wykonanie określonych zadań, które zostały wydane i obowiązywały w wojsku. Po czterech latach kierowania Zespołem zostałem wyznaczony na szefa Wydziału Organizacyjno-Mobilizacyjnego. Był to samodzielny, ważny Wydział Szefostwa Wojsk Inżynieryjnych MON. Zasadniczo opracowywał on struktury organizacyjne oddziałów i pododdziałów wojsk inżynieryjnych. Praca bardzo odpowiedzialna i żmudna. Za mojego szefowania dokonaliśmy zmian w większości etatów oddziałów wojsk inżynieryjnych. Zostały też opracowane propozycje zupełnie nowych etatów w tym kompanii saperów pułków ogólnowojskowych.

W listopadzie 1983 r. objąłem stanowisko szefa Oddziału Zaopatrzenia Technicznego. Oddział zaopatrywał w sprzęt, materiały inżynieryjne oraz środki minersko zaporowe wszystkie jednostki Wojska Polskiego. Przedsięwzięcie to wiązało się z przemyślanym planowaniem, zgromadzeniem i przechowywaniem odpowiedniej ilości zasobów. Z racji zajmowanego stanowiska uczestniczyłem i nadzorowałem wykonanie planów tych na najbliższe lata jak i perspektywicznych – prognoz. To samo dotyczy wykonania rozdzielników sprzętu i ich realizacji. Dużo uwagi poświęcaliśmy przechowywanym zasobom i ich rotacji w jednostkach wojskowych, a zwłaszcza w składnicach inżynieryjnych. Pracochłonna była gospodarka częściami zamiennymi do maszyn i sprzętu inżynieryjnego – planowanie i rozdzielnictwo. Bardzo istotna była rotacja i zagospodarowywanie zbędnego sprzętu, jego wycena i odpłatne przekazywanie do gospodarki narodowej.

Oddział prowadził również gospodarkę zespołami spalinowo elektrycznymi w całym Wojsku Polskim. Problem bardzo złożony i pracochłonny. Dużo wysiłku razem z pracownikami Oddziału włożyłem w komputeryzację gospodarki środkami minersko zaporowymi. Ale w centrum naszej uwagi było zawsze doskonalenie systemu zaopatrywania wojsk i rozbudowa bazy magazynowej. Oddział miał w tej dziedzinie liczące się osiągnięcia. Pracując w SW Inż. MON na początku lat 80-tych miałem propozycje pracy na prestiżowych stanowiskach poza wojskami inżynieryjnymi.

Pierwsza propozycja to praca w Departamencie Wojskowym Ministerstwa Górnictwa i Energetyki. Ministrem był wtedy mój były szef pan gen. dyw. Czesław Piotrowski. Druga propozycja to stanowisko szefa sztabu – zastępcy Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy. Były to stanowiska etatowo wyższe od zajmowanego przeze mnie – szefa oddziału. Z propozycji nie skorzystałem. Pozostałem w Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych MON, gdzie atmosfera pracy i stosunki międzyludzkie były bardzo dobre.

Zajęty intensywną pracą na zajmowanych kolejnych stanowiskach, ani się spostrzegłem jak stuknęła mi 60-tka i przyszedł czas pożegnania się z wojskiem. Nie chciałem służyć zawodowo w wojsku. Z czasem jednak przyzwyczaiłem się do warunków i stosunków w wojsku panujących. Po prostu ,,wrosłem” w wojsko. Trzeba przyznać, że moja służba wojskowa przebiegała pomyślnie. Awansowałem w stopniach wojskowych i po 23 latach służby byłem już pułkownikiem (12.10.1972 r.). Zajmowałem coraz wyższe i bardziej odpowiedzialne stanowiska do Szefa Oddziału Szefostwa Wojsk Inżynieryjnych Ministerstwa Obrony Narodowej włącznie. Mając 40 lat otrzymałem w 1968 r. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Byłem oficerem znanym i szanowanym w wojskach inżynieryjnych. W wojsku służyłem 41 lat, 2 miesiące i 2 dni. Oficerem w służbie czynnej byłem 40 lat, 2 miesiące i 18 dni.

Zostałem odznaczony:

  • Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski;
  • Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski;
  • Złotym Krzyżem Zasługi;
  • Złotym, Srebrnym i Brązowym Medalem ,,Za Zasługi Dla Obronności Kraju”;
  • Złotym, Srebrnym i Brązowym Medalem ,,Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny”;
  • Medalem ,,Za Rozminowanie Kraju”;
  • Złotym Medalem ,,Za Zasługi w Zwalczaniu Powodzi”;
  • Odznaką ,,Zasłużony dla Śląskiego Okręgu Wojskowego”
  • oraz wieloma medalami państwowymi, resortowymi i pamiątkowymi.

Rozkazem Ministra Obrony Narodowej Nr pf 179 z dnia 25 listopada 1990 r. zostałem zwolniony z zawodowej służby wojskowej i przeniesiony w stan spoczynku z powodu osiągnięcia 60 lat. Natomiast rozkaz dzienny Szefa Wojsk Inżynieryjnych MON Nr 80 nosi datę 28 listopada 1990 r.

Uroczyste moje pożegnanie przez Szefa Wojsk Inżynieryjnych MON pana gen. bryg. Zdzisława BARSZCZEWSKIEGO odbyło się 28 listopada 1990 roku w obecności całego stanu osobowego Szefostwa Wojsk Inżynieryjnych MON i przybyłych z terenu delegacji jednostek inżynieryjnych. Było ono ostatnim akordem w mojej ponad czterdziestoletniej służbie wojskowej.

Władysław Piekarczyk
Marzec 2009 r.
Warszawa


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.